12/2025

Dariusz Bitner

Winy

Zatem wystawcie sobie taką okoliczność: jest późne popołudnie, szaro za oknem, jesień. Siedzimy, prawie leżymy z mamą na kanapie w dużym pokoju, przytuleni do siebie. Jest ciepło. Po drugiej stronie pokoju, w kącie, gra telewizor. Trochę daleko, ale to nam nie przeszkadzało.

Smutny pan monotonnym, acz podniosłym głosem czytał ważne informacje, odkładając jedną kartkę po drugiej z leżącego przed nim grubego pliku.

– Ale, mamo, on to wszystko będzie czytał?

– No, niestety, musimy poczekać.

Pan się nie spieszył, robił duże przerwy miedzy zdaniami, mówił trzy słowa i milczał przez chwilę. Wydawało mi się, że kartek w ogóle nie ubywa. Potem dopiero zauważyłem, że kartkę przeczytaną sprawnie wkładał pod spód, parę razy stosik poprawiał, wyrównywał po bokach. To mogło trwać bez końca.

Nudziłem się, ale mama powiedziała, żebym poczekał, bo zaraz będzie Klub Myszki Miki. A ja bardzo chciałem zobaczyć Myszkę Miki. Żywą. Na obrazku już ją widziałem. A może tylko tato mi opowiedział o niej i sobie wyobraziłem, w każdym razie niczego tak nie pragnąłem jak zobaczyć Myszkę. Pomyślałem, że jak się zacznie, zejdę z kanapy i usiądę na dywanie, pod stołem, żeby lepiej widzieć. Z bliska. To było moje ulubione miejsce do oglądania. Odgradzałem się od całego świata, nie widziałem nikogo ani mnie nikt nie widział. Mogłem cały oddać się oglądaniu ruchomych obrazów i słuchaniu dźwięków. Odgłosów. Właściwie wchodziłem w mrugający, srebrzysty kineskop. W świat pełen kropek i światełek. Czasem nawet przestawałem widzieć obraz, dostrzegałem tylko ruch, splątanie i wirowanie, tylko błyszczące plamki, mrugające robaczki. Widziałem chyba więcej niż inni. Kiedy opowiadałem o tym tacie, tylko się śmiał. A mama przeciwnie: robiła poważną minę i surowym głosem zabraniała mi siedzieć tak blisko. Oczywiście nie słuchałem jej, a ona na szczęście zapominała na jakiś czas o wydanym zakazie.

Tymczasem jednak walczyłem z opadającymi powiekami. Sen otulał mnie podstępnie.

– Zaraz będzie Myszka Miki – powiedziała mama. – Zaraz obejrzymy.

W jej objęciach kołysałem się na łagodnej fali. Poważny pan w telewizji mówił coraz ciszej, a jednocześnie coraz wyraźniej. Słyszałem jego słowa tuż przy uszach, niczego nie rozumiałem, ale nie musiałem rozumieć, co mówił. Zaraz przecież będzie Myszka Miki. Mama obejmowała mnie prawym ramieniem, ja wtuliłem się w jej ciepłość i miękkość. Słyszałem bicie serca. Serce mamy biło głośno i dostojnie. Swoje serce też słyszałem, ale biło cichutko, trochę lękliwie. Nie zdziwiło mnie, że słyszę dwa serca, ale zastanowiło, dlaczego nie biją równo. Jedno wybijało swój rytm, a drugie swój. Jedno stukało jak końskie kopyta na ubitej ziemi, drugie – to biegnący rycerzyk z filmu rysunkowego, w hełmie z pióropuszem i wyciągniętym do góry drewnianym mieczykiem. Można powiedzieć: błogostan.

Nigdy później (ani rzecz oczywista – wcześniej) nie zaznałem takiego stanu, takiego błogostanu. Takiej błogości. Błogość od tamtego popołudnia nigdy już nie była figurą retoryczną. Jakąś metaforą, umownością jakąś. Czymś. Była dobrze mi znanym, doświadczonym raz w życiu stanem ducha.

Zasypiałem, ale trochę się zmagałem z zasypianiem. Czekałem na wesołą Myszkę, więc się zmagałem.

Dziś wiem (chociaż powinienem napisać: wyobrażam sobie, ale ja, bez cienia wątpliwości – wiem), że jeżeli przytrafi mi się ten stan błogi jeszcze kiedykolwiek, to tylko raz. Przy sprzyjających okolicznościach, czyli łaskawości losu – w chwili umierania (jakkolwiek patetycznie to zabrzmi). Gdy ciepły sen usunie całą przeszłość, a ja w objęciach Anioła stanę przed obiecaną bajką o Myszce Miki. Bajką o czymkolwiek. To najwspanialsze uczucie, ta chwila tuż przed realizacją marzenia. Chwila, o której jeszcze zdążysz wiedzieć.

Wtedy się nie udało.

– Słyszysz? – powiedziała mama. – Słyszysz?

Nic nie słyszałem, niczego nie brakowało mi do szczęścia. Myszka tańczyła wesoło, wymachując długimi pnączami rąk, zakończonymi białymi rękawiczkami. Ale mnie ani było wesoło, ani smutno. Mogła zamiast rękawiczek mieć nożyczki. Albo płetwy. Albo chorągiewki… tak, to były chyba białe rękawiczki. Nic mnie to nie obchodziło, mama była taka ciepła. Przytulała mnie. A jej głos napływał z oddali.

– Idź otwórz… ja jestem trochę zmęczona…

– Chce mi się spać – wymamrotałem. – Ty idź, mamusiu.

– Ja nie mam siły, Liguszku. A ty masz młode nóżki‑liguszki. Jesteś taki silny.

– Słaby, słabiutki jestem, mamusiu.

– Słyszysz? Ktoś puka.

A to Myszka tupała wielkimi, białymi chodakami: tup‑tup‑tup, tup‑tup‑tup.

– No. Idź. Liguszku…

Liguszku‑leniuszku mówiła mamusia, gdy ociągałem się albo zapominałem czegoś zrobić. I czochrała mi włosy, co znaczyło, że wcale się nie gniewa. Ale teraz nie poczochrała mnie, tylko delikatnie, ale stanowczo odepchnęła od siebie. Przepchnęła na skraj łóżka, więc uległem. Mama to mama. Chociaż wezbrało we mnie poczucie niesprawiedliwości.

– Dlaczego właśnie ja? – powiedziałem. Albo pomyślałem.

Słaniając się, na miękkich nogach, z opuszczoną głową i ramionami, dotarłem do drzwi, które rzeczywiście stukały. Głośno i rytmicznie.

Zebrałem wszystkie siły i przekręciłem zamek – wydał mi się śmieszny, kręciłem gałką, do której musiałem sięgnąć wysoko, a gałka kręciła się jak zaczarowana. I chrzęściła. Właściwie nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. Dostąpiłem (tak należałoby to określić, ale mogę też powiedzieć: doświadczyłem) rozdwojenia duchowego. Jeszcze leżałem w objęciach mamy, a przecież stałem w otwartych na klatkę schodową drzwiach – miałem tylko otworzyć – i całym sercem pragnąłem wrócić na łóżko. Żeby moja nieobecność tam nie zdążyła się stać. Żeby nie przerwać obecności tam, a właściwie nie przerwać snu. Z zamkniętymi oczami miałem więc zamiar wrócić i spać dalej, ale nie było mi to dane. Nie pozwolono mi.

Zimny huragan wtargnął do środka, do naszego domu. Do naszego snu. Zawyły trąby jerychońskie, mroczna postać z najgorszego koszmaru rzuciła się na mnie, złapała kościstymi szponami za ramiona i potrząsnęła energicznie.

– Co tu się dzieje?! Matko Boska Częstochowska! Jezu Nazareński! Emilko!

Czarna postać, powiewając rozpostartymi jak skrzydła tiulami, a może i chorągwią łopocząc, dwiema na wietrze chorągwiami, rzuciła się w stronę mamy. Ale zaraz, lamentując i jojcząc skrzekliwie, skręciła w stronę okna. Otworzyła je na oścież. Potem drugie.

– Wstawaj, Emilka, prędko, no! Jezus Maria!

Mama zwlekła się niezdarnie z łóżka. A czarna postać za wszarz ją i na parapet. Potem do mnie – cap – na karku poczułem zimną łapę… mało mnie przez okno nie wyrzuciła.

Babcia Kapuścińska! Niech ją diabli, wszystko zepsuła.

– Kto to widział, mój Boże! Jak tak można…

I zniknęła w kuchni. Tam strąciła jakiś garnek, a może pokrywkę (załomotało patetycznie) i stłukła gliniany dzbanek na kwiatki, stojący na parapecie. Bo w kuchni też otworzyła z impetem okno, też na całą szerokość.

Jak wielki kruk Babcia Kapuścińska przystanęła w końcu na środku dużego pokoju i na chwilę świat zamarł. Tylko Myszka Miki wesoło fikała w rytm skocznej muzyki.

Stałem oszołomiony. Sen mijał.

– A coś mi mówiło, żeby tu przyjść. A coś mi mówiło! Tak nie mogłam sobie znaleźć miejsca, jakiś głos mnie wołał. Przeczucie! Oj, strzeże was Matka Boska, Anioły Niebieskie mnie przyprowadziły… mówiło mi… ciągnęło… bo już by było po was. By was nie było!

I Babcia Kapuścińska zaczęła się modlić na głos.


[…]


[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.