– I co tam na oddziale?
– Nic, nikt nie umarł.
– No tak…
– I co tam?
– Nic, Anka nie wróciła.
– No tak…
Najgorzej ma najlepszy starszy aktor – wszechstronny, „umiejętny”, rozchwytywany. Między jedną a drugą próbą lub jednym a drugim dniem zdjęciowym zapraszany jest do szkół, auli, muzeów po to, by powiedzieć z pamięci coś o sobie i wiersz Herberta lub Szymborskiej – w zależności od tego, jakiej jest płci. Fantastycznie, gdy pod szkołą lub muzeum na starszego aktora wszechstronnego czeka służbowy samochód ze służbowym kierowcą i samochód jest „oklejony przynależnością telewizyjną” do jednej ze stacji, które od lat ścigają się na seriale i już sam ten wyścig jest osobnym serialem.
Najlepszy starszy aktor wszechstronny, bo i teatralny, i filmowy, i serialowy, i radiowy, i dubbingowy, i lalkowy powinien być spełniony. Jego myśli będą nieprzeliczalne. Waga jego myśli będzie dramatycznie nierówna, a ta nierówność będzie podnosić wartość wszechstronnego aktora, no bo „ten to wszystko powie”. Ale czy to równa się refleksji „ten to wszystko pomyśli”? I tu zaczyna się dramat: najlepszy starszy aktor wszechstronny może nie mieć czasu na własną myśl – tak jest „zagospodarowany” przez cudze. Może być i tak, że starszy aktor wszechstronny nie tylko myśli nie swoimi myślami, lecz także mówi nie swoimi słowami. Zresztą po co miałby sam myśleć (i mówić), skoro już pomyślał (i powiedział) za niego na przykład Szekspir czy inny Gogol?
Czy zatem – idąc krok dalej – starszy wszechstronny aktor musi być w czymkolwiek samodzielny? Doskonale pamięta, jak wstawał z łóżka w Śmierci komiwojażera. Spektakl dawno zszedł z afisza, a on do tej pory wstaje z łóżka tak jak jego bohater. Najpierw wolno stawia na podłodze prawą nogę, a potem, już siedząc na brzegu łóżka, przeciąga się krótko. Ubóstwiał wstawać w Śmierci komiwojażera. Nie zapomni, jak w Rewizorze jadł obiad, jak w Dzikiej kaczce wracał do domu, jak w Miłości i gniewie się kłócił, jak w Kartotece kładł się spać.
Kim więc był przez te wszystkie lata? Kiedy był sobą? Czy czasem nie ostatni raz wtedy, kiedy zdawał do PWST w Warszawie lub Krakowie? Czy to zbrodnia tak pokochać swoje sceniczne lub filmowe postaci? Czy to zbrodnia aż tak od siebie odejść? Jak to się stało, że wkradł się w niego duch jego bohatera? Jak to się stało, że jego duch podupadł, a duchy kilku innych bohaterów zajęły „jego terytorium”? Zaraz, zaraz, przepraszam, jakie „terytorium”? Co to znaczy? Kiedy wszedł w rolę „nie siebie”? Czemu nie zdążył poznać własnej? Czy to nieszczęście? Albo jeszcze: czy nie być sobą nie jest ciekawiej? A może w ogóle nie warto być sobą? Zastanawia się nad tym, o, tak, myśli! Nie chce popadać w smutki, nie cierpi starszych od niego Kaprysów Łazarza, woli Żywot Mateusza.
I pójdźmy odrobinę dalej, i spytajmy o siebie: w jakich rolach my‑nie‑aktorzy występujemy na „scenie życia”, my „prawdziwi”? Czy na pewno we własnych? W jakim stopniu jesteśmy sobą, a w jakim kimś innym? Bo w dzieciństwie pewnie wielokrotnie bywaliśmy jakimś bohaterem książkowym, teatralnym, filmowym czy telewizyjnym. I pewnie niejeden raz, urzeczeni, przebieraliśmy się za nich. A teraz, już poważni, ile to razy pytamy lustro, kim jesteśmy? Ile to razy mówimy sobie, nie jak Ciechowski, że „ten w lustrze to niestety ja”, ale wbrew Ciechowskiemu, że „ten w lustrze to nie ja”, bo my – wbrew kłamiącemu lustru – mamy wypisaną na twarzy subtelność i mądrość? I więcej: czy czasem skłóceni z lustrem nie jesteśmy prawdziwsi? Czy nie mamy w sobie za grosz autentyzmu, gdy tak mimowolnie podążamy za ułudą literatury, teatru, filmu? I najwięcej: czy jeśli, mimowolnie zakochani w kinie, widzimy czasem w lustrze nie siebie, a Meryl Streep z Co się wydarzyło w Madison County albo Adama Drivera z Patersona, to nas nie ma? Czy jeśli biegniemy wtedy do sypialni do banalnej szafy, żeby się jak dzieci przebrać, to na pewno jesteśmy pomyleni?
