11/2025

Jacek Antoni Zieliński

W ekstazie materialnej

Dwa słowa składające się na tytuł, jaki swemu poematowi prozą dał francuski pisarz Jean‑Marie Le Clézio, mogą doprawdy zelektryzować wyobraźnię malarza: Ekstaza materialna (L’Extase matérielle, 1967). Jest to jakby współczesna, egzystencjalistyczna wersja Genesis z Ducha Juliusza Słowackiego. Zatem – jakiś Słowacki na opak? Zależy, co odczytujemy. Liczy się tylko to, że utwór przekazuje pewien stan ludzkiego ducha, będący doświadczeniem powszechnym. Jest nim napięcie między skończonością naszej egzystencji jednostkowej a nieskończonością, w której jest zanurzona. Tropiąc tym śladem, znajdziemy ów stan także u źródeł Genezis z Ducha i u źródeł systemu myślowego Teilharda de Chardin – tak śmiało podważającego podstawy tradycyjnego podziału na ducha i materię.


Zawsze istniało światło i energia; nieustannie, dalej niż można przewidzieć, zawsze istniał ruch, bezruch, koncepcja. Zawsze bezgranicznie objawiała się trwałość, całkowita obecność. Dlaczego początek? Dlaczego koniec? Miejsce egzystencji nie posiadało granic ani końców, a bieg czynności, podobny do cyklu, nigdy nie kończył zaczynać i nigdy nie zaczynał kończyć. Następował z tą samą falą, regularną i wieloraką, posuwał się bez zdobyczy, schodził bez schodzenia, wchodził bez wchodzenia. Był to bieg licznych rzeczy, których nie można złączyć w jedność, bieg naglący, rozmaity, nieuchwytny. Bieg wydarzeń zachodzących na nic, gromadzących i tworzących się bez zamiaru i nigdy nic nie mówiących. To, co ukazało się, ukazało się beze mnie. Co było kamieniem beze mnie, piorunem beze mnie, powietrzem beze mnie, żabą beze mnie, co było bez słońca i bez ziemi, co było bez światła, wszystko to istniało w zasięgu bezcielesnym. Wszystko było obecne, niewypowiedzianie obecne. Każda rzecz ma swoją nieskończoność. Ta nieskończoność ma swoje ciało, nie jest ideą. Jest ściśle zwartą przestrzenią materii, z której nie można się wydostać.

(Ekstaza materialna, przeł. Bolesław Nowicki, „Literatura na Świecie” 1971, nr 8)


Wyobraźni współczesnego malarza stworzenie świata nie przedstawia się jako dzieje siedmiu kolejnych dni stworzenia. Widzi on w kształtowaniu się życia komplementarność stanu i procesu, która spełnia się zarazem w czasie i poza czasem, będąc tyleż cielesną, co nieskończoną i wieczną „ekstazą materialną”.

Według Teilharda de Chardin

w strukturze kosmosu statycznego tkwił nieuchronnie zgubny dualizm. Z jednej strony duch, z drugiej materia; między nimi – nic, poza stwierdzeniem nie wytłumaczonego i niewytłumaczalnego połączenia, czyli w gruncie rzeczy – zależność werbalna, zbyt często przypominająca zależność przymusową. Tłumaczy się to tym, że między unieruchomionymi, ustalonymi członami tego połączenia nie uwidacznia się genetyczny związek. Gdy jednak znowu daje się odczuć tchnienie, które je równocześnie zrodziło i przeciwstawiło sobie, wówczas duch i materia, które jeszcze wczoraj uważaliśmy za dwie różne rzeczy, okazują się dwoma obliczami czy dwoma fazami jednego procesu: «uwewnętrzniającego organicznego scalania się». Od krańca do krańca kosmicznego widma (od nieświadomego do nad‑świadomego) przebiega prąd; ustala się ontologiczna spójność.

(Przeskok myśli: od kosmosu do kosmogenezy [w:] Pierre Teilhard de Chardin Wybór pism, PAX, Warszawa 1965, przeł. Wanda Sukiennicka i Mieczysław Tazbir)


Prawdopodobnie ksiądz Teilhard de Chardin nie zgodziłby się na „bieg wydarzeń zachodzących na nic”, ale zdawałby sobie sprawę, że jego niezgoda dotyczy światopoglądu, a nie wyobraźni. Bo dla wyobraźni, zarówno poetyckiej, jak i malarskiej (ale także naukowej), najważniejszy jest ów prąd przebiegający „od krańca do krańca kosmicznego widma”. A tutaj ksiądz‑filozof i poeta porozumieliby się z pewnością.

W malarstwie dwudziestego wieku między podobnymi jak w poemacie Le Clézio dramatycznymi napięciami a poczuciem „ontologicznej spójności” rodziły się zupełnie nowe obrazy struktur przestrzennych. W Europie u Wolsa, w Ameryce u Marka Tobeya i Jacksona Pollocka pojawiały się one zamiast dawnych kompozycji, pojmowanych tradycyjnie jako rozłożenie elementów na realnej płaszczyźnie i w wyobrażonej głębi, gdy malarze ci zaczęli kłaść nacisk nie na „rozmieszczenie” elementów, lecz na energię jako siłę kształtującą.

Paradoksalność tego zjawiska. Struktura – pojęcie kojarzące się (w filozoficznym sensie terminu) ze stałością, niezmienną zasadą, pojawia się w malarstwie w wyniku dojścia do głosu wartości energetycznych, a energia kojarzy się nam wszak z ruchem. Może okaże się to mniej dziwne, gdy będziemy pamiętać o osobliwości pojmowania ruchu w fizyce kwantowej, w której naturze nie mieszczą się następstwa faz ruchu.

W pewnych nurtach malarstwa dwudziestego wieku pod postacią zewnętrznej spoistości przedmiotu odrzucono pozór stałości i niezmienności, szukając istoty owych związków głębiej. I znajdując w sferze energii i napięć trwalszą zasadę wiążącą niż na powierzchni przedmiotów. (Ideałem strukturalizmu byłoby ukazywanie związków między rzeczami z pominięciem samych rzeczy).

Widzimy tu malarzy polskich, rysujących się na tle sztuki europejskiej jako odrębne indywidualności: Zbigniew Tymoszewski, Stefan Gierowski, Tadeusz Brzozowski, Jerzy Tchórzewski, Jacek Sempoliński…

Nie ma też sprzeczności w tym (lub sprzeczność jest tylko pozorna), że wielu malarzy w dwudziestym wieku odkryło egzystencjalny wymiar procesu twórczego i w następstwie tego odkrycia tak często w ich dziełach pojawiały się wartości strukturalne. W filozofii strukturalizm i egzystencjalizm stoją na przeciwnych biegunach, lecz w akcie twórczym te przeciwne bieguny szukają swego dramatycznego dopełnienia.

Bolesnym dylematem współczesnego artysty bywa konflikt między harmonią a wyrazem. Między harmonią, upragnioną jako stan wewnętrzny i odczuwaną jako niezbędna cecha dzieła sztuki, a koniecznym także wyrazem subiektywnego przeżywania świata. W świecie rozdzieranym konfliktami, nie będącymi przecież niczym innym jak projekcją wewnętrznej dysharmonii ludzkich jednostek, osobista prawda artysty może być od harmonii daleka. Wols w Paryżu, Pollock w Nowym Jorku, Tymoszewski w Warszawie byli artystami noszącymi w sobie zadrę psychiczną człowieka naszych czasów – ból istnienia. Życie każdego z nich zakończyło się przedwcześnie i tragicznie. Mimo to ich obrazy są zapisami stanów kontemplacji wobec elementarnych procesów kosmicznych. Zastanawiam się, czy rzeczywiście mimo to. Czy nie spotykamy się tu ze szczególnym rodzajem wrażliwości, w którym przeżycie dramatu ludzkiego istnienia staje się podniesieniem kurtyny przed sceną dramatu kosmicznego?

*
Holenderskim malarzom scen karczemnych nie sposób przypisać tych myśli o wieczności, jakie ożywiały współczesnego im Rembrandta, ale już w holenderskiej martwej naturze, tak niby prozaicznej, trafiamy nieraz na przedziwny nastrój pozwalający przypuszczać, że malarz odczuwał istnienie jakichś subtelnych energii tkwiących w najprostszych przedmiotach. Energii, które padający na przedmioty promień światła słonecznego wydobywa jak czarodziejska różdżka.

Poszukiwanie stałej zasady rządzącej zjawiskami tego świata, przy równoczesnym ujawnianiu wewnętrznych energii działających pod zewnętrzną powłoką zjawisk – okazuje się na samym progu sztuki nowoczesnej istotą malarstwa Paula Cézanne’a. Szczególnie gdy spojrzymy na jego twórczość nie jak na monolit, lecz jak na proces. Jego akwarele i rysunki z ostatniej dekady życia objawią się wtedy wyraziście jako stadium końcowe tego procesu. (O ile jakikolwiek proces we Wszechświecie można uznać za zakończony. Śmierć artysty w pełni sił twórczych, a tak było w przypadku Cézanne’a, wymusza zakończenie pozorne). Jabłka w martwych naturach Cézanne’a napierają na siebie, jakby rozsadzała je ukryta w nich siła. Podobnie zachowują się bloki skalne z prowansalskiego kamieniołomu. Ujawniają zaklęte w swych spękaniach energie ruchów ziemi sprzed milionów lat. Te same energie, które uniosły wzwyż masyw Góry Świętej Wiktorii.

Można tu dotrzeć do źródła rewelacji świadomości malarskiej dwudziestego wieku: przeświadczenia, że obraz winien ukazywać porządek rodzący się z samorzutnej organizacji, być wizją świata w trakcie jego stawania się.

Twórczość Cézanne’a to punkt odniesienia, od którego trudno nam uciec, ilekroć w relacji człowiek – świat chcemy zająć pozycję podmiotu aktywnie poznającego, wolnego o tyle, o ile ma wolność poznawania. Poznawanie zaś, będące poszukiwaniem szczelin w „ściśle zwartej przestrzeni materii, z której nie można się wydostać”, płynie z wiary, że – mimo wszystko – szczeliny te istnieją.

W tekście wykorzystałem fragmenty mojej publikacji Szkice o malarstwie i strukturze materii z „Zeszytów Naukowych” Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, 1991, nr 1, wydanej na prawach rękopisu, do użytku wewnętrznego.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.