To oczywiście żadna nowość. Pisał o tym choćby Adam Ważyk, autor ceniony chyba przez Konrada Górę (i wielu z piszących o Górze krytyków). Rzadko myślimy jednak o tym, że podobny mechanizm występuje niejednokrotnie na poziomie indywidualnych głosów czy twórców. Gdy medium dociera do ściany, potrzebuje czegoś obcego, zewnętrznego bodźca, żeby ją przebić; gdy autor dociera do ściany, musi nieraz zrobić coś wbrew sobie, żeby wybić w niej drzwi. Nie jest to przykra konieczność; samo pójście pod prąd stanowi sedno, jest samo w sobie innowacją, formalnym wyzwaniem. Nie chodzi przy tym o kompletną woltę. Autor, który przez lata i kolejne książki wyznaczał ogólne parametry swojego głosu czy stylu, konfrontuje ów głos z czymś, co wydaje się obce – testuje i poszerza ramy, każąc im pomieścić coś w punkcie wyjścia zaskakującego.
Góra znany jest jako zbieracz zapomnianych, mniejszościowych, zagłuszonych języków. Traktuje się go, nie bez racji, jako przedstawiciela tego rodzaju literackiego zaangażowania, w którym wiersz udziela głosu słabszym i uciskanym, kolekcjonerski impuls poety takie podejście zaś tylko niuansuje i rozszerza. Jego wiersze rekonstruują wewnętrzną logikę różnych idiomów, na jednej płaszczyźnie kładąc tradycję czeskiego literackiego undergroundu, język zdezindustrializowanego Śląska, gwarę polskiej wsi, słowniki botaniczne i anarchistyczne idiolekty. Górę autentycznie interesuje to, na co pozwalają inne, obce, mniej popularne sposoby mówienia.
Tak rozumiany literacki projekt autor Siły niższej konsekwentnie rozwija od lat. Co w ramach owego projektu może zaś stanowić faktyczną innowację? Jaki jest najbardziej naturalny sposób tchnięcia weń życia i zabezpieczenia przed stagnacją? Przede wszystkim, jak się zdaje, przyjęcie perspektywy bardziej osobistej, prywatnej, jednostkowej; niekoniecznie nawet liryzm (zawsze u Góry obecny, nigdy dominujący), ale wiersze artykułujące wyraziście własny punkt widzenia.
Na takich właśnie wierszach, w największym skrócie, opiera się nowy tom poetycki Góry: W Chinach żeby ogłosić wiersz. Drugie echo wściekłych lat: wiersze, próby i tytuły utracone prozą, eksperymentem i zaniechaniem 2021–2024. To najwyraźniejsze przesunięcie wobec książek poprzednich: wątki biograficzne zostają tu wyciągnięte na wierzch i wyostrzone; czytając, odnosi się wrażenie, że niemal każdy utwór zaczyna się od konkretnego, osobistego wspomnienia, precyzyjnej biograficznej lokalizacji. Oczywiście Góra nigdy nie unikał biografizmu jako takiego, tym razem staje się on jednak niemalże podstawową zasadą książki, którą regularnie strukturyzują dość szczegółowo opisane osobiste spotkania i doświadczenia: od przypadkowo napotkanych ludzi i zwierząt, przez licealne warsztaty literackie, po kolektywne gotowanie z grupą anarchistów czy którąś z dorywczych, podejmowanych przez lata przez poetę prac. Więcej nawet – wielokrotnie ma się wrażenie, że Góra aktywnie i na bieżąco usiłuje sobie przypomnieć, kiedy jakieś zdarzenia z jego życia miały miejsce, jak w wierszu Czyjaś:
Dwa tysiące trzeciego na targu rolnym
(Musiało być w Unii, zniesiono cła)
Widziałem szczura ładującego się
Do przyłącza sanitarnego […]
Oczywiście, celem nie jest stworzenie poetyckiej autofikcji bądź spisanie wspomnień, nawet jeśli Góra po raz pierwszy bodaj przyznaje wprost, jakie są kluczowe elementy jego myślenia o własnej personie czy tożsamości (kulinarny talent okazuje się jeszcze istotniejszy, niż mogło się wydawać). Punktem dojścia poszczególnych utworów nadal pozostaje każdorazowo coś większego niż sam autor, jakiś szerszy poznawczy horyzont czy bardziej uniwersalny komentarz. W cytowanym wyżej wierszu jest to relacja między konwencjonalnymi i niekonwencjonalnymi, jawnymi i ukrytymi wspólnotami. Również podstawowe tematy są tu te same co zwykle u Góry: praca, wyzysk i bieda; krytyka policji, państwa i prawa; rola poezji we współczesnym świecie; środowisko i relacja człowiek – zwierzę.
Autofikcja nie jest więc celem, jest nim raczej przeanalizowanie swojego własnego języka – nie tylko literackiego, lecz także tego prywatnego – tak, jak patrzyłoby się na cudzy. Z czego się zrodził? Na co pozwala? Czy można zrozumieć go lepiej, jeśli przypomnieć sobie wszystkie momenty oryginalnych przechwyceń, zapożyczeń, posłyszeń? Kim jest Góra w roli jednego z tych słabych, ubocznych, marginalnych głosów, którym zwykle poświęca swoje wiersze?
Jednak jest tu coś jeszcze, i to coś stanowi najmocniejszą może stronę W Chinach… Ważnym wątkiem poezji Góry jest – właściwie od debiutanckiego Requiem dla Saddama Husajna – sieć codziennych powinności, zobowiązań i aktów przemocy, które pozostają w jakimś sensie zarazem bardziej prozaiczne, jak i głębsze niż wiele spośród oficjalnych społecznych konwencji. Materia faktycznego zbiorowego życia, międzyludzkich – i nie tylko międzyludzkich – interakcji; ukryte, implicytne wspólnoty nieustannie zawiązywane na co dzień, czasem dobrowolne, czasem nie. Góra pokazuje nie tylko, jak te wspólnoty się kształtują, lecz także jak ustawiają się w nich i jak wyobrażają je sobie poszczególni ich członkowie.
We W Chinach… poeta pokazuje więc, jak w owe spontaniczne i nieuniknione wspólnoty wchodzi sam – kiedy i jak o tym decyduje, kiedy wydaje się nie mieć nad tym kontroli, w jaki sposób sam je dla siebie konceptualizuje. Centralnym wierszem tomu wydaje się z takiej perspektywy Szału, utwór o przesłuchaniu przez policję (korzystający z istotnej dla książki metaforyki piłkarskiej):
Był z wywiadu i fenestracji, nie wiedzieć czemu
Rzucono ich do rozbicia demonstracji, na
Trzemeskiej,
Gdzie kilkanaście lat później jego kumple
Zamordowali Igora Stachowiaka, wpadł w
Gości jak ja. – Na Świniarach. – Za Świniarami –
Poprawił mnie jak człowiek demonstrujący
Przywiązanie do szczegółu. – Wczoraj
wyciągaliśmy
Stamtąd uduszoną po gwałcie. Wyciągnęliśmy
Samą głowę. – I popatrzył mi w oczy jednakowo
Niebieskie i puste pewnością siebie, jak moje
– Jest między nami ta głowa. – grałem swoje
Do końca. – Chcesz ją zobaczyć? – i obaj
Wykonaliśmy gest zmyłki bramkarza
Co do wyboru strony przed karnym
Jakby żaden nie strzelał, i obaj
Zostaliśmy w krzesłach. Wypuścili
Mnie zresztą, choć typa, który próbował mnie
Odbić, zatrzymali na 72; to było w piątek.
W slangu policyjnym mówią na to chyba
Łańcuszek; bezpośrednio zatrzymanych
Wypuszcza się zaraz po przesłuchaniu;
Tych, którzy stanęli w ich obronie
Zostawia co najmniej do rana. Ma to
Wywołać wrażenie współpracy tych pierwszych.
Przewrotność wiersza polega oczywiście na tym, że współpraca jak najbardziej wystąpiła, chociaż nie w formie, o której tu mowa; podobnie jak miejsce miał akt policyjnej przemocy, chociaż też nie w formie, jakiej domyślnie moglibyśmy się spodziewać. Relacja poety i policjanta zostaje skonceptualizowana jako gra – szereg sztucznych ruchów, ustawień warunkujących się nawzajem i od siebie zależnych – ale jednocześnie, co ciekawsze, jako rodzaj nieporadnej, nieufnej, podwórkowej przyjaźni: znalazłem coś dziwnego, odrażającego, szokującego; chcesz zobaczyć? Góra odsłania kolejne, coraz mniej konwencjonalne piętra owej w punkcie wyjścia bardzo – modelowo wręcz – instytucjonalnej relacji. Ostatecznie chodzi jednak nie o to, że kontakt z policyjnym aparatem państwa tak naprawdę nie jest oparty na instytucjonalnej przemocy – tylko że owa przemoc nie istnieje oddzielnie od materii „właściwego” życia (Góra gdzie indziej: „jak zawsze bez rękawic, to mój fetysz; irytują mnie / Przesłony w relacjach z materią”).
Oczywiście inne spontaniczne przynależności opisane w książce okażą się mniej konfliktowe czy groźne. Po co jednak poeta w ogóle przygląda się z takim uporem samemu sobie w pozycji kogoś ustawionego – pozycji owego słynnego chłopca sprzątającego pod pomnikiem w Pokoju widzeń bądź setki innych bohaterów wierszy Góry? Nie po to przecież, żeby dać wyraz własnemu autentycznemu doświadczeniu tej czy innej rzeczy. Chodziłoby raczej o to, żeby pokazać uniwersalne doświadczenia i struktury, które zwykle okazują się mniej widoczne czy trudniejsze do opisania: wstyd z własnego entuzjazmu, nieuchronność kokieterii, niewygodną radość z przemocy. Dlaczego zaś w ten sposób Górze łatwiej o nich mówić? Może dlatego, że mówienie cudzym głosem narzuca pewne etyczne imperatywy i niewłasne priorytety. Góra mówiący za siebie – czy raczej: patrzący na siebie mówiącego za siebie – to, nieco kontrintuicyjnie, Góra mniej zainteresowany kimkolwiek konkretnym, bardziej skupiony na samych relacjach, napięciach, zdarzeniach.
Przy takiej objętości pewna nierówność tomu pozostaje niejako założona. Góra jest na tyle sprawnym stylistą, że nie znajdziemy tu wierszy faktycznie słabych; w najgorszym razie wpadniemy na sprawnie napisane, ale nadmiernie dociśnięte, moralizujące bądź autotematyczne alegorie (Mickiewicz). Niektóre utwory (Za i przeciw samobójstwu) są przykładem Góry w szczytowej formie. Niektóre (Może śmiechem) wyróżniają się formalnie na tle pozostałych. Niemal wszystkie świadczą, jak zwykle, o świetnym słuchu i językowym wyczuciu poety. Pod wieloma względami nie ujawniają jednak wspólnego kierunku czy stawki. Owszem, W Chinach… ma szczególny ton – może nieco bardziej niż zwykle u Góry melancholijny, nostalgiczny, ale też w trudnym do wyjaśnienia sensie życzliwy dla czytelnika – to jednak, ponownie, raczej wypadkowa organicznego rozwoju poetyki autora niż efekt konkretnych, zamierzonych na coś zabiegów. Trudno nie zadać pytania, czy ostrzejsza redakcja i selekcja – może wydanie zbioru w wydawnictwie nienależącym do Góry? – nie pomogłyby wyklarować właśnie celu książki jako książki. Nie chodzi nawet o to, że długość i sklejkowość W Chinach… jej szkodzi; stanowi raczej przegapioną okazję, niezrealizowaną szansę na wskazanie: tu i tu jest ważny dla polskiej poezji obszar, w którym staram się coś zrobić. Z nowego tomu Góry można by wykroić dwie, nawet trzy udane książki – pytanie, czy to dobrze.
Problem drugi: przesunięcie ku temu, co osobiste i prywatne, skutkuje jeszcze wyraźniejszym niż zwykle u Góry położeniem akcentu na formy narracyjne i gawędziarskie. Zdecydowana większość wierszy ma formę anegdoty – do tego stopnia, że najbliższymi jej literackimi krewnymi w literaturze współczesnej wydają się niespecjalnie zwykle bliscy Górze dwaj Adamowie, Poprawa i Wiedemann (owszem, ich podstawowe cele i zainteresowania są inne, ale powierzchowne podobieństwo okazuje się zaskakująco mocne). W samym powinowactwie nie ma akurat nic złego; niżej podpisany powiedziałby, że jest wręcz przeciwnie. Podobnie nie ma nic złego w tym, że gawędziarstwu Góry nadal bardzo wyraźnie patronują poeci czescy. Jednak tego rodzaju (pozornie) lekkie formy, na jakich opiera się W Chinach…, wymagają za każdym razem jakiegoś gęstego rdzenia, substancji, w którą czytelnik mógłby się wgryźć; literacka anegdota potrzebuje pewnego ciężaru – albo miejsca w większej strukturze – żeby nie pozostać tylko anegdotą. W nowej książce Góry ten mechanizm nie zawsze działa – i nieraz trudno powiedzieć, gdzie kończy się wpływ czeskiego undergroundu, a zaczyna konwencja facebookowego posta.
Pomaga – choćby dlatego, że komplikuje sprawę – dygresyjność narracyjnych wierszy Góry; ich upodobanie do meandrowania, retardacji, testowania wytrzymałości składni etc. Poeta jest oczywiście z owej dygresyjności znany. W nowej książce spełnia ona jednak dodatkową, kluczową funkcję; w ramach bardziej prywatnego i osobistego niż zwykle głosu pozwala uniknąć narcyzmu, zdystansować się wobec własnego wizerunku, zróżnicować ostatecznie perspektywę.
