Wielcyśmy byli i śmieszniśmy byli…
Juliusz Słowacki
Ano właśnie, jak to jest z Andrzejewskim? W roku śmierci pisarza profesor Janusz Degler na (skądinąd norwidowskiej) konferencji zdziwił się: umiera Andrzejewski, wydarzenie na miarę śmierci Stefana Żeromskiego, i nic się nie dzieje. Rzeczywiście, pamiętam wieczorny dziennik z 19 kwietnia 1983 roku, króciutką informację o odejściu pisarza podano pod koniec programu, niedługo przed wiadomościami sportowymi, głosowi lektora towarzyszył niemy filmik z Andrzejewskim mówiącym coś do telefonu i efektem stop‑klatki. Jednakże rok czy dwa później, w plebiscycie czytelników tygodnika „Polityka” na książkę czterdziestolecia PRL, na pierwszym miejscu znalazł się Popiół i diament. Rzecz jasna oba przywołane fakty recepcji są znamiennymi przykładami nieobojętnej politycznie socjologii literatury, aczkolwiek w żadnym wypadku nie dałoby się ich uznać za poważne wypowiedzi aksjologiczne.
W 2019 roku w PIW‑owskiej Bibliotece Klasyków ukazały się cztery tomy Próz wybranych Andrzejewskiego (bez Popiołu i diamentu!) z posłowiem Andrzeja Skrendy. Był to pierwszy polski pisarz we wznowionej szacownej serii, niemniej edycja nie wywołała, jak ująłby rzecz pewien publicysta, wielkiej narodowej debaty nad autorem. Warto jednak gwoli ścisłości odnotować, że tom trzeci z Miazgą jest dostępny dzisiaj wyłącznie w postaci elektronicznej, nakład drukowany się wyczerpał. Ossolińska Biblioteka Narodowa wydała dotychczas Trzy opowieści w opracowaniu Włodzimierza Maciąga (1998) i wspomnianą przed chwilą Miazgę, którą przygotowała Anna Synoradzka‑Demadre (2002).
Wniosek ogólny byłby zatem mniej więcej taki, że edytorsko radzi sobie Andrzejewski wcale nieźle, gorzej natomiast z odświeżeniem recepcji. Czyżby działała klątwa Miazgi? Kiedy w 1966 roku w październikowym zeszycie „Twórczości” ukazał się fragment tej powieści, rozpoczęło się wielkie czekanie na całość. Ktoś wspominał o domach inteligenckich, gdzie ten pojedynczy numer miesięcznika ustawiany był na półce z książkami, nie z czasopismami – w uznaniu dla rangi pisarza i nowego dzieła. Niestety, wydanie powieści opóźniło się znacznie; w potocznym obiegu literaturoznawczym pojawiła się teza o nietrafieniu edycji w swój czas (konia z rzędem temu, kto potrafi dokładnie określić swojość czasu…). Sprawa zaś jawi się jako istotna właśnie ze względu na Andrzejewskiego i publiczną figurę pisarza, który jest postrzegany jako autorytet czy nawet narodowy przewodnik. Pomińmy już wieszczów romantycznych, w wieku
Doprawdy, nie byłoby rozsądne czytanie tego zapisu z perspektywy współczesnych zapatrywań (i pytanie na przykład, co to takiego „sumienie narodu”). Ważne, że przyjmujący swoją wysoką społeczną rolę Andrzejewski postrzegał ją spójnie – i hierarchicznie, upodrzędniając własne potrzeby i praktyki erotyczne względem swoich powinności publicznych.
Po Andrzejewskim miejsce pierwszego pisarza zajął Miłosz, wiele się na to złożyło, jemu zresztą też się zdarzały stosowne gesty. I chyba na nim koniec, przynajmniej do tej pory. Mówienie dzisiaj o wybranym pisarzu, który byłby uznanym przez ogół wielkim społecznym autorytetem, przypomina trochę sytuację z mikropowieści Andrzejewskiego Teraz na ciebie zagłada:
Odkrzyknęło echo: mój Ludu! I jeszcze dwukrotnie Ojciec zawołał, za każdym razem głos ściszając. A gdy za trzecim razem echo już się nie odezwało […]
Lud, do którego w cytowanym apokryfie zwraca się prarodzic, składa się z jego żony Chawy (takie imię nosi u Andrzejewskiego Ewa) tudzież synów, Kaina i Abla. Tym jednak gorzej dla ludu, dla audytorium, którego dzisiaj brakuje.
Dziennik Andrzejewskiego, chociaż nie tak jak niegdyś Miazga, był przecież książką wyczekiwaną, przynajmniej przez, nie takie znów małe, grono odbiorców olśnionych jakże wieloma diarystycznymi tomami ogłaszanymi od kilku już dekad. Wspaniały powrót gatunku zaczął się od Zofii Nałkowskiej, a jeszcze wyraziściej od Dąbrowskiej. Co Andrzejewski poniekąd przewidział, zapisując 29 sierpnia 1961 roku:
Kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych pojawił się wybór jej Dzienników, było to par excellence wydarzenie, mimo cięć cenzorskich i żenujących niekiedy komentarzy edytora Tadeusza Drewnowskiego. Jak trafnie przypuszczał Andrzejewski, te codzienne zapiski przewartościowały dzieło Dąbrowskiej. W innych przypadkach diarystyka stawała się potwierdzającym epickim dopełnieniem twórczości, jak u Jana Józefa Szczepańskiego, lub jej (a może nawet bardziej jej recepcji) świetnym, odkrywczym kontrapunktem, jak u Sławomira Mrożka. W przypadku zaś Andrzejewskiego jego poprzednie książki mogą stać na półkach spokojnie. Zapewniam, że nie chcę wygrywać dwuznaczności takiej tezy, chodzi tu jedynie o przekonanie, że Dziennik nie zdominuje dokonań Andrzejewskiego, nie przesłoni znanych już tytułów. A przecież teza przeciwna nie byłaby wcześniej, przed lekturą Dziennika, tak całkiem odrzeczna. Pisarz bowiem mógł się wydawać, by tak rzecz ująć, diarystycznie predestynowany. Andrzej Kijowski zauważył to już w 1960 roku, zwierzając się na łamach „Przeglądu Kulturalnego”, iż owszem, nieustannie oczekuje od Andrzejewskiego nowych powieści, „ale tak naprawdę chciałby mieć na półce gruby dziennik tego pisarza”, który, zdaniem krytyka, „przerasta swoje książki” a używa tej czy innej formy literackiej niejako tylko z konieczności. Andrzejewski 23 czerwca 1960 roku z pełną zgodą i niewątpliwą przyjemnością zacytował Kijowskiego. Autor twórczościowych Kronik Dedala zmarł czterdzieści lat temu: wielka szkoda, że wśród narzędzi historii literatury brak wehikułu czasu…
Przy różnych okazjach można było zapoznać się z dziennikowymi zapisami z czasu powstawania Popiołu i diamentu. Publikowane były również inne fragmenty, co szczegółowo przypomina we wstępie edytorka Dziennika Anna Synoradzka. Przez dziesięć lat, od 1972 do 1981, na łamach „Literatury” ogłaszał Andrzejewski formę pośrednią między dziennikiem a felietonem. Teksty już po śmierci pisarza zostały zebrane w trzech tomach: Grze z cieniem (1987) i dwóch woluminach Z dnia na dzień (1988); tom wydany wcześniej zawiera zresztą odcinki powstałe później. Wreszcie teraz światło dzienne ujrzała (pozostała) całość, czyli, jak głosi podtytuł, Zapiski prywatne 1943–1982. Całość to zresztą względna – nie bez powodu jej status analizuje Piotr Sobolczyk w Posłowiu. Mówiąc najkrócej: nie jest to ciąg gatunkowo jednorodny. Owszem, są to zapiski dziennikowe, czasem rozbudowane, kiedy indziej radykalnie skrótowe, by zmieścić się na stroniczkach i w rubrykach kalendarzyków. Co więcej, Andrzejewskiemu zdarzało się opisywać ten sam czas w formach lakonicznej i pełniejszej. Synoradzka poskładała zachowane zeszyty, notatniki i maszynopisy w mniej więcej chronologiczną całość – zastrzeżenie, które należy poczynić ze względu na wspomnianą przed momentem podwójność. Jakieś rękopisy może się jeszcze gdzieś odnajdą, a i tak przecież trudno się spodziewać, by wszystkie (nie sposób uniknąć oksymoronu) luki całości zostały uzupełnione – Andrzejewski nie był diarystą systematycznym. Jeśli więc ktoś miałby nadzieję na śledzenie dzień po dniu na przykład procesu zaangażowania się autora w komunizm i odchodzenia od tej ideologii, opis licznych perypetii (eufemizm) związanych w publikacją Miazgi czy refleksję dotyczącą działalności pisarza w Komitecie Obrony Robotników – niestety rozczaruje się. Dziennik Andrzejewskiego jawi się natomiast wcale interesującym dokumentem zarówno życia autora, jak i jego czasów, aczkolwiek raczej trudno byłoby forsować tezę o wybitnym dokonaniu literackim, szczególnie rozumianym jako całość.
[…]
[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]
