12/2025

Łukasz Żurek

Obramowane patrzenie.
O tomie Nie Konrada Góry

Odbiorca, nie czytelnik


nie bałem się o tekst; o jego funkcjonowanie bez gramatyki i formatu, o jego

ograniczenie

do istnienia: przez dwa lata wmawiałem ludziom, że Je kończę, kiedy to One

kończyły mnie. A teraz

to łgarstwo przechodzi do porządku i ja o nim zapomnę: niech on, ten tekst,

któremu już nie pomogę,

najbardziej z wszystkiego podobny do rośliny łamiącej się od swoich owoców, kobieta i dziewczyna

w jednym, zapomni o mnie, proszę. Potrzebny mu odbiorca, nie czytelnik.


To wiersz Nigdy dotąd Konrada Góry, dzięki któremu poeta, przy okazji publikacji tomu Nie (2016), wybrnął z konieczności napisania tzw. autorskiego komentarza, czyli jednego z tekstów promocyjnych towarzyszących premierom książek Biura Literackiego. Na razie skupmy się na samym wierszu, naśladującym wersyfikację (otwarte dystychy i końcowy, niedokończony dystych) Nich1. Udało się bowiem w nim Górze rozrysować gęstą siatkę napięć istotnych dla zrozumienia książki, o której Robert Rybicki słusznie napisał, że jest „konceptem od A do Ż”2.

Z jednej strony Góra jak nigdy dotąd boi się o swój „tekst”: o to, jak/czy zostanie odebrany, jak będzie funkcjonował („funkcjonowanie bez gramatyki i formatu”), oraz o to, że może być tylko i wyłącznie skończonym tekstem („ograniczenie / do istnienia”, „przechodzi do porządku”), chociaż sytuacja, z której wyrasta, lub problem, którego dotyczy, wykracza poza jego obszar. O ile ta druga obawa wydaje się napędzać poezję Góry już od jego debiutu, czyli Requiem dla Saddama Husajna i innych wierszy dla ubogich duchem (2008), aż po najnowsze W Chinach żeby ogłosić wiersz. Drugie echo wściekłych lat: wiersze, próby i tytuły utracone prozą, eksperymentem i zaniechaniem 2021–2024 (recenzja w tym numerze na s. 117), o tyle ta pierwsza wydaje się specyficzna dla Nich. Jeśli bowiem przyznać chociaż częściową rację Romanowi Honetowi, który w 2010 roku w antologii Poeci na nowy wiek stwierdzał, że Górze, w odróżnieniu od hipotetycznego „poety‑ideologa”, zupełnie obojętne jest to, „czy komunikat został należycie odczytany, czy nastąpiła oczekiwana reakcja”3, to w przypadku Nich faktycznie mielibyśmy do czynienia z wyjątkową sytuacją. Intuicję tę potwierdza fragment towarzyszącej premierze książki rozmowy przeprowadzonej przez Dawida Mateusza, w którym Góra niemalże parafrazuje początek Nigdy dotąd:

I nigdy tak nie bałem się o tekst, nigdy w ogóle nie bałem się o tekst, a teraz on mnie opuszcza, schodzi partiami jak usuwane na jesień rośliny z ogrodu, plonujące i nie, i coraz mocniej się o niego boję, napisałem w zasadzie bezbronną rzecz, dałem jej złamany kręgosłup […]4


Z innej jednak strony w Nigdy dotąd bezbronny „tekst” ze złamanym kręgosłupem, łamiący się pod własnym ciężarem szybko zaczyna dominować nad autorem. To „One” kończą Górę (doprowadzają go na skraj wytrzymałości? męczą?), to Góra musi prosić „tekst”, aby ten o nim zapomniał. Sprzeczności między obawą o Nie a chęcią zapomnienia o Nich nie może rozwiązać sam autor, potrzebna jest więc do tego osoba trzecia: „odbiorca” – ktoś, kto odbierze tę książkę od Góry i oddali się z nią od niego – „nie czytelnik”. Uwaga z Próby wyjaśnienia, czyli autorskiego komentarza kończącego książkę, w której Góra informuje, że „[o]statnia linijka ostatniego dystychu jest przeznaczona do napisania przez odbiorcę”5 [N 138], sugerowałaby, że odbiorcą Nich stajemy się w momencie, w którym dopisując końcowy fragment, jako autorzy nowego tekstu ostatecznie odbieramy Nie Górze i robimy z książki coś swojego. „Dokończ tekst, dopisz swoje, ułóż według uznania, przetłumacz do użytku, ostatni wers jest twój. Idź. Niech cię mieli, rozdrabnia, niech działa nie dająca spokoju, niewyczerpanie głodna siła negacji”, pisał Jakub Skurtys6 o końcowej instrukcji Góry.

W uwadze Skurtysa dostrzegam pewną sprzeczność, obecną również w samej książce Góry. Jeśli bowiem faktycznie dopiszemy swoje, ułożymy dystychy wedle uznania, użyjemy Nich do tego, do czego chcemy, to w jakim sensie wciąż może na nas oddziaływać zawarta w tekście Góry „niewyczerpanie głodna siła negacji”, skoro znika ona w momencie, w którym to my stajemy się autorami nowego tekstu, posiadającego tym samym nowe znaczenie i nową formę (zamiast 1160 dystychów, z czego jednego niedokończonego, mamy po prostu 1160 dystychów7)? Oczywiście możemy próbować napisać linijkę, która przypominałaby połamany rytm Nich lub korespondowałaby z pierwszą linijką ostatniego dystychu: „Jesteś jutro i kto z tobą?” [N 137]. Problem w tym, że, po pierwsze, i tak będzie to tekst naszego – a nie Góry – autorstwa. Nie jesteśmy przecież współautorami tej książki: nie pracowaliśmy nad nią wspólnie z poetą, nie konsultowaliśmy razem z nim jej kształtu itd., po prostu dopisujemy coś do napisanych przez niego dystychów. A po drugie: wcale nie musimy dopisywać linijki pasującej do jakkolwiek przez nas interpretowanej całości tekstu. Dopisując linijkę i dosłownie stając się autorem nowego tekstu, możemy też, jak chciałby Paweł Kozioł, włączyć się w proces żałoby, której sama lektura Nich nie wywoła8, ale nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy dopisali optymistyczny wers i szybko tę żałobę zakończyli. Możemy też dokończyć ostatni dystych, w ogóle nie czytając książki, nie wiedząc, o co w niej chodzi i dlaczego powstała. Każde z tych potencjalnych zachowań jest przecież realizacją instrukcji Góry.

Bardziej istotne od tego, co pojawi się w ostatniej linijce i czy w ogóle jakkolwiek ją uzupełnimy, jest to, co pusta linijka przeznaczona dla odbiorcy mówi o statusie Nich jako jednocześnie autonomicznego dzieła i fait social, faktu społecznego. Wszystkie artykułowane przez Górę w wywiadach obawy i lęki o Nie w jednoznaczny sposób krążą wokół implikowanej przez fakt wypuszczenia książki w świat konfrontacji z publicznością. Tekst opuszczający Górę to przecież tekst, który może przeczytać ktoś inny niż Góra: opublikowana książka funkcjonująca na rynku. W cytowanym już wywiadzie autor Siły niższej stwierdzał to wprost:

[…] do Nich traktowałem pisanie jak picie czy agresję; jest to jest, nie ma, to przyjdzie, wróci: wezmą to, to wezmą; odrzucą – to zostanie więcej dla mnie, nie pisałem wcześniej do żyjących ludzi [podkr. ŁŻ] […]9


A każda z potencjalnych realizacji instrukcji z Próby wyjaśnienia podkreśla status książki jako materialnego obiektu, przedmiotu, na którym jakiś odbiorca zostawia swój ślad, dopisując linijkę wedle uznania. Mimochodem zwracał na to uwagę Skurtys, gdy w zakończeniu swojego drugiego tekstu o Nich pisał, jak sam zaznaczał, „obrazoburczo”:

One powinny pójść na przemiał, tak jak zmielone zostało debiutanckie Requiem dla Saddama Husajna […] Tak wypełniłaby się ich paradoksalna poetyka: z dala od konkursowych kartonów słowa spotykałyby inne słowa, aż ktoś odebrałby je w metrach sześciennych odzyskanej celulozy.10


Odzyskanie z przemielonych egzemplarzy celulozy byłoby jedynie dobitnym podkreśleniem towarowego statusu Nich, książki jako materialnego obiektu, z którym po zakupie odbiorca – konsument – może zrobić to, co mu się podoba, co Góra zaznaczył w tekście, zostawiając pustą linijkę „do napisania przez odbiorcę”. Jak postaram się pokazać, na „paradoksalną poetykę” Nich składałoby się jednak nie tyle eksplorowanie, ile równoczesne podkreślanie i kasowanie przedmiotowego, towarowego charakteru książki, równoczesne koncentrowanie uwagi na „czytelniku”/„odbiorcy” i podejmowanie wielu prób jego unieważnienia w tekście. W wywiadzie z Anną Adamowicz, towarzyszącym premierze Kalendarza majów (2019), Góra spytany o to, co myśli o odbiorze Nich wśród krytyków i czytelników, odpowiedział „Nic nie myślę”, a w zakończeniu wypowiedzi stwierdzał: „Ona [książka – ŁŻ] nie prosi o czytelnika, tylko go wyprasza ze strefy zgniotu”11. To interesująca wypowiedź: trzy lata po premierze Nich zamiast zastępować czytelnika odbiorcą, Góra mówi o tym, czego jego książka nie robi („nie prosi”) i co robi („wyprasza”) z czytelnikiem. Być może zatem przeciwstawienie „czytelnika” i „odbiorcy” od początku służyło tak naprawdę wytworzeniu nowej relacji z czytelnikiem.

Wypadałoby jednak w końcu powiedzieć, o jaką właściwie strefę zgniotu chodzi, czego ta książka dotyczy, o czym jest i co to znaczy, że czytelnika się z niej wyprasza. Mój początkowy komentarz mógł błędnie zasugerować, że będę abstrahował od najbardziej oczywistej, centralnej dla Nich kwestii. Tymczasem wszystkie problemy, o których pisałem, całe nerwowe krążenie wokół czytelnika, wyobcowywanie go i czynienie współodpowiedzialnym za tekst, podkreślenie jednoczesnej niezależności utworu i jego słabości, dziwnej zależności od nas, wynika z tego, iż Góra napisał „popsuty poemat o zawalonej fabryce”12.


[…]


[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]

Konrad Góra: Nie
Biuro Literackie,
Kołobrzeg 2016, s. 140.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.