12/2025

Szymon Kowalski

Wigilia

Aby zwieńczyć rok, który matka w przypływach z wiekiem nasilającej się nerwicy uważała za przeklęty i niemożliwy do ogarnięcia umysłem choćby elementarnie wrażliwego człowieka, należało przeżyć okres stricte przedświąteczny – to znaczy dzień przed oraz dzień Wigilii. Kto obchodzi święta, kto jest zmuszony je obchodzić z powodu zewnętrznych nacisków, doskonale rozumie szaleństwo wyczekiwania na przyjście na świat zbawiciela lub otwarcie prezentów. Ja nie miałem przymusu ani potrzeby dorastania w ortodoksyjnej wierze, a szczerze mówiąc, przesadnie nie zajmowała mnie żadna wiara i mi tak zostało. Jeszcze gorzej o mojej rachitycznej duchowości świadczy to, że wolę prezenty. W zeszłym roku dostałem buty do biegania – przedsmak butów ortopedycznych dla rencisty bądź emeryta – sportowe obuwie pozwala mi, co więcej, daje mi możliwość wygodniejszego nicnierobienia. Spełnia moje skryte marzenie o nieustannym siedzeniu i w wypadku, kiedy się zaprę i skoncentruję, czytaniu. Co jak co, ale sportowe obuwie skłonny jestem uznać za doniosły wynalazek ludzkości. Kilka lat temu, przy okazji premiery debiutanckiej, freejazzowej płyty kolegi, co też pochodził z ociekającego kompostem południa, faktycznym symbolem rozpoczęcia nowego etapu w karierze i życiu w ogóle był zamiar regularnego biegania. W miejskim stylu. W rzeczywistości okazało się, że niespotykana dotychczas lekkość i piankowata wygoda sprokurowały nieco inne zastosowanie. Zakupy, próba, teatr czy koncert – wszędzie w tempie ekspresowym, zarazem bez odcisków. Ba! Buty sportowe szybko zaczęły być traktowane jako legitymacja umożliwiająca przebywanie w ekskluzywnych warszawskich środowiskach – od tej pory każdy, nawet jeśli wcześniej istniał jako zrośnięta z mokasynami bryła albo niepokazujący się publicznie w innym anturażu niż znoszone, postrzępione trepy, prędko zdobył się na zakup wymodelowanych modeli z wietnamskich fabryk. Nie dziękujcie.

Akurat jeśli chodzi o ludzi w butach, to w tym roku wypadło, że my mamy przyjąć gości. Można ująć to jak prasa sportowa pisząca o właśnie ujawnionej lokalizacji kolejnych igrzysk olimpijskich lub mistrzostw świata w piłce nożnej:

Kowalscy organizatorami świąt 2020


Każdą tego typu imprezę poprzedza emocjonujący do ostatnich metrów kulinarno‑zakupowy maraton, kiedy to ogólna powściągliwość i wzrost cen nie zatrzymują przed biciem nowych rekordów na paragonach i fakturkach ze sklepów spożywczych, na metkach ubrań, w kasie na stacji benzynowej. Wykonujemy żałosne z moralnego, ale i ekonomicznego punktu widzenia, czynności, w dzień, kiedy nie tylko ciało, lecz także duch powinien pościć, z nadzieją na relatywnie bezproblemowe święta. W takiej nadziei trwa, obdarta z wszelkiej pokory, rodzina i pości tylko fizycznie – w kwestii pokarmu ma się rozumieć. Jeśli chodzi sprawy boskie, a nawet i człowiecze, w głowie to samo co 9 sierpnia, 4 czerwca, 23 lutego i w reszcie kalendarza pełnego dni aż nadto powszednich i niezapamiętanych. Tylko więcej głupot na głowie i szybciej się marnuje czas. Poza tym panują standardowe reguły: piosenki bożonarodzeniowe (takie anglosaskie z lat pięćdziesiątych i późniejsze, kolejne fale komercjalizacji świata i życia, w tym świąt, wytworzyły tony popkolęd oraz różne piwnice i innych Młynarskich – ja prywatnie, osobiście, nikogo nie urażając, uważam, że Nick Cave, grający solo na pianinie weźmy takie God is in the House, byłby bardziej adekwatny), mycie podłóg, mycie wszystkiego, gracenie kuchni naczyniami i kosmicznymi, używanymi dwa razy w roku, urządzeniami, gotowanie i pieczenie wszystkiego poza psem, męka w ferworze zaciekłej walki o wystrój rodem z katalogu szwedzkiego sklepu. Nie powiem jakiego, ponieważ mi nie zapłacili, Szwedy jedne. Czerwone puszeczki na pierniki w śnieżne wzory, jakieś lampeczki, zapachowe świece, setki zapachowych świec na wypadek apokalipsy.

O tym nie wspomniałem, to powiem teraz, matka, podobnie do mnie, a w przeciwieństwie do swojej siostry, nie uznawała twardych praw logiki, które jej zdaniem przekreślane były przez paradoksy miotające jej życiem. Mojego ostatniego roku, najgorszego od kilkunastu lat, nie da się opowiedzieć – ja myślę, że poprzedni najgorszy był ten, kiedy matka wpadła ze starym i od tamtego czasu mam brata, jeszcze wcześniejszy najgorszy to ten, kiedy wpadli i ja się urodziłem, choć nie chciałem.

Kiedy myślałem nad próżnowaniem, nad tym, na ile sposobów można świętować, nic nie robiąc, i marzyłem o słusznej rencie, matka chciała kończyć pracę dopiero w wieku emerytalnym – tę samą, którą zaczęła dwadzieścia lat temu. Ja chciałem wymknąć się rygorom rynku, naprzeciwko siebie miałem dyrektorów, spółki i giełdy czyhające na nieświadome zagrożenia ofiary. Wiem, że batalia o całkowite, powszechne, równe niezatrudnienie, nie będzie łatwa – potyczki z urzędami skarbowymi, reforma socjalna, dochód gwarantowany za bycie – powoli przygotowuję noworoczne ulotki propagandowe i agitacyjne pisma. Banki świata całego zadrżą w swoich stalowych posadach, a bankierzy będą mdleli w klimatyzowanych, luksusowych windach. Na konferencyjnych stołach oraz w służbowych mercedesach wszyscy obojętnie założą nogę na nogę i pogrążą się w bezczynie, dla nich bowiem ostatnia walka będzie już przegrana. W rodzinie nie mam żadnych popleczników. Dziadek Heniek to radykalny wróg systemu emerytalnego, bo jak uważa, ten jest dla nierobów i siedemdziesiąt pięć lat to świetny wiek na ośmiogodzinne interwały ruchowo‑niewolnicze. Ojciec pracuje, żeby żyć z mamą, i nie ma nic do powiedzenia. Młodszy brat nie rozumie, o czym mówię.


[…]


[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.