12/2025

Tadeusz Pióro

Mąż opatrznościowy

Młoda kobieta w czarnej bluzce ma włosy do ramion. Są koloru i grubości sznurka, sznurka do bielizny, i choć przychodzą mi do głowy mopy i bicze z węzełkami, poprzestaję na bieliźnie, to znaczy na sznurku. Ja wracam z samotnego rajdu, ona stoi z pieskiem, kudłatym. Szczeka na mnie. Pytam, jak się wabi.

– Delta. – Ja na to, że koafiurę ma jak aktorka w Biskupinie. Odpowiada, że moja opinia na temat Delty to jej chyba wisi koło pisi. Po chwili dodaje: – Jak miecz Damoklesa.

Sugeruję ugodowo, że co ma wisieć, nie utonie. I po chwili rzucam oskarżycielskim tonem:

– Pani jest aktorką!

– A pan to reżyser? Czy kierownik produkcji, hi, hi?

Odpowiadam tonem wyniosłym: – Ani to, ani tamto!

Na co ona, podchwytliwie: – Ale całusa dostanę?

– Ma się rozumieć – zapewniam szarmancko i od razu daję jej całusa, żeby później nie zapomnieć, po czym przekładam centymetr z ręki na jutro.

Całus miał być niewinny, można by rzec – eksterytorialny, jak piłka niechcący wybita na aut. Terytorium byłoby tu ciało bez narządów, więc po wrzutce Deleuze’a sytuację należało jak najszybciej wyjaśnić. Delta kojarzy się czasem z rzekami, takimi jak Mekong lub Missisipi, pies tak nazwany kojarzy się z mnogością ujść, jest w tym imieniu płynność i mokradła z okolic Nowego Orleanu, myślę, a to bydlę znowu szczeka.

– Pan ma psa na własność?

– Owszem, wabi się Wałek.

– Jamnik?

– Rasowy.

– Ja nazywam się Colleen Lye.

– Moje nazwisko nic pani nie powie, ale może być pani znany mój numer.

– Jaki to numer?

– Popisowy. Proszę popatrzeć.

Zrobiłem dwa kroki i runąłem jak długi, bo Delta zdążyła zrosić murawę. Colleen Lye podała mi pomocną dłoń. Wstając, dostrzegłem nad jej głową lekko pofałdowany transparent z napisem LÓD HOMAR DZICZYZNA, a na głowie lekko przekrzywioną perukę.

– Często pan tak opada?

– Zawsze, jak się zaplątam w odnogi przeciwnika.

– Och, a którą to mamy godzinę?

Pytanie o godzinę, kiedy oboje słyszymy hejnał z Wieży Mariackiej, zrozumiałem jako pytanie o to, czy moja zasadniczość wyszła na pozycję.

– Ani dobrą, ani złą.

Postrzegła się, umilkła, oczy opuściła i jak róży pączek cała się spłoniła, bo Delta przykucnęła, żeby zrobić kupę, robiąc przy tym minę jak człowiek, który uśmiecha się, czytając wiadomość tekstową na ekranie telefonu.

– Przepraszam, myślałam, że gramy do tej samej bramki.

Temperatura w maszynowni osiągnęła sto siedemnaście stopni w skali Fahrenheita. Chmury zasnuły pogodne dotychczas niebo. Układ niżowy z systemem frontów atmosferycznych zmienił swoje położenie. Natarcie miało być uskrzydlające, niczym niesiona wiatrem pieśń bojowa albo skandowany okrzyk „Jeszcze jeden!”. Colleen Lye wyjęła z kieszeni spodenek dwa lizaki o smaku cytrynowym, dla mnie i dla Delty. Wracając na pozycję, widziałem, jak poprawia perukę.

Colleen Lye gwizdnęła donośnie, ruszyłem w stronę światła. Minąłem przeszkody, otworzył się korytarz, strzał prościutko w okienko był w zasięgu, już lecę nad murawą, unoszę, jakbym miał skrzydła i…

Spokojnie Buffon.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.