Na trzepaku głową w dół,
Na świat patrzę z den dna chmur,
Pnę wykopy po drabinie,
Głębi głębie już w kominie.
(rymowanka nauruańska)
Miasto na patataj. Naćkane, niedobudowane, w pół zerwane. Śpi z otwartymi oczami. Oczy podążają czumackim traktem. Drogą wędruje zbarczony ptak. Auspicium. Pod osłoną mroku skrada się słomiany świt, stara, dobra, wyświechtana i znoszona przyszłość. Przeszłość odtwarzam, odzyskując barwy, które ongiś załamały się na postaciach ludzi, zwierząt, roślin, skał. Wróżę z galaktyk. Przez teleskop śledzę ruch ciał. Dochodzę, co kto komu wisi. Ta gwiazda, tamta gwiazda, co jedna, to lepsza. Źrenicy uzbrojonej w wybrzuszone wklęski nie umknie najmniejszy pył.
Na niebie wyryto spis długów. Śledzę wierzycieli.
Mieszkam wysoko nad gruzami dzieciństwa, zapadam się w siebie, arabieję. Na półce stoją Mistyka a Maeterlinck, Hesperydy Jana Nowaka‑Kowalskiego i Od zabawki do teatru dziecięcego Nikołaja Bartrama. Czytam: W akwarium żyją latimerie. Klecę machiny z kurzu, śmieci i patyków. Na wieży, na szczycie latarni, na ostatnim piętrze, daleko od reszty, tak daleko, że oderwałem się od punktów stycznych, także w czasie, jak mniemam, ponieważ dystansu nie da się mierzyć jedynie w kilometrach. Zegar rejestruje je po swojemu. Gdyby było inaczej, drapałbym sobie rzepkę na wysokościach, powiedzmy punkt ósma rano, a niżej, jedenaście pięter pode mną, panowałaby ta sama godzina, równie ósma. Tak, wielce to niesprawiedliwe, ale czwarty wymiar też płaci za manewry naziemne.
Dlatego tym na dole jest wczoraj, tym na górze jutro, a mnie jest dzisiaj.
Jednych i drugich szczerze nie znoszę, nienawidzę nienawiścią Karla Albericha, jeśli komuś coś mówi to nazwisko. Jestem najduch, z przyrodzenia dojutrek. Wróciłem po wielu latach tułaczki – wróciłem w obce okolice i skostniałem, widząc, co ujrzałem. Moje usta przeszły w jamę, którą muszę rozrywać niby bliznę, kiedy chce mi się słowo. Myśli to fafoły ze zmęczenia i krzątań. Raz siedzę i patrzę, jak kolor rzeźbi rzeczy, raz krzyczę bez dźwięku, prześcigam się w inwektywach, po pamięci i książkach szukam coraz kąśliwszych obelg. Żeby sobie ulżyć.
„Egzempla, którym zabrakło tego, czego mogłyby być przykładem”.
Dotknięte troglodytyzmem, spauperyzowane masy.
Pospólstwo. Rzesze mameluków. Masy.
Zżułem się.
Na razie pokonuję stopnie wijące się w paradnej klatce schodowej. Wchodzę na moją bel étage, gdzie balkon francuski i w ogóle. Po drodze rozsiewam studzienne zapachy. Bywa, choć rzadko, że wjeżdżam windą obronną, wtedy jednak można spotkać sąsiadów, czego unikam jak moru, który kładzie i bydło, i trzodę. Te twarzyczki rodem z karykatur Grosza, te głosiki najeżone igłami, te wąsiki trefione, przed nocą wiązane bindami. Pchają się w goście, już by co chlupnąć.
Nie wiadomo, jak im odmawiać.
A ja cenię sobie pojedynkę, skuteczniej się wtedy skupiam. Od alkoholu stronię; serca ogarniętego popłochem, zwłaszcza będąc wśród obcych, lepiej nie zalewać procentami.
Z mojej pracowni zlokalizowanej wewnątrz izochimeny minus pięć, co daje w kość, jeśli nie grzeją… z mojej pracowni roztaczają się dwa podstawowe widoki. Bliższy na beton, dalszy na wzgórza, doliny poznaczone kratką pól, lasy masztowe, tęgobory i tajboły kryte ciemniejącym śniegiem. Tam pod widnokręgiem leży jeziorko, piękno najwyższej troski, nad które wybieram się od dawien dawna.
U zarania puściłem nad nie Dziecko. (Proszę się wsłuchać: „nad nie”, „na dnie”).
– Mogę? – zapytało.
– A Zazulkę Anatola France’a czytałoś?
– Nie.
– To opowiem. Bajka zaczyna się…
– A co to jest bajka?
Zatkało mnie.
Dziecko się uczesało, w ząbkach zostawiło wyczeszki, i poszło.
I nie wróciło.
Człowiek upada nisko, wzrok upada nisko, wpada pod chmury odbite w kałużach, gdzie stodoły z eternitu, psy urwane ze smyczy, hasające po trawie jamniki na gigancie. W podwórku bawią się starcy, pod trzepakami‑szubienicami roztasowują się przekupki, handlarki bez koncesji. Przed nimi koszyczek, a w nim kwiat z plastiku, badyl; chusteczki haftowane mrozem i naklejki obuwnicze L i P, żeby się buty nie myliły. Ciury, łyki, ziółka, ananasy wymijają je z minami szczęściarzy, których Noe wziął na stopa. Perorują w eter. Kalosze mlaskają w błocie, korek od szampana kołysze się w rynsztoku, pijak pisze nogą esy‑floresy, niemowlę tytła się w brei. Piach, brud i gręza.
Prostacy, Hotentoci, bonzokraci.
Z kaset puszczam sobie zbliżenia. Mam stary odtwarzacz Fuji. Widzę, jak nasyłają na siebie brytany, „pan się nie boi”, mówią, „pan się nie boi, ale sługa w człowieku się boi”, myślę, lecz milczę pełną jamą. Zakopane w powietrzu, Fudżijama, czarne Mont Blanc. Czuję się jak matka Machabeuszy, która, mimo że widziała wszystko, nie potrafi się nasycić.
Czym jest spełnienie? Wyraz, owszem, obił mi się o uszy, nigdy jednak nie zaznałem jego treści. Oglądam film za filmem i powtarzam, mrucząc: „chodź”, „daj”, „mało”, „więcej”, „tu mi”… Ale nic takiego się nie dzieje. Z elektrociepłowni do nieba sznuruje dym. Za ścianą w klitce zagraconej jak u każdego, dla kogo mieszkanie jest tylko poczekalnią, sąsiedzi znów popełniają orgiastyczne ekscesy. Dzicy korybanci!
Tłuszcza płodząca potomstwo tylko po to, żeby przedłużyć gatunek.
Termity! Motłoch. Neandertalia.
Zapukało do drzwi. Oczy jak naczynia na pierwszy zachwyt. Przez nie wemknąłem się do dzieciństwa. Wątłe stworzonko z różowym konikiem w ręce. Istniało tyle, ile dostawało nadziei. Istniałem tyle, ile dawało nadziei. Od pierwszej chwili zagnieździło się nie w głowie, nie w mózgu, nawet nie w uczuciach, kościach, skórze czy pod skórą, tylko tam, skąd się wzięło, gdzieś het poza mną. Wolny od lęku, wyszedłem ku niemu na zewnątrz i stanąłem przy nim, mimo że nie przekroczyłem progu. Dotychczas w oczach hodowałem pustostany, od tej pory lśniło lśnienie. Doświadczenie przekroczyło to, co wydawało się możliwe i prawdopodobne. Sobie przyswoiłem cząstkę świata, światu przyswoiłem cząstkę siebie.
Wracałem z dalekiej rozsypki.
