12/2025

Bohdan Zadura

Teczka, nie nożyk

Profesorem mój ojciec zostawał długo. Jeśli w jakimś rozbudowanym biogramie napisałbym, że byłem (jestem) synem profesora weterynaryjnej anatomii patologicznej, to byłaby to prawda tylko częściowo. Profesorem został, kiedy byłem już na studiach. Bardziej więc byłem synem doktora nauk weterynaryjnych czy docenta, jednak, nie wiedzieć czemu, obyczaj językowy pozwala na użycie określenia „profesorski syn”, a o doktorskim czy docentowym już się nie mówi. Doktoratu nie pamiętam, choć leżący w jakiejś szufladzie w tubie pisany po łacinie dokument rodzajem i rozmiarem papieru robił na mnie wrażenie, habilitację jak przez mgłę, bo było to na długo przed rokiem 1968 – niczego przez to nie chcę powiedzieć ponad to, że nie był ojciec docentem marcowym. (W 1968 został profesorem nadzwyczajnym, w 1974 zwyczajnym – dziwne to nazewnictwo, wedle którego coś nadzwyczajnego jest niższe – gorsze?, słabsze? – od zwyczajnego).

Skąd mu się wzięła ta anatomia patologiczna i weterynaria w ogóle, tego nie wiem, tak jak nie potrafię sobie przypomnieć, jak się dowiedziałem, że myślał o zawodzie strażnika w więzieniu na Świętym Krzyżu, najcięższym więzieniu w międzywojennej Polsce. Wcześniej, po kasacie zakonu benedyktynów, mieścił się tam Instytut Księży Zdrożnych, potem carskie więzienie nazywane polskim Sachalinem. Któryś z kolegów go namawiał? To była alternatywa wobec służby wojskowej? O tym Instytucie dowiedziałem się o wiele później. Kariera tego słowa na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku (Instytut Pamięci Narodowej, Instytut Wolności, Instytut Książki, Instytut Lecha Wałęsy, Instytut Literatury, brrr!) to nie był nowy wynalazek, choć jako aberrację te nazwy odbierałem, mając wcześniej w zasięgu wzroku Państwowy Instytut Weterynarii i Państwowy Instytut Wydawniczy (o tym samym skrócie), a zapominając o Instytucie Wychowania Panien, który przeniesiony z Warszawy znalazł siedzibę w pałacu Czartoryskich, by po powrocie ustąpić miejsca Instytutowi Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, a w odrodzonej Polsce Instytutowi Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa, i nie uświadamiając sobie oczywistości, że instytut to mniej więcej to samo co instytucja, tylko bardziej poręczny w używaniu i bardziej pozytywnie nacechowany. Księża Zdrożni, czyż to nie piękna nazwa? Bóg i stare słowniki, do których mi się nie chce zaglądać, wiedzą, jak była w połowie dziewiętnastego wieku odbierana. Dziś, wydaje mi się, bardziej kojarzą się ze zdrożonymi, zmęczonymi podróżą niż z takimi, co zeszli z dobrej drogi. Kto zna dzisiaj słowo demeryt czy demeryta? – można by myśleć, że oznacza kogoś, kto zawiesił emeryturę i wrócił do pracy, a tak kiedyś nazywano zdrożnego księdza, księdza, który zgrzeszył przeciwko moralności i pokutował w odosobnieniu o chlebie i wodzie, nie mając prawa do długich włosów. Jeśli chodzi o włosy, to ojciec miał czarne i lśniące, trochę je tknęła siwizna, ale nigdy nie wyłysiał. Wszyscy trzej odziedziczyliśmy kolor włosów po matce, która, jak przystało na dziewczynę ze wsi, miała w młodości piękne pszenne warkocze, co widać na jakimś zdjęciu, gdzie stoi przed wiejskim domem wśród malw. Za mojej pamięci czesała się w kok. Po niej też odziedziczyliśmy wzrost – jak na kobietę była wysoka, ojciec – jak na mężczyznę – średniego wzrostu. Jak na tamte czasy – trzeba by dodać. Wzrost predestynował mnie do gry w koszykówkę na pozycji obrotowego, teraz tacy jak ja mają szansę wyłącznie jako tak zwani niscy rozgrywający.

Jeśli o Świętym Krzyżu ojciec wspominał autoironicznie, żartując z siebie, to zupełnie poważnie rozważał w 1950 roku swoje przebranżowienie – w Białymstoku powstała wtedy Akademia Lekarska – później przemianowana na Akademię Medyczną, a w 2008 roku na Uniwersytet Medyczny – i dramatycznie poszukiwała kadr, oferując zatrudnienie również pracownikom naukowym pokrewnej dziedziny. Co zaważyło na tym, że się nie zdecydował? Może lęk przed radykalną zmianą, przeprowadzką na jeszcze większą prowincję, a może konieczność uzupełnienia – co prawda ekspresowego – studiów. Potem zdarzało się, że żałował tej decyzji, tak jak czasem żałował, że wybrał ścieżkę kariery naukowej zamiast weterynaryjnej praktyki. Kiedy jeździliśmy na wakacje na wieś – właściwie do kogo? dziadków ze strony matki, Anny i Franciszka, jej brata Franka Juraka i jego żony Zofii czy siostry Anieli i jej męża Józka Gąsiora? – spaliśmy u Franka, bo tylko tam były do tego warunki. Babka i dziadek mieszkali w przylepionej do jego domu jednoizbowej chałupce, do której wchodziło się przez coś w rodzaju sionki, komórki, składu – izbę wypełniał zawsze kwaśny, stęchły zapach, sprzęty były w niej jak z muzeum etnograficznego, zamiast podłogi była gliniana polepa. Niewielkie okno – czy dwa? – wychodziły na podwórko, po prawej stronie stały chlew, obora i stodoła Franka, vis à vis stodoła Józka, po lewej jego zabudowania gospodarcze, dom – kuchnia i pokój, potem studnia z korytem, z którego obaj poili konie. Jako dziecko niewiele rozumiałem, ale intuicyjnie czułem, że to podwórko jakby po przekątnej przecina niewidzialna linia demarkacyjna, że choć te wszystkie zabudowania stoją przy jednym podwórku, jakby to było jedno obejście, to ich mieszkańcy są skłóceni. Franek był bogatym gospodarzem, jako pierwszy we wsi, jeszcze w międzywojniu, sadził pomidory. Miał nie tylko konia, lecz także motorower Simson, stanowiący dla mnie atrakcję. Franek i Zośka – tak moi rodzice o niej mówili, nie Zofia, nie Zosia, ale Zośka – byli bezdzietni, Aniela i Józek mieli trzech synów, najmłodszy, Andrzej, młodszy od swoich braci o dwadzieścia lat, był moim rówieśnikiem, z nim spałem na sianie w stodole Józka, z nim jeździłem na oklep na koniu Franka. Za domem Franka była droga, w owym czasie gruntowa, którą o szóstej rano na gromadzkie pastwisko przed szosą prowadzącą do Annopola, prawie przed Józefowem, pędzono bydło, zaczynając gdzieś od młyna, a po drodze z każdego obejścia dołączała jakaś krowa czy krowy. Obaj wujkowie mieli ziemię w różnych kawałkach, tam pod Józefowem Józek sadził kapustę, nad Wisłę czasem chodziliśmy z matką na plażę. Za drogą obsadzoną starymi gatunkami jabłoni o małych owocach, prowadzącą z Józefowa do rybickiego kościoła, a dalej do Mariampola i Prawna, Franek i Józek sadzili pomidory. Stamtąd prowadziła do obejścia polna droga – po ulewnych deszczach prawie nieprzejezdna, szerokości kół wozu, z głębokimi koleinami, między którymi rosła trawa. Tędy nas przywożono i odwożono na przystanek autobusowy na józefowskim rynku. Po jednej stronie drogi była lucerna Józka i jego sad. W sadzie między innymi grabsztyny, jesienne jabłka, duże i soczyste. Po drugiej stronie chyba buraki Franka, zboża zniknęły z mojej pamięci. Został ogród za polną drogą, w nim porzeczki, czerwone, czarne, białe (do których miałem szczególny sentyment) i różowe (z których robiono zupę zabielaną śmietaną). Za tym ogrodem była Stara Rzeka, za rzeką łąki, przez które płynął strumień z mnóstwem małych rybek. Pewnego lata spacerowałem po tych łąkach ze starszą o ładnych parę lat ode mnie Marią Przybylską, siostrzenicą (?) ciotki Zośki. Inna Przybylska, Sława, śpiewała wtedy z kołchoźnika wiszącego na ścianie w kuchni obok zrywanego kalendarza gazety „Gromada Rolnik Polski”, którą Franek prenumerował, i którą dostarczał mu listonosz (we wsi nie było kiosku „Ruchu” ani sklepu), przebój Pamiętasz była jesień z filmu Wojciecha Hasa Pożegnania. Marta Mirska budowała moje nastroje piosenką Zachodni wiatr. Józek kosił wieczorami lucernę, a Teodor „Tojo” Kocerka wygrywał w Lucernie Diamentowe wiosła, w Lipsku w NRD odbywały się Targi Lipskie, a Franek ładował na wóz skrzynki z pomidorami, późnym wieczorem zaprzęgał konia i ruszał, żeby rano stanąć na targu w Lipsku. Nie wiem, dlaczego na Andrzeja Gąsiora mówiono Jędrek, Jindrek, a jego matka ciotka Aniela czasami odzywała się do niego jak do beniaminka pieszczotliwym, pełnym słodyczy Jędruś. To później z jego opowieści poznawałem nazwy okolicznych wiosek: Basonia, Boiska, Nieszawa, miejsca jego nastoletniej kawalerki, pitek i bitek. Urzędów i Kraśnik to była jakby strona Zośki, strona Przybylskich i Józefackich, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, że był taki pisarz jak Proust. Trochę mnie dziwiło, że po przyjeździe – a czasami latem zjeżdżały się wszystkie siostry – moja mama, ciotka Gienka z Siedlec i ciotka Marysia z Warszawy – witano się z osobna z dziadkami, z osobna z Gąsiorami i z osobna z Jurakami. I nigdy dziadkowie nie przychodzili na obiad czy kolację do Zośki i Franka, i nie widziałem, żeby ci ostatni rozmawiali z Józkiem czy Anielą. Z dziadkiem i babką też bardzo rzadko. Przyjezdne dzieci były wyłączone z tych niechęci, chociaż kiedy Zośka przychylnie witała Jindrka, to Jindrek, żeby wywołać mnie na podwórko, wykorzystywał taką chwilę, kiedy nie mogła tego zobaczyć jego matka. Jakoś przez skórę się czuło, że jak mieszkamy u Franka, to wobec Józka należy zachowywać rezerwę, a jak u Józka mieszka ciotka Marysia, to jej córki (te z kolei ode mnie młodsze o pięć i siedem lat i niebudzące mojego specjalnego zainteresowania) nie powinny się spoufalać z Frankiem. Gdzieś w tle było dożywocie, Franek, któremu ojciec zapisał za to dożywocie gospodarstwo, i który nie spieszył się ze spłaceniem sióstr, Zośka, która nim rządzi i wszystko pakuje w swoją rodzinę. To wiedziałem z zasłyszenia, z podsłuchania, bo przy mnie rodzice o tym nie rozmawiali. Gdy wspominano Wandalin, do którego byli wysiedleni w czasie wojny (nie bardzo wiedziałem której, bo tędy przebiegał, a raczej tu zatrzymał się na jakiś czas front również w czasie pierwszej), nie wiem czemu, Wandalin nie kojarzył mi się z Wandą, a z odległymi Wandalami.

[…]


[Więcej można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.