12/2025

Maja Sowińska

Koniec końców

Usiądź, a ja naleję nam wina, powiedział, wieszając płaszcz na drewnianym kołku. Wyjął z szafki dwa kieliszki i postawił na blacie.

Tak myślisz? Sam nie wiem, to raczej rośliny mają rękę do mnie. Ten tutaj to fikus sprężysty. Ficus elastica. Dostałem go w osiemdziesiątym trzecim od mojej pierwszej klasy, której byłem wychowawcą. Był wtedy – o, taki niziutki, niepozorny, mieścił się w glinianej doniczce, na której wszyscy się podpisali. Nie wiem, może dziesięć lat temu? Potem chyba się stłukła. Niepozorny, ale od razu przykuł moją uwagę, mięsiste liście o eliptycznym kształcie, które błyszczały nieśmiało. Dobrze się zapowiadał. Było w nim coś, wiesz, subtelnie dostojnego, co zauważa się dopiero przy bliższym poznaniu.

No i proszę, jak ładnie wyrósł, prawie na dwa metry. Zaszedłby może jeszcze wyżej, gdyby nie ograniczały go cztery ściany, sufit i warunki klimatyczne. Chociaż znajdą się i tacy, którzy powiedzą, że to on, z własnej winy, nie wykorzystał swojego potencjału. Bo widzisz, w ciepłych krajach, gdzieś daleko, jego kuzyni osiągają nawet trzydzieści metrów wysokości. Kwitną. Ale pod tym moim mieści się przynajmniej fotel z małym stolikiem, na którym przed laty stał ebonitowy telefon. W rozproszonym świetle tańczą drobinki kurzu. Cóż więcej do szczęścia.

Chwilę przed ósmą dzwoni budzik. Wychodzę na balkon zapalić, nie lubi, kiedy palę w mieszkaniu, i patrzę na tramwaje, które śpieszą się do pracy. Potem wyjmuję z szafki kubek, zaparzam kawę i siadam w fotelu. Piękny mebel, prawda? Zmieszał się na moment i spojrzał w dół. Nie wiedział, skąd ojciec go wytrzasnął. Z jego gabinetu pamiętał tylko dębowy parkiet, buty i chmurę dymu.

Między ósmą a szesnastą gra stary adapter. Zaczynamy klasycznie, najczęściej od Stonesów, czasem tylko od Beatlesów czy Doorsów, Some Girls albo Gimme Shelter, przy nich trochę szybciej odwraca liście w stronę okna. Potem Tom Waits i Rymkiewicz. Lubi też Jefferson Airplane i Myśliwskiego, z najbardziej współczesnych – Bohdana Zadurę. W swoim tempie przewracam strony, od czasu do czasu podnoszę wzrok znad dedykacji i patrzę, jak para unosi się i znika wśród liści. Niekiedy czytam na głos, powoli i spokojnie, pozwalając, żeby słowa i wersy rozpuszczały się na języku jak kostki wedlowskiej czekolady. Słucha uważnie.

Podlewam go raz w tygodniu w sobotę rano, latem dwa razy, obaj cenimy ten nasz rytuał. Trzy razy w tygodniu zraszam liście. Chyba lubi wodę. Czasami pokazuję mu widokówki znad morza, które dostałem od uczniów i absolwentów. Lipiec ’82, sierpień ’83, czerwiec ’86, Kołobrzeg i Sopot, trochę z lat dziewięćdziesiątych, nawet kilka z nowego millenium. Potem przecieram liście jedwabną chusteczką z nie moim inicjałem. Nawet na uschniętej gałęzi, której mimo wszystko nie uciąłem. Nie chcę, żeby się zorientował, że jej już nie ma. Odkładam konewkę na miejsce, kiedyś używałem blaszanej, teraz plastikowej, którą na początku grudnia przewiązuję czerwoną tasiemką.

Fikus też bierze udział w przygotowaniach. Nową rolę świątecznego drzewka co roku traktuje równie poważnie. Patrzy, jak zdejmuję z najwyższej półki zakurzone pudełko po butach. Wieszam na jego gałązkach kilka ozdób: ręcznie malowane cukierki, sople i szyszki, jakieś obtłuczone serduszko, kolorowe światełka, srebrny dzwoneczek, w którym odbija się rozmazana twarz w okularach. Na samym czubku ląduje pierwsza gwiazdka. Kiedyś jeszcze obwiązywałem donicę lampkami, ale później sznur się zaplątał, uznałem więc, że najwyraźniej tak już musi być.

Kiedy wzejdzie druga gwiazdka, czytam na głos jakieś hasło z Brücknera. W kącie pokoju śpiewa Santorka. Płyta skrzypi od czasu do czasu, jak gdyby artystka chodziła po scenie w starym teatrze. Gdzieś w tle stukot obcasów. Palę papierosa. Cicha noc.

Potem zawsze jakimś cudem przychodzi wiosna. Trzeba do tego przywyknąć. Większą część roku fikus spędza w mieszkaniu, ale piątego czerwca przenosi się na balkon i urzęduje tam przez kolejne trzy miesiące. Nie lubi się przeprowadzać, więc na początku próbuje okazać swoje niezadowolenie, na znak protestu ostentacyjnie zrzuca kilka liści z dolnej gałęzi. Widać, że czuje się nieswojo. Słuchaj, próbuję go uspokoić, wycierając liście z kurzu, to wszystko kiedyś minie. Poświęcam mu dużo uwagi, zagaduję, rozmawiam, wtedy zły nastrój udaje się nieco poskromić. Wygląda na to, że w ogólnym rozrachunku jest nawet zadowolony z tej przymusowej zmiany perspektywy. Przesiaduję na metalowym zydelku i czytam na głos, w miarę cicho, żeby nikt nie usłyszał. A zresztą. Palimy razem. Mówię mu, że bycie biernym palaczem jest podobno bardziej szkodliwe.

Któregoś razu podróż na balkon odbyła się miesiąc wcześniej i akurat o tej porze roku spadł śnieg, jego prywatna zima stulecia. A może stało się coś jeszcze. Takie jest życie, że czasem i w maju spadnie śnieg. Fikus zrzucił prawie wszystkie liście i można już było stracić nadzieję, że kiedykolwiek dojdzie do siebie. Ale, jak widać, wydobrzał.

W pokoju jest raczej ciemno, tylko przez szpary w żaluzjach dociera odrobina światła. Ale fikusowi chyba to już nie przeszkadza.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.