W momencie, w którym urwała się lina i pełen ludzi wagonik począł staczać się w dół stromizny, schodziliśmy z Alfamy, podziwiając wielobarwne kamienice, oświetlone skośnym promieniem zachodzącego słońca. Godzinę po wypadku, niczego nieświadomi, minęliśmy zamkniętą, obstawioną kamerami ulicę w przekonaniu, że to plan filmowy. Poszliśmy na kolację i dopiero po zjedzeniu pizzy dogoniły nas newsy, a wraz z nimi cała groza tego, co się zdarzyło, i tego, co zdarzyć się mogło. Zaraz potem rodzina i znajomi zaczęli dopytywać, czy jesteśmy cali i zdrowi. Odpisywałem im po kolei, a potem zamieściłem w mediach społecznościowych wpis kończący się słowami: „Straszne to, gdy śmierć jest tak przypadkowa i przydarza się blisko. Ale nam nic się nie stało, dzięki za troskę i wszystkie zapytania”.
Była to prowizoryczna zapora, którą chciałem odgrodzić się od katastrofy. Udało się; nazajutrz wróciliśmy do miejskiej flanerii. Przez kolejne dni popłynęliśmy pod Torre de Belém, pojechaliśmy do Porto i na Costa di Caparica, żeby popatrzeć na ocean, poturlaliśmy się też dwakroć słynnym Elétrico 12E na Martim Moniz. Byliśmy szczęśliwi, spędzaliśmy miodowy tydzień w miejscu, które sobie wymarzyliśmy. Nie znaczy to jednak, że całkiem zapomnieliśmy o Glorii – że wszystkie nasze ja o niej zapomniały. Albowiem, jak pisał Fernando Pessoa (którego, będąc w Lizbonie, należy obowiązkowo zacytować), „każdy z nas to gromada rozmaitych postaci, obfitość samego siebie. […] Rozległą kolonię naszego bycia zamieszkują różnego rodzaju ludzie odmiennie myślący i czujący” (przeł. Michał Lipszyc). Jeden z moich awatarów obmyślał zapewne ten tekst. Czy działo się tak dlatego, że esej lepiej znosi opowieść o przypadku i losie, o tym, jak o włos uniknęło się śmierci, aniżeli narrację sytego, rozleniwionego mężczyzny w sile wieku, kochającego i kochanego? Czy też na odwrót, to znaczy, że pisanie jest tym miejscem, w którym może wypalić się do końca jakaś reszta, niemożliwa do wyczerpania w rozmowach i snach?
Złotnik słów to książka fikcyjna, napisana przez nieistniejącego autora – odnajdujemy ją w Nocnym pociągu do Lizbony Pascala Merciera. To jeden z tomów widmowej biblioteki, który wprawia w ruch fabułę. Znamy tę sztuczkę: autor(ka) wymyśla książkę, która zmienia życie postaci, najczęściej stając się ich obsesją, zmuszając je do porzucenia dotychczasowego życia i wyruszenia w podróż. Tak dzieje się w 2666 Roberto Bolaño czy Najskrytszej pamięci ludzi Mohameda Mbougara Sarra. Tu podobnie, tyle że w wersji popowej. Fabuła rozwija się następująco: niejaki Raimund Gregorius, wiodący samotne, monotonne życie nauczyciel języków klasycznych w Bernie, pewnego dnia spotyka na moście tajemniczą Portugalkę, którą odwodzi od popełnienia samobójstwa. Gdy kobieta znika z jego życia, pozostaje niepokój i poczucie niespełnienia. Gregorius trafia też przypadkiem na cytowaną powyżej książkę. Ten podwójny impuls sprawia, że rzuca wszystko, wsiada do tytułowego nocnego pociągu i bez jakiegokolwiek planu wyjeżdża do Lizbony. Tam rozpoczyna śledztwo w sprawie życia Amadeu Prado – portugalskiego lekarza, intelektualisty i bojownika przeciwko dyktaturze Salazara. A przy okazji próbuje odpowiedzieć na pytania o sens życia, odpowiedzialność, wolność, tożsamość i śmierć.
Nie da się ukryć, że jest to dzieło ponuro kiczowate, pulpowate i mdłe. Mercier nie zna litości i serwuje nam przyciężkie, szwajcarskie fado. Doceniam natomiast spryt, który stoi za chwytem powieści w powieści: pozwala cytować „genialną książkę” wyrywkowo, zwalając odpowiedzialność za grafomanię patetycznego coachingu na nieistniejącego autora. Dlaczego w ogóle czytam tę książkę? Bo to część miasta wyobrażonego. Bo jak długo można wertować Księgę niepokoju. Bo akurat coś takiego wpadło mi w ręce. Bo taka była logika sytuacji – zacząłem lekturę, gdy wsiedliśmy w pociąg do Lizbony, wracając z Porto. Bo nikt nie napisał powieści pt. Kolejka linowa na Bairro Alto.
Nie wiem, ale gram dalej. No więc José Saramago opisał rok z życia Ricarda Reisa, ja natomiast czytam Kamienną tratwę – jedną z jego najmniej znanych powieści, ukończoną trzydzieści lat temu, a opublikowaną w roku 1986. Zaintrygował mnie starter fabularny: oto Półwysep Iberyjski odrywa się od reszty kontynentu i zaczyna dryfować po Atlantyku w stronę Ameryki Łacińskiej. Poznajemy geopolityczne konsekwencje tego dziwnego zdarzenia – państwa europejskie reagują nieufnością i wrogością, Hiszpanie i Portugalczycy wchodzą nagle w rolę obcych, a partyjne rozgrywki i biurokracja odsłaniają głębsze pokłady strachu i narodowych egoizmów. Ważniejsze jednak są losy piątki postaci, które wyruszają we wspólną podróż do miejsca, w którym doszło do oderwania Półwyspu. Przyczyny geologicznej anomalii nigdy nie zostają jednak wyjaśnione (podobnie jak utrata wzroku w Mieście ślepców), co innego okazuje się istotniejsze: nawiązanie autentycznych relacji i zbudowanie alternatywnej, nomadycznej wspólnoty. Pomysł niby świetny, ale ujawnia swoją słabość, gdy zdaję sobie sprawę, że służy alegorii. W 1986 roku Hiszpania i Portugalia wstąpiły do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, Saramago miał wątpliwości co do sensu tej akcesji, a swoją powieścią nawoływał do poszukania odrębnej, iberyjskiej ścieżki rozwoju. I nie chodzi mi o ocenę jego stanowiska, tylko o złowrogą siłę alegorii: jest ona wampirem, który wysysa krew z każdego pomysłu – i albo odbiera mu życie, albo przemienia w samą siebie.
Poszliśmy zresztą do muzeum prowadzonego przez Fundação José Saramago, mieszczącego się w renesansowej Casa dos Bicos. Na tle bardzo tradycyjnej ekspozycji, pełnej książek, zdjęć i wycinków z gazet, wyróżniała się rekonstrukcja pracowni pisarskiej. Wynika z niej, że autor Baltazara i Blimundy pisał w półmroku, na maszynie, po lewej stronie mając encyklopedię, po prawej Deklarację Praw Człowieka, a na półeczkach trofea z zamorskich podróży. Trudno uwierzyć, że to autentyczne miejsce pracy – to raczej fantazja o Białym Pisarzu, który zerka ze swojej samotni w stronę Innych, nie zapominając o Świetle Wiedzy i Zachodnich Wartościach. A właściwie nie fantazja, lecz alegoria; pochłania ona bohatera wystawy, obgryza jego kości i wysysa z nich szpik. Nie umiem ocenić, w jakim stopniu Saramago sobie na to zasłużył, natomiast jako obraz białego pisarstwa alegoria ta pozostaje niepokojąco prawdziwa.
No więc trzydzieści lat po publikacji Kamiennej tratwy… Piętnaście lat po śmierci pisarza… Nie, nie ma tu ciągłości i żadne „no więc” jej nie zastąpi. Myślałem, że niniejszy chronocykl będzie o osobnej drodze Półwyspu Iberyjskiego, lecz w końcu zrozumiałem, że życie i pisanie układają się w innego rodzaju próbę. Pojąłem to, gdy wracając z całodziennej łazęgi, dobiliśmy do Avenida da Liberdade i nagle wpadliśmy na wrak wagonika, o którym zdążyliśmy zapomnieć. Trzeba było obejść zamkniętą ulicę, aby wdrapać się na górkę inną trasą. Dla mojego eseju nie było jednak już innej trasy.
No więc skandal śmierci, konkret umierania, abstrakcja nieistnienia. Tak, to wszystko odkłada się gdzieś – i czeka na stosowny moment, aby osadzić się w słowie. Bo na co dzień flaneria i miejski chill, bo gdy idziemy, budynki błyskają niebieskimi, zielonymi i żółtymi azulejos, pod stopami przesuwa się mała i lśniąca, wapienno‑bazaltowa calçada portuguesa, nieregularna tkanka ulic i schodów odsłania nagłe pochyłości placów, pokrętności kolumn, fasadowości pałaców i świątyń… Spośród których najwspanialsze są, ma się rozumieć, dworce, a w szczególności Estação Rossio z fikuśnym, neomanuelińskim frontonem. Bo dworce to moje ulubione miejsca kultu; rozumiem i czuję wypełniające je modlitwy, dziękczynienia i złorzeczenia, a dodatkowo doceniam to, że rozpływają się one w powszednim gwarze i szumie.
Tak, Gloria uruchomiła temat bardzo mój. Przez lata prowadziłem zajęcia o kolei w nowoczesnej kulturze; wspomagając się kapitalnymi książkami Wojciecha Tomasika (Ikona nowoczesności, Inna droga, Szalony bieg, Pociąg do nowoczesności), razem z osobami studenckimi pochylałem się nad nowoczesnymi ekstazami i lękami. W szerokim zestawie tematów nie zabrakło miejsca dla katastrof kolejowych; czytaliśmy Bestię ludzką Zoli, Senne dzieje Reymonta i Demona ruchu Grabińskiego, oglądaliśmy Generała Keatona, Człowieka na torze Munka i Shoah Lanzmanna, a nawet Snowpiercer Bong Joon‑ho. Fascynujące jest to, jak wielomedialne wariacje z różnych epok i kultur odsłaniają ten sam substrat przerażenia. Ujął go bardzo precyzyjnie już w roku 1900 Ignacy Matuszewski, który pisał o katastrofie kolejowej pod Włochami tak: „Jest ona straszną, okropną, ale nie ma w niej odrobiny żywiołu dramatycznego lub epicznego, nie ma poezji. […] Wszystko trwa chwilę, spada na człowieka nieprzygotowanego, zamkniętego w ciasnej komórce i niemogącego nie tylko bronić się przed nieszczęściem, ale nawet zdać sobie sprawy z tego, skąd i jakie nieszczęście na niego spada. […] Ta przypadkowość, ta nielogiczność, ten brak stopniowania i przygotowania psychicznego połączony z brakiem równowagi pomiędzy przyczyną a skutkiem, czyni katastrofy kolejowe tak ohydnymi i wstrętnymi, odbiera im bowiem nawet urok tragizmu”.
Przypadkowość, nielogiczność, prozaiczność. Katastrofa tego typu to niewerbalna psychoanaliza nowoczesności – wydobywa z niej cechy, które ona sama próbuje wyprzeć, bo przecież chce być zorientowana na cel, rozumna, a przy tym poetyczna. Efektem takiej sesji nie jest bynajmniej samozrozumienie, lecz splot mrocznych obsesji, pomyłek i koszmarnych snów, psychosomatyczne zaburzenia, które tyleż wskazują, co skrywają traumatyczne doświadczenie. Nie bez przyczyny jedna z pierwszych nazw zespołu stresu pourazowego brzmiała railway spine – co wiązało się ze sporem, czy powypadkowe uszkodzenia rdzenia kręgowego mają podłoże organiczne czy psychiczne. Termin wychodzi z użycia w roku 1915, ustępując miejsca wojennemu shell shock, a potem zastępuje go obrotne PTSD – oto tory prowadzące do
Po wypadku zegary zaczęły szaleć. Gloria od lat zapraszała do podróży w przestrzeni i w czasie – jechała na górkę oraz w przeszłość – teraz jednak do jej składu załadował się nieproszony gość, o którym niemal zapomnieliśmy: śmierć głupia, ohydna i wstrętna, i groza przychodząca z ery kolei żelaznej, dziwnie staroświecka w epoce śniącej o hyperloopach. Pogruchotane drewno, pogięta blacha, powyginane żelastwo; gdy zabrano rannych i uprzątnięto ciała zabitych, z time machine zostało właśnie tyle. I ta resztka tkwiła tam, wbita w ścianę kamienicy, przez długie dni i jeszcze dłuższe wieczory, gdy w kościołach odprawiano msze za zmarłych, na Restauradores falował tłum reporterów i gapiów, a na górnej stacji płonęły znicze, i zawsze jacyś ludzie patrzyli w dół, w ciemność, próbując na chwilę zadumać się nad losem… Co nie było łatwe, gdyż obok, pomiędzy stoiskami z lokalnym winem przelewał się beztroski tłum. Równoczesność życia i śmierci przeszła w rutynę żałoby i imprezy.
Wciąż jednak mocniej odczuwało się temporalną dziwaczność: na przypadkowość i nielogiczność nakładał się okrutny anachronizm tej śmierci. Zabrakło hamulców awaryjnych, automatycznej blokady systemu, buforów i strefy zgniotu, czyli dość prostych technologii. Obojętna na wszystko grawitacja skorzystała z tych braków i rozpędziła żółty bolid – raptem do 60 km/h, to jednak wystarczyło, by na zakręcie wypadł z szyn i skoczył w stronę muru. Wydaje się, że technologia zwiększa prędkości, a jednocześnie chroni nas przed nimi i izoluje od ich doświadczenia (wbrew temu, co pisał Paul Virilio, dromomaniacy, czyli fanatycy pędu, są dość nieliczni i muszą celowo znosić zabezpieczenia i ograniczenia, żeby zafundować sobie jazdę bez trzymanki). Gloria była wehikułem banalnej chronomocji, prowadzącym w stronę fin de siècle i Belle Époque, tej ładnej i łatwej nowoczesności, którą wszyscy lubią. Ten jeden raz, drwiąc z narzuconych reguł, wrzuciła nas do nieświadomości epoki, gdzie kłębiły się dawno zapomniane straszydła.
No więc siedzimy tu sobie, sączymy zimne, słodkie wino i trzymamy się za ręce. Patrzymy sobie w oczy i rozglądamy się po tym wycinku widzialnego świata – obcym i swojskim, zwyczajnym i pięknym. Teraźniejszość przestaje być furią znikania. Każda chwila wychyla się w przyszłość o jedno okamgnienie, jeden dźwięk, jeden oddech i łyk – akurat tyle, by zwijać dopiero co przeżytą przeszłość i w tym ruchu być mniej więcej sobą.
