12/2025

Olga Żyminkowska

„Kogo, co / zabito w lesie?”

Na widok krowy Witold Gombrowicz odczuwał wstyd za ludzkość. „Nie lubię, prawie nie znoszę wybierać się myślą poza królestwo ludzkie”, notował w Dzienniku z 1957 roku. Przykładów literackich utyskiwań na przyrodę znaleźlibyśmy sporo; być może nawet jest to dla nowoczesności „afekt fundatorski”. Wystarczy przypomnieć sobie Charles’a Baudelaire’a przerażonego widokiem wody „na wolności”, no i wielu późniejszych piewców tego, co sztuczne, na czele z Jeanem‑Paulem Sartre’em w wersji la nausée i Gombrowiczem właśnie.

Dariusz Sośnicki – poeta konsekwentnie „terytorialny”, osadzający poezję w ludzkich przestrzeniach – w ostatnim tomie Reprezentacja zwierząt bada miejsca styku między tym, co swojskie i zamieszkiwalne, a tym, co obce, zwierzęce, czasem bestialskie. Zwierzęta to niemal zawsze temat ryzykowny; krążą nad nim duchy bajek Ignacego Krasickiego o ptaszkach w klatce, dystopii George’a Orwella, rymowanek Jana Brzechwy, maszyn Kartezjusza i bojowego wegetarianizmu Elizabeth Costello. Łatwo dać się złapać w pułapkę paraboli, która robi ze zwierzęcia „typ ludzki” albo, dajmy na to, sielanki pasterskiej. Reprezentacja zwierząt to jednak nie kolejny bestiariusz Leonarda da Vinci powielający ludowe wyobrażenia o płaczących krokodylach ani nawet senne Bestiarium Tomasza Różyckiego, swobodnie czerpiące motywy ze zwierzęcej mitologii. Sośnicki odłącza się od chóru antynaturalistycznych wytwornisiów i proponuje rozpisany na wiersze klasyczny traktat o rzeczywistości i jej przedstawieniach.

Cel Sośnickiego jest, z braku lepszego słowa, filozoficzny i świadczy o tym użyta w tytule „reprezentacja”. Poeta samym tym słowem budzi demony filozofii i najwyraźniej o to mu chodzi. To nie pierwszy raz zresztą, gdy łamie tabu akademizmu (jest chyba jedynym w polskiej poezji, który bez żenady zaczyna wiersz słowem „antropomorfizacja”, jak w tomie Skandynawskie lato). Sośnicki komplikuje zagadkę reprezentacji – histeryczny problem filozofów i poetów wszystkich czasów – wprowadzając na arenę wiersza zwierzęta. W końcu nie ma nic bardziej dalekiego od poezji jak horda dzikich bestii. To dzięki nim wyostrza się spór o możliwość oddania w języku tego, co „realne”. Zastrzegam się od razu – niejednoznacznych, filozoficznych terminów będzie tu sporo.

Sośnicki od dawna stawia pytania naiwne, a więc fundamentalne: o „rzeczywistość pozatekstową” i jej niezależność, o kłamstwo reprezentacji i etyczne konsekwencje życia zamkniętego w wierszu. Szczególnie wybrzmiewa tu pierwszy wiersz z debiutanckiego Marlewa: „Kamień porastający ścianki czajnika, / żółty osad na zębach, kurz w ustach, / kurz w gardle i na ubraniu – / nasze życie w wierszu” (Osad). Po trzydziestu latach poeta, niczym „przeżuwacz” myśli z Tako rzecze Zaratustra, nadal trawi problem świata i przedstawienia. Z tą różnicą, że w Marlewie rzeczywistość powoli osadzała się w wierszu, sedymentowała na jego dnie, podczas gdy w Reprezentacji zwierząt wdziera się do niego gwałtownie, wraz z tabunem zwierząt.

Filozoficznym patronem tego tomu jest Maurizio Ferraris, uczeń Gianniego Vattima, autor głośnego Manifestu Nowego Realizmu z 2012 roku, krytycznej odpowiedzi na tzw. postmodernizm, z jego sztandarowym hasłem: „nie ma faktów, tylko interpretacje”. Pomijam liczne słabości tej książki (usprawiedliwia ją chyba tylko konwencja manifestu, publicystycznej odezwy do liberalnych ironistek) i wątpliwości co do umieszczenia jej w motcie do pierwszego wiersza. Sośnicki jednak, jak widać w artykule Trzy głosy przeciw zbiorowej melancholii, chętnie i optymistycznie odnosi się do wezwania Ferrarisa, aby po latach tekstualnej rewolucji powrócić do „rzeczy samych”. „A zatem z powrotem do rzeczywistości materialnej. Do samych rzeczy, one istnieją naprawdę”, konkluduje na łamach „Czasu Kultury”. „Realne konieczności, realne życie i śmierć, niedające się sprowadzić do interpretacji, narzuciły swoje prawa”, ogłasza w tym samym duchu Ferraris, a za nim Reprezentacja zwierząt. W najnowszej książce Sośnickiego „nasze życie w wierszu” to już nie osad z czajnika, „sklepik przy pętli” i ciasne‑ale‑własne mieszkanie w kamienicy. To nawet nie skowronki i gawrony z Ikarusa, „smutek zwierząt” ze starego zoo z Państwa P. czy „akwarium z traszką” ze Skandynawskiego lata. Wypróbowuje się tu inną wizję wiersza – rozszczelnionego, otwartego, po Derridiańsku gościnnego. Problem w tym, że upragniona rzeczywistość, wyrwana z łap postmodernistów i nareszcie „odcudzysłowiona”, w wierszu się nie mieści. Poeta chciałby wpuścić do niego hordę (tę Deleuzjańską, niereprezentowalną), ale w końcu, jak pokazują dalsze wiersze, zostaje przez nią pożarty.

Porażkę zapowiadał już wiersz Przyjaźń z tomu Spóźniony owoc radiofonizacji: „Opada mewa. I co robić? / Przywołać dach frazeologii, / pod którym pies w superlatywie / razem z człowiekiem zgodnie żyje?”. Frazeologia, a więc forma reprezentacji, stanowi klucz do drzwi wiersza, w którym – niczym w wynajętej kawalerce – „ciasno – ale ja się mieszczę” (Sonet spod własnej dłoni – z Marlewa). Jeszcze w Ikarusie poeta z obawą pisze o „braniu się ze światem w nieładne ramiona” (Pakt), jakby był to obleśny pocałunek Breżniewa, podobnie podejrzany i niebezpieczny. A jednak zdechła mewa wyrzucona poza „dach frazeologii” ciągle straszy za oknem.

Reprezentację zwierząt otwiera wiersz Małpa, papuga, niedokładny rym ballady Król olch Goethego: „Idziemy, idziemy przez las / i nagle śmiech. / I cisza”. Oto historia postromantyczna, już bez nimf i elfów, ale nadal z dreszczykiem, „aż ciarki idą po plecach, a my jak wryci”. Las nazywa się „Już Tu Kiedyś Chyba Byliśmy” lub „Nic Nowego Nam Się Nie Przyśni”. Jesteśmy nad brzegiem jeziora „Głębokiego Przekonania” z Utopii Wisławy Szymborskiej, ale pewni jesteśmy już tylko tego, że historia małpuje i papuguje samą siebie, i po raz kolejny mamy wojnę. Poeta w końcowej strofie wywiesza transparent: „Kogo, co / zabito w tym lesie?”. Po dyskusjach o „zielonej granicy” i fali protestów przeciwko wojnie w Ukrainie zdanie to zbytnio pobrzmiewa medialną retoryką i niezręczną polityczną agitacją, nawet jeśli wiadomo, że sprawa jest słuszna. Poeta upomina się o kogoś/coś zabitego/zabite w lesie, a odpowiada mu echo, które gorzko się śmieje.

Po tej mocnej uwerturze następują wiersze‑alegorie. Sośnicki bawi się w Ezopa i sili się na humor, oparty, jak zazwyczaj w bajce zwierzęcej, na prostych antropomorfizmach: remiz pachnie „wodą kolońską Trzciny Hanoweru” i ma „największ[ego] drive’[a] pośród ptaków”, ślimak jest fachowcem od lepkości, sierpówka ma miły „wyraz twarzy” i „spojrzenie łagodne”. Żeby wskoczyć na grzbiet wiersza, zwierzęta muszą zmienić się w obrazy. I odwrotnie, aby wiersz dostał się „na odludzie” nienadgryzione ludzkim zębem, potrzebne są „rącz[e] pławikonik[i] analogii” (Konik morski). Reprezentacja przyciemnia ostre światło rzeczywistości, jest jak „promień od światła odbity” z wiersza Słońce Czesława Miłosza. W końcu „Kto chce malować świat w barwnej postaci / Niechaj nie patrzy nigdy prosto w słońce”.

Sośnicki porusza się wokół problemu zwierząt z gracją „słonia w składzie porcelany” (Niedźwiedź (w kwitnącym sadzie)). Mnóstwo w tym tomie retorycznych i fatycznych wzmocnień: „a jakże”, „owszem”, „skądże znowu”, „taka prawda” – wyrażeń, które mają upewniać, że wciąż znajdujemy się na salonach wiersza, a zatem w obszarze reprezentacji. Ten język przygarnia, daje zajęcie (Niedźwiedź…), ale jednocześnie „zajeżdża duchotą” i trąci myszką. Jest w tym tomie chęć buszowania w kwitnącym sadzie, który „tchnie świeżością” (ponownie Niedźwiedź…), pobrykania pod krzakiem dzikiej porzeczki (Królik (pod krzakiem dzikiej porzeczki, od którego oddzielał mnie tylko pas wypalonej trawy)) czy – dopowiadam – otwarcia klatek i wypuszczenia dzikiego na wolność, do nowej poezji, która zmieni „krajobraz rodzimej liryki” (Bóbr). Ale i te pomysły zderzają się z Ferrarisowską „niemodyfikowalnością”, oporem rzeczywistości, która w wierszu, bez przebrania reprezentacji, nie ma racji bytu. Poeta bierze energię z Manifestu Nowego Realizmu, ale w wierszu, zamiast powiewu prawdziwej wiosny, słyszymy tylko pięknoduchowskie westchnięcia: „Życie, ach, życie” (Pluszcz (albo Strażnik bezprawia)).

Im dalej w las, tym mniej powodów do radości. W Audiosferze sobotniego poranka „[t]rzepot wróbla […] znienacka przecina skórę świata”, a szczęk oręża przekrzykuje gawrony i kawki. Oto jadą „ciężkozbrojni prezesi i dyrektorzy” z „herbami «ja» na chorągwiach”. Nie ma bata – „dzisiaj znowu wojna”. Zwierzęta nieoczekiwanie przeobrażają się w machiny, już nie te kartezjańskie, ale wojenne – jak w wierszu Łastoczka i Lelka („Jaskółka” i „Bocian” to nazwy dronów bojowych, rosyjskich i ukraińskich, z inwazji w lutym 2022 roku). Drony latają wyżej i dalej niż ptaki – i nie jest to kolejny frazeologizm, ale straszna rzeczywistość. Cztery kartki z dziennika czasu wojny brną jeszcze dalej w ciemny las. To już nie lista sprawunków Pani P., ale zapis życia w okupowanym kraju. Każda wojna to starcie między zwierzętami a ludźmi, przypomina Sośnicki, i przywołuje historię wywozu maltretowanych zwierząt cyrkowych z Ukrainy (Myślenie o granicach w 11. dniu wojny albo Sześć lwów, sześć tygrysów, likaon i dwa karakale). Ta wojna trwa jednak od zawsze, ilekroć poeta sięga po pióro czy klawiaturę, chcąc opisać to, co Ferraris górnolotnie nazywa „rzeczywistością”, a co Sośnicki, pars pro toto, określa mianem „zwierząt”. To one stawiają „wewnętrzny opór przeciw płynięciu” (Ślimak). Można wepchnąć je do wiersza, a i tak wystawać będzie rudy ogon, „zbłąkana, spłaszczona kula ognia” (Lis). Na nic ponowne wchodzenie „w buty mistrza podejrzliwości” i małpowanie Nietzschego, rzucającego się na szyję umęczonej chabecie (Szarańcza). Może pora zaprzestać histerii i przeprosić się z życiem (koniem, bobrem, remizem, szarańczą), bo każde z nich przecież „ma swoje prawa” (Pluszcz (albo Strażnik bezprawia)), a wiersz i tak nie przełknie rzeczywistego konia z rzeczywistymi kopytami. Mimo to wciąż się zdaje, że Reprezentacja zwierząt chciałaby zjeść go na surowo, jak wskazuje chociażby entuzjastyczny stosunek do manifestu Ferrarisa.

Książkę kończy Osiem scen z życia reprezentacji zwierząt. Sośnicki zadaje tu wszystkie klasyczne pytania o reprezentację – o jej ontologię, źródło i zmierzch. Wykorzystuje do tego koncept „hotelu W Chmurze”, nowoczesny i paździerzowy odpowiednik platońskiego świata idei. W tej metaforze czuć pot i wysiłek schodzenia z wyżyn filozofii i akademizmu. A jednak poeta nie porzuca mentorskiej retoryki i nie rezygnuje z objaśniania zjawisk złożonych. Ludzie stworzyli reprezentację „[z]e strachu i sadzy, / z ran szarpanych zębem, / z ogni oczu w kniei, / z tratowania w pędzie, // na ścianie jaskini, / w jakąś noc bez sensu” (Scena 1. Stwarzanie, rozkładanie i wyprawianie do hotelu W Chmurze). Sośnicki myśli o reprezentacji w poprzek popularnego poglądu Michała Pawła Markowskiego, jakoby każde przedstawienie było „pragnieniem obecności”. Jego wizja jest bardziej naturalistyczna, ba, nawet lekko darwinizująca, zwłaszcza gdy czyta się, że reprezentacja ma „bronić przed zwierzętami”.

A co z ontologią? I na to Sośnicki zna odpowiedź: „A może naprawdę tu być, choć tak naprawdę jej nie ma, / bo lepiej nam z niczym niż samym” (Scena 2. Gnanie, szaleństwo, bycie i niebycie). Nie unikniemy, jak widać, chocholego tańca obecności i nieobecności, ulubionego twista potępionych na użytek tej książki „postmodernistów”. Reprezentacja jest i nie jest, wsio ryba, w końcu tam, w „hotelu W Chmurze”, zwierzęta są tylko prześwietloną fotografią, na której widać wyrzucone w górę racice. „Po takim fleszu, ależ fotografia / na wszystkich wallach świata!” (Scena 3. Wylewanie łez), pokrzykuje Sośnicki za Andrzejem Sosnowskim. „Ludzki oikos” trzyma się dobrze i nie daje się sforsować, choćby zwierzęta „stawały na głowie” (Scena 4. Spuszczanie z tonu i podjadanie o martwej godzinie). „Podkopują się podeń, ryją pod nim i spadają nań jak deszcz meteorytów”. I co? I nic. Ale gdy zacznie się prawdziwy zwierzęcy jazgot – wycie, warczenie, krakanie i piski – wtedy „biedni ludzie budzą się z krzykiem i szukają karmnika reprezentacji zwierząt, / by jedną ręką przecierając oczy, drugą sypać sercami jak z rękawa”. Zamiast dobrego serca – tysiące czerwonych serduszek emoji.

W ostatnich scenach cyklu poeta, niczym złośliwy demiurg, doprowadza do widowiskowej klęski „reprezentacji zwierząt”. „Ciemności są coraz bardziej egipskie”, „deszcz pikseli zacina coraz ostrzej” (Scena 6. Gaśnięcie wszystkiego), nadchodzi noc komety, zwierzęta ewakuują się z „hotelu W Chmurze” i wpadają do gwiazdozbioru Argo. Dalej jest trochę jak u Witkacego – „zagadki same się zgadują, wszystko samo siebie mnoży”, dziwactwo popędza dziwactwa, z chaosu wyłania się „Złe Zwierzę Numer Jeden”, czyli biblijny potwór Lewiatan, „Złe Zwierzę Numer Dwa” – Behemot i „Złe Zwierzę Numer Trzy” – Ziz. Wszystkie trzy, jak podaje Stary Testament, będą spożyte przez sprawiedliwych na uczcie po końcu świata. Kto sprawiedliwy (reprezentacja, zwierzęta czy ludzie?), niechaj pierwszy rzuci kamieniem w ciemne niebo.

Ci, którzy liczyli na rozwiązanie zagadki „kogo, co / zabito w lesie?”, srogo się zawiodą. To nie kryminalna intryga, ale traktat filozoficzny rozpisany na strofy, nieco suchy i przyciężki, podbudowany emfatyczną retoryką i pisany jakby pod koncept, który na końcu i tak zjada własny ogon. Książka, która w założeniu miała stać po stronie „rzeczywistości”, jak sugerowałoby odwołanie do manifestu Ferrarisa i końcowa apokalipsa reprezentacji, ostatecznie rezygnuje z dalszych wypraw w głąb lasu w poszukiwaniu utraconej realności. Co zostanie po zwierzętach? Reprezentacja. Co zostanie po reprezentacji? „Nieudana próba popatrzenia wstecz”.

Dariusz Sośnicki: Reprezentacja zwierząt.
Wydawnictwo Warstwy,
Wrocław 2025, s. 64.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.