11/2025

Artur Hellich

Fenomen Berezy

I
Że Henryk Bereza był postacią równie kontrowersyjną jak czołowi polscy politycy, dowiedziałem się pewnego popołudnia w mieszkaniu Michała Głowińskiego. Wtedy jeszcze się z Głowińskim nie znaliśmy. Byłem młodym doktorantem, a gospodarz chciał sprawdzić, z kim ma do czynienia. Oprócz pytań o moje autorytety naukowe, deklaracje światopoglądowe i sympatie czasopiśmiennicze pojawiła się indagacja w sprawie Berezy. Pamiętam swoje zdziwienie, gdy Głowiński, marszcząc brwi, powiedział, że cenił „Twórczość” z czasów Iwaszkiewicza, ale zerwał z nią wszelkie kontakty, kiedy rząd dusz przejął autor Takiego układu. Przypomnijmy: Bereza od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku promował awangardowe powieści młodych wówczas autorów, takich jak Ryszard Schubert, Jan Drzeżdżon, Marek Słyk czy Donat Kirsch. Proza „nowych nazwisk” wzbudzała wielkie kontrowersje wśród znawców literatury, którzy spierali się o jej jakość artystyczną, i rzadko zdobywała popularność wśród czytelników (nie zmieniło się to do dzisiaj). Bereza jednak twierdził, że autorzy ci przeprowadzali „rewolucję artystyczną w prozie”. Konsekwentnie ich bronił, wykorzystując do tego między innymi łamy „Twórczości”, w której zawiadywał działem prozy. „On położył to czasopismo na lata”, powiedział mi Głowiński tamtego popołudnia, a ja zaczynałem rozumieć, że sprawa Berezy budzi ogromne emocje u wielu osób.

Sprawa ta jest też bardzo niejednoznaczna, ale to pojąłem dopiero teraz, po lekturze antologii Powieściowe obrachunki. Spory wokół rewolucji artystycznej w prozie lat 70. i 80. XX wieku, zredagowanej przez Dorotę Kozicką. W jednej ze swoich książek Milan Kundera napisał mniej więcej coś takiego: dobra powieść powinna dowodzić, że wszystko jest bardziej skomplikowane. Jak się okazuje, ten prozatorski cel mogą realizować również antologie. Wokół sporu o prozę „nowych nazwisk” narosły bowiem różne mity. Najbardziej znany sprowadza całą debatę do rywalizacji dwóch wpływowych krytyków literackich: Berezy i Jana Błońskiego. Ten ostatni w głośnym tekście Dwie groteski – i pół… (1987) skrytykował młodych pisarzy, których cenił redaktor „Twórczości”, a pośrednio uderzył w niego samego. Bereza nie pozostał mu dłużny i bezlitośnie zakpił z Błońskiego. Jak wiadomo, Bereza mieszkał i pracował w Warszawie, z kolei Błoński był związany z Krakowem. To stanowi fundament jeszcze innego mitu, mówiącego o konflikcie środowiskowym między krytykami z dawnej i obecnej stolicy Polski, zapewne podsycanego przez fakt, że „Twórczość” założył najpierw w Krakowie mistrz Błońskiego, Kazimierz Wyka. Jednak najpoważniejszy mit dotyczył sprawy postaw politycznych. „Nową prozę”, niezaangażowaną politycznie i przedkładającą estetykę nad etykę, oskarżano o to, że przyjęła Gomułkowskie pouczenie „Literaci do pióra!”. Skupiona na warstwie formalnej, naraziła się na zarzut o eskapizm, a więc i wygodny koniunkturalizm. Siłę tej sugestii wzmacniało to, że najgłośniejsi antagoniści „nowej prozy” (Błoński, ale też wspomniany Głowiński, który ukuł deprecjonujący termin „socparnasizm”) byli związani z kręgami opozycyjnymi.

Kozicka przywołuje te i inne stereotypy w długim wprowadzeniu, by kompetentnie się z nimi rozprawić. Dekonstruuje je również za pomocą odpowiedniej selekcji i układu tekstów do antologii. Znakomitym pomysłem redaktorskim było otwarcie zbioru recenzją Bohdana Czeszki, który zarzucił debiutowi Ryszarda Schuberta bełkotliwość i „ciurkanie dialogów nic nie niosących”. Pierwsza powieść poznańskiego pisarza, Trenta tre (1975), uchodzi dziś za flagowy utwór „rewolucji artystycznej”. Toteż atak na nią – przeprowadzony przez budowniczego Polski Ludowej, posła na Sejm PRL, popularnego pisarza wojennego i prominentnego zbowidowca – zyskuje tu wymiar symboliczny. Zwłaszcza że kolejny tekst z antologii, Srutu tutu (grą słów nawiązujący oczywiście do tytułu powieści Schuberta), nie mniej krytyczny wobec Trenta tre, napisał Jan Walc – znany opozycjonista. W ten sposób, już na samym początku, udaje się Kozickiej skomplikować polityczny wymiar debaty o „rewolucji artystycznej”. Z kolei przedruk dłuższego szkicu interpretacyjnego Włodzimierza Boleckiego, także poświęconego powieści Schuberta, przenosi dyskusję o poznańskim autorze ze sfery prasowej publicystyki w rejony literaturoznawstwa. Bolecki przeprowadził drobiazgową analizę powieści, wydobywającą potencjał interpretacyjny tego, w czym Czeszko i Walc dostrzegli jedynie nieciekawy bełkot. Sam wywód czerpał z tradycji strukturalizmu, bliskiego wielu iblowskim opozycjonistom. Do złudzenia przypominał też (nawet we wnioskach) strukturalistyczne analizy twórczości Mirona Białoszewskiego. To zaś mogło uzmysławiać istnienie paraleli między utworami autora Donosów rzeczywistości i Schuberta. Dzisiaj podobieństwo metod dwóch pisarzy przekształcających strumienie zasłyszanej „żywej mowy” w literaturę wydaje się oczywiste, wtedy jednak nie dostrzegano go powszechnie. Bereza je widział i wprost o nim pisał, ale już dla Głowińskiego czy Janusza Sławińskiego – wielbiciela Białoszewskiego, mistrza i promotora Boleckiego, później także autora felietonu Za co powinniśmy kochać Jana Błońskiego? – takie porównanie byłoby niesłusznie nobilitujące dla Schuberta.

„Komplikujący sprawy” wymiar antologii Kozickiej ujawnia się także w tym, że duża część przedrukowanych tekstów nie daje się łatwo zaszufladkować po jednej stronie sporu. Owszem, natkniemy się na ostre filipiki wymierzone w redaktora „Twórczości” (Nie wierzę Berezie! Michała Łukaszewicza czy Martwe dusze Bronisława Maja, który porównuje Berezę do Cziczikowa, groteskowego oszusta ze znanej powieści Gogola). Sąsiadują z tymi atakami teksty wspierające stanowisko Berezy, które bronią zarówno promowanej przez niego prozy (Leszek Bugajski), jak i jego samego (Jerzy Lisowski), a nawet odparowują atak Błońskiego (Maciej Chrzanowski). Osobną kategorię stanowią (mniej i bardziej ostre) wypowiedzi samego Berezy, im poświęcę uwagę za chwilę. Natomiast w dalszej części antologii – która ma układ chronologiczny: od 1975 do 1996 roku – pojawia się coraz więcej ujęć dystansujących się od bieżącego sporu. Niektóre z nich to głosy bardziej wyważone i wprowadzające niezbędne cieniowania (na przykład Marian Stala czy Andrzej Mencwel). Inne to już próby podsumowania toczącej się dyskusji z metaperspektywy. Tak postrzegam wypowiedź Zbigniewa Bauera, dowodzącego, że „spór toczy się nie o powieść, ile o metody krytyczne Berezy”. Podobnie też myślę o eseju Krzysztofa Pysiaka, który wprawdzie „rewolucję artystyczną” nazywa „krytycznym humbugiem”, lecz zarazem przyznaje Berezie rację, że w polskiej prozie powojennej dokonała się rewolucja, „choć polega ona na czymś innym, niż wskazuje Bereza”. Cenne w tym szkicu jest zwłaszcza to, że Pysiak proponuje spojrzeć na działalność warszawskiego krytyka jako na zjawisko przynależne do socjologii życia literackiego; lokalno‑historyczny fenomen, który trzeba próbować zrozumieć, a nie oceniać. Świetny jest wreszcie esej Tadeusza Komendanta, polemizujący z głośnymi w 1990 roku tezami o „czarnej dziurze lat osiemdziesiątych”, które lansował Błoński i bliskie mu środowisko badaczy akademickich. Komendant syntetycznie ujmuje całokształt przemian polskiej prozy powojennej i na tym tle broni postulatów Berezy (zarazem je komplikując). W zakończeniu wszakże pisze: „Nie miejsce tu, by wyciągać teraz z worka Łuczeńczyka, Bitnera, Musiała, Rudnickiego i paru innych, aby udowodnić, że coś jednak w czarnej dziurze się narodziło”. W ten sposób Komendant upominał się o zmianę stylu sporu, który – wzorem stylu krytycznego samego Berezy – często bywał redukowany do przerzucania się nazwiskami pisarzy, traktowanymi przez dyskutantów jako metonimie dobrej lub złej prozy (w zależności od upodobań). Taka dyskusja do niczego zaś nie prowadziła.

[…]


[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

Dorota Kozicka: Powieściowe obrachunki. Spory wokół rewolucji artystycznej w prozie lat 70. i 80. XX wieku.
Wydawnictwo Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk,
Poznań 2024, 488 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.