Sprawa ta jest też bardzo niejednoznaczna, ale to pojąłem dopiero teraz, po lekturze antologii Powieściowe obrachunki. Spory wokół rewolucji artystycznej w prozie lat 70. i 80.
Kozicka przywołuje te i inne stereotypy w długim wprowadzeniu, by kompetentnie się z nimi rozprawić. Dekonstruuje je również za pomocą odpowiedniej selekcji i układu tekstów do antologii. Znakomitym pomysłem redaktorskim było otwarcie zbioru recenzją Bohdana Czeszki, który zarzucił debiutowi Ryszarda Schuberta bełkotliwość i „ciurkanie dialogów nic nie niosących”. Pierwsza powieść poznańskiego pisarza, Trenta tre (1975), uchodzi dziś za flagowy utwór „rewolucji artystycznej”. Toteż atak na nią – przeprowadzony przez budowniczego Polski Ludowej, posła na Sejm PRL, popularnego pisarza wojennego i prominentnego zbowidowca – zyskuje tu wymiar symboliczny. Zwłaszcza że kolejny tekst z antologii, Srutu tutu (grą słów nawiązujący oczywiście do tytułu powieści Schuberta), nie mniej krytyczny wobec Trenta tre, napisał Jan Walc – znany opozycjonista. W ten sposób, już na samym początku, udaje się Kozickiej skomplikować polityczny wymiar debaty o „rewolucji artystycznej”. Z kolei przedruk dłuższego szkicu interpretacyjnego Włodzimierza Boleckiego, także poświęconego powieści Schuberta, przenosi dyskusję o poznańskim autorze ze sfery prasowej publicystyki w rejony literaturoznawstwa. Bolecki przeprowadził drobiazgową analizę powieści, wydobywającą potencjał interpretacyjny tego, w czym Czeszko i Walc dostrzegli jedynie nieciekawy bełkot. Sam wywód czerpał z tradycji strukturalizmu, bliskiego wielu iblowskim opozycjonistom. Do złudzenia przypominał też (nawet we wnioskach) strukturalistyczne analizy twórczości Mirona Białoszewskiego. To zaś mogło uzmysławiać istnienie paraleli między utworami autora Donosów rzeczywistości i Schuberta. Dzisiaj podobieństwo metod dwóch pisarzy przekształcających strumienie zasłyszanej „żywej mowy” w literaturę wydaje się oczywiste, wtedy jednak nie dostrzegano go powszechnie. Bereza je widział i wprost o nim pisał, ale już dla Głowińskiego czy Janusza Sławińskiego – wielbiciela Białoszewskiego, mistrza i promotora Boleckiego, później także autora felietonu Za co powinniśmy kochać Jana Błońskiego? – takie porównanie byłoby niesłusznie nobilitujące dla Schuberta.
„Komplikujący sprawy” wymiar antologii Kozickiej ujawnia się także w tym, że duża część przedrukowanych tekstów nie daje się łatwo zaszufladkować po jednej stronie sporu. Owszem, natkniemy się na ostre filipiki wymierzone w redaktora „Twórczości” (Nie wierzę Berezie! Michała Łukaszewicza czy Martwe dusze Bronisława Maja, który porównuje Berezę do Cziczikowa, groteskowego oszusta ze znanej powieści Gogola). Sąsiadują z tymi atakami teksty wspierające stanowisko Berezy, które bronią zarówno promowanej przez niego prozy (Leszek Bugajski), jak i jego samego (Jerzy Lisowski), a nawet odparowują atak Błońskiego (Maciej Chrzanowski). Osobną kategorię stanowią (mniej i bardziej ostre) wypowiedzi samego Berezy, im poświęcę uwagę za chwilę. Natomiast w dalszej części antologii – która ma układ chronologiczny: od 1975 do 1996 roku – pojawia się coraz więcej ujęć dystansujących się od bieżącego sporu. Niektóre z nich to głosy bardziej wyważone i wprowadzające niezbędne cieniowania (na przykład Marian Stala czy Andrzej Mencwel). Inne to już próby podsumowania toczącej się dyskusji z metaperspektywy. Tak postrzegam wypowiedź Zbigniewa Bauera, dowodzącego, że „spór toczy się nie o powieść, ile o metody krytyczne Berezy”. Podobnie też myślę o eseju Krzysztofa Pysiaka, który wprawdzie „rewolucję artystyczną” nazywa „krytycznym humbugiem”, lecz zarazem przyznaje Berezie rację, że w polskiej prozie powojennej dokonała się rewolucja, „choć polega ona na czymś innym, niż wskazuje Bereza”. Cenne w tym szkicu jest zwłaszcza to, że Pysiak proponuje spojrzeć na działalność warszawskiego krytyka jako na zjawisko przynależne do socjologii życia literackiego; lokalno‑historyczny fenomen, który trzeba próbować zrozumieć, a nie oceniać. Świetny jest wreszcie esej Tadeusza Komendanta, polemizujący z głośnymi w 1990 roku tezami o „czarnej dziurze lat osiemdziesiątych”, które lansował Błoński i bliskie mu środowisko badaczy akademickich. Komendant syntetycznie ujmuje całokształt przemian polskiej prozy powojennej i na tym tle broni postulatów Berezy (zarazem je komplikując). W zakończeniu wszakże pisze: „Nie miejsce tu, by wyciągać teraz z worka Łuczeńczyka, Bitnera, Musiała, Rudnickiego i paru innych, aby udowodnić, że coś jednak w czarnej dziurze się narodziło”. W ten sposób Komendant upominał się o zmianę stylu sporu, który – wzorem stylu krytycznego samego Berezy – często bywał redukowany do przerzucania się nazwiskami pisarzy, traktowanymi przez dyskutantów jako metonimie dobrej lub złej prozy (w zależności od upodobań). Taka dyskusja do niczego zaś nie prowadziła.
[…]
[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]
