Więc stuknęła mi już prawie czterdziecha. Bez mała ćwierćwiecze przefrunęło, glob naprukwia jak opętany, a ja co? Obtoczyłem się w atmosferę symulakrów, że mnie niesprawiedliwie potraktowano z pukawki i przekręciłem się. Brzydka sprawa, gdyż święcie przeświadczony, że moja aparycja się nie nadaje, bo doszczętnie nadgnity jestem, zafiksowany na tym, nie uwzględniając w rachubie wszechogarniającej bujności i nie patrząc się na nią, nastawiłem blastercrank na praktykę bezwzględności, jakieś takie hocki‑klocki. Bo on jak gdyby nakrył mnie flakiem balonu meteorologicznego i zorientował się całkowicie na ewolucję… chałupniczej chirurgii plastycznej. Jak nie zlaserował, to smażył inaczej, kroił i zszywał. Robił mi operację plastyczną za operacją plastyczną. Jakich to nosów nie miałem! Tęczówki prezentujące stratyfikację i klastry Chin Ludowych? A co tam! Wyłącznie wygląd się liczył przez te lata, akurat tak się składa, że mój.
Postanawiam teraz nadrobić wszelakie procesy, sekundowania którym – co niestety widać, zapóźnienie wypisane mam na eklektycznym ryju – zaniechałem. Przy czym – oczywista rzecz – głupola z siebie robię, głuptas bowiem ze mnie. Mianowicie: sprawdzam na blastercranku, co się działo, kiedy straszliwie się okłamywałem, a symultanicznie on nie szczędził polepszaczy mym wdziękom. I do lat 30. wieku XXX bym przelatywał focie i filmiki uwieczniające wizerunkowe postępy, własne powierzchowności bym tylko wchłaniał, jakich dostarczał ewentualnym zainteresowanym wizerunkowy załogant –
blastercrank, patrzałbym się na to wszystko, gdybym… nie przestał. I nie zabrał się za wertowanie na tubajforze w blastercranku nieotwartych wiadomości i nieodsłuchanych głosówek z ostatnich dwudziestu paru lat. Nadawcą każdej był… blastercrank.
Zapada zmrok, dżungla wrzeszczy. Puszczam z projektorka na kilka pobliskich eukaliptusów i bananowca nowinkarskie doniesienie blastercranka sprzed bez mała ćwierćwiecza. Co ta spluwa chciała mi tutaj za sensację obwieścić. Oglądam ten hologram i ziewam, ale niechcący wyrywa mi się z trzewi echo czyjegoś „jupi!” – co uprzytamnia mojej pozbawionej kościotrupa w środku, wypatroszonej, prześwitującej prawie powłoce [centralny układ nerwowy zastąpiony sieciówowym – oplatającym calutką prezencję równoważnymi, toczka w toczkę, punktami], że na tyle dawno nie przyjmowałem pokarmu, aż w mym bębzonie odzwierciedla się jakoś emblematyczna reprezentacja z precyzyjnie przeciwległego, drugiego koniuszka globu.
1
A hologram? No cóż, nic specjalnego. Ponoć: kiedy poprzednio mnie wcięło i byłem warzywem przez naście lat, po tym jak ekspresja usmażyła się w przeświadczaniu o własnej atrakcyjności [podobnież było coś takiego] nosacze dobrały się do blastercranka [blastercrank płaczliwie się uskarżał i raportował, co to były za perypetie jego; multum głosówek pochodzi z tego okresu], rozpracowały jego konstrukcję i wyhodowały modyfikowany genetycznie maniok, który działał identycznie jak blastercrank. Zrobiły sobie nim dużo operacji plastycznych, po których już nigdy ich nie rozpoznam, a więc wreszcie przestanę się im narzucać.
W tym momencie, kiedy mam już mniej więcej zrozumianą zawartość hologramu i zaczyna mi się fajczyć ekspresja przytłoczona stekiem najróżniejszych słuszności, czuję się wciągany przez gigantyczną larwę, najpewniej purchlaka motyla któregoś. Albo nie! To jest zwykły robak‑gigant. I zjada moje ciało, dziamga je. Jedynie brzuch mi wystaje z robaczej papy. A ja tym brzuchem się patrzę… do przodu.
I wściekłem się. Normalnie patrzę się brzuchem na nosacze, z którymi spędziłem większość swego życia. Tutaj, w dżungli. Uprzytamniam sobie, że to ja odkryłem nosacze, a to, co się następnie z nimi wydarzyło, jest sprzeniewierzeniem ich niesamowitości. Już trochę umiem nawigować robakiem, patrzę brzuchem i odjeżdżam robakiem. Opuszczam kwadrat dżungli, w który wpięty swymi najpożywniejszymi intencjami spędziłem na niniejszych dywagacjach niespełna czterdzieści latek. Oddałem tym kilku lianom, które wcinały mi się w kadr jak feston ścianie, która próbuje się polampić, odstąpiłem im posadę ciecia w dyspozytorni moralniaków. I wyruszyłem, ponieważ jestem potwornie zajęty. Nauczyłem się czytać z wilgoci, jaki mamy obecnie rok. Teraz jest jakiś bodajże 1888 albo 2024, ale nie zamierzam robić sobie rozrywki z wywyższania się na tle mej eksperckiej jaźni. Tutaj, w środku robaka, puszczam oko do wormhole’a, któremu nadal się spowiadam [wyznaję mu, że nie potrafię puszczać oka, ale liczyłem, że nie dopatrzy się tego przez woal z tłustego robaczego cielska sporządzony w pracowniach topowych projektantów; szazzzam! sukienki z mięsa wracają co sezon!].
Chciałbym spotkać ludzi, którzy głoszą: „zamiast maczet mamy orkiestry dęte”. Szazzzam! Czyżbym ich spotkał? Trochę nie za bardzo, po prostu jeżdżę sobie teraz cielistym dżipkiem Mamba Mk3. Ach, ludzie, którzy macie orkiestry dęte zamiast maczet, ależ to musi być widowisko, kiedy krzadyle rozstępują się przed waszymi puzonami. A ja? Rozjeżdżam puszczę na kawałki. Co to jest za bryka! Pozwala mi odreagować przeżycia, jakich dostąpiłem gołstującą mnie właśnie, obciślejszą chwilkę temu. […]
Tak, ojej, bo już nie patrzę brzuchem wystawionym z robaczej papy. Wyrobiłem sobie talent do wczuwania się w robaka, który mnie pochłaniał, dziamgał. To znaczy najpierw ściągnąłem na blastercrank rozmaite pomoce naukowe bazujące na generalizatorach nieroztropnie, bo w obecności ścian z przytkniętymi doń szklankami, wypuszczanych z papy przez znamienitych czarodziejów. Na bazie owych generalizatorów udało się wyekstraktować zaawansowaną technologię podpowiadaczy, tzw. softłbów. Kiedy mówię „wysyłam sobie softa” – oznaczać to ma, że przed twarzą wyrasta mi budka suflera, którą wyłącznie ja postrzegam. Suflera nie widać w jamie, rysuje się w niej zagadkowe ciemiączko. Budka przysłania wszystko, co roztacza ci się przed nosem, a więc sufler musi nieustannie instruować, bo naocznie nie sposób się poznać, w jakich sytuacjach się uczestniczy. Weź to powietrze do buzi, a temu [powietrzu] pokaż fucka, ale wpierw – gwałtu rety! – unik. Się wie, sufluj! Byle przetrwać, a później zbierać za to tantiemy. Brzdęk?
Czy ja się pytam? Ajć, nie ja, tylko soft [dziwi się odgłosowi, który wyczytał ze skryptu jako następstwo zarycia mego nosa w jego czaszce]. Niektórzy złośliwi użytkownicy, którzy odczepili od softa, zaczęli rozpylać pogłoski, że: między żywych jeszcze rodziców na różnych potańcówkach wślizgują się szwadrony softłbów, którzy podżegają pewną subkulturowość rodzicielską, że my rodzice musimy być twardzi, specjalnie się ubierać, jeść z tubki, niech niemowlęta się nami inspirują, ubierają tak jak my. Niektórym się pomerdało i kaznodziejsko paplają bez wafla, że rodzice to wyłącznie subkultura, taka jak rasta‑emo. Astroturfingiem napędzana wśród softłbów. Że każdy rodzic jest softem, którego ktoś sobie wysłał, ale odczepił od niego. Softem, który opuścił budkę i teraz budka świeci puchą. Byłem jedną z postaci, którym się tak pomerdało. Aż do przeżyć sprzed chwilki.
Wilk zagryzł sarnę, to moja wina.
[…]
[Więcej można przeczytać w numerze.]