2/2026

Bohdan Zadura

Falowa teoria morza

Andrzeja Fogtta poznałem przez Henryka Berezę, zapewne przy stoliku w „Czytelniku”, którego to stolika nie najistotniejszą, ale jakąś tam cząsteczką, powiedzmy, czymś na kształt wolnego elektronu, byłem przez wiele lat. Mijają lata, mijają kawiarnie. Coś wydaje się wieczne i znika – czasem dramatycznie, jak maleńka kawiarenka przy równie niewielkiej księgarni PIW‑u na Foksal 17, zlikwidowana jako gniazdo opozycyjnych szerszeni i os po 1968 roku, czasem jak kawiarnia Czytelnika przy Wiejskiej 12A, powoli zmieniająca swój charakter, właścicieli i klientelę, gdzie bywali nie tylko pisarze i artyści różnych dziedzin, lecz także politycy, by wspomnieć premier Hannę Suchocką, w czasach kiedy to słowo nie było jeszcze słowem obelżywym. Zresztą i artyści, jak choćby Kazimierz Kutz czy Jerzy Fedorowicz, bywali politykami.

Widzę morze w twoich oczach, czyli coś, co mogłoby być szlagwortem piosenki, to tytuł otwartej w Galerii Sztuki Stalowa 9 stycznia 2026 roku wystawy Andrzeja Fogtta. Tytuł w pewien sposób doskonały: nie da się przy nim majstrować, nie da się go odwrócić: „Widzę w morzu twoje oczy” – mniej lub bardziej chorą wyobraźnią można by to sobie jakoś wyobrazić w zależności od tego, kto lub co pod owym „ty” by się kryło. Topielec czy ryba?

Morze Fogtta składa się z fal, falek i zmarszczek – nie z wody i jej kropel.

To nie jest morze martwe – ono żyje, porusza się.

Choć nie jest ani niebieskie, ani szare, ani zielonkawe, ani czerwone, ani żółte. Jest czarno‑białe.

Takie są też siedzące na plaży kobiety, które na nie patrzą.

W ogóle kobiety na tych obrazach są czarno‑białe.

Czarne są okulary jednej z nich.

Głowy kobiet przypominają głowy meduz. A może krzak gorejący.

Słońce, jeśli się pojawia, jest białe. Pełne doskonałością koła.

Słońce, jeśli zachodzi, jeśli tonie w morzu, jest czarne, doskonale okrągłe. Ale może to nie słońce a batyskaf. Albo bomba głębinowa.

Trudno znaleźć na tych obrazach linie proste, równe kreski.

Falistych kreseczek jest, mówiąc metaforycznie, tyle, ile kropel w morzu. Trudno je policzyć, w przeciwieństwie do znaków pisarskich w powieści, które program komputerowy liczy automatycznie.

Ciekawe, ile dotknięć pędzla przechowuje każde z tych płócien. Ile uderzeń serca malarza.

Ktoś kto ma taką wiedzę o sztuce, jaką miał Andrzej Fogtt, zdając na studia, gdy zapytany o różnice między późnym renesansem a wczesnym barokiem, odpowiedział, że nie będzie się kompromitował, bo po prostu nie wie, mógłby pomyśleć, że to nie płótna a drzeworyty, a czasami suchoryty wykonane z zegarmistrzowską precyzją. Czasami zaś czarno‑białe gobeliny.


Pierwszy raz odwiedzając z Henrykiem Berezą pracownię Andrzeja przy Lwowskiej, byłem świadkiem ostatniego wejścia Henryka na ten Mount Everest sześciopiętrowej kamienicy z odpoczynkiem w kilku bazach. Kiedy byliśmy na górze, Henryk powiedział, że to ostatnia jego wizyta w tej pracowni. „Henryku, następnym razem wciągniemy cię, mam wprawę” – powiedział gospodarz, nawiązując do transportowania z użyciem liny i bloczka na dno studni podwórka swych wielkoformatowych obrazów.


Drugi raz na Lwowskiej byłem sam. Andrzej malował mój portret. Stał dość blisko i patrzył na mnie wzrokiem, od którego robiło mi się nieswojo. Miałem wrażenie, że prześwietla wszystkie zakamarki mojej duszy (duszy? Naprawdę to napisałem?). Próbowałem się bronić, przyglądając się jego mimice. Trwało to niezbyt długo, bo czułem, że w tym moim patrzeniu jest coś z podglądactwa. Przez twarz przebiegały mu skurcze, tiki, przekrzywiał głowę, mrużył oczy.

Byłem oswojony z obiektywem fotograficznym, tak jak z mikrofonem. Do portretu jednak pozowałem dopiero drugi raz, po tym, jak w 1970 albo 1971 w muzeum w Kazimierzu Dolnym malował mnie Władysław Filipiak. Byłem z nim na pan, dzieliło nas prawie czterdzieści lat. Tamten seans trwał dość długo, najpierw namalował szkic, potem zabrał się do właściwego, jak powiedział, portretu. Grubo kładł farbę, schrzanił brodę, miał tego świadomość, zaczął poprawiać, zamiast lepiej, było gorzej. Zdenerwował się, ściągnął blejtram ze sztalugi, zdarł z niego płótno, zmiął i wrzucił do kosza. Nie czułem między nami żadnej interakcji, żadnego napięcia. Siedziałem na krześle jak pilnujący muzeum, który czeka, aż ostatni zwiedzający skończy oglądanie wystawy, albo jak bibliotekarz, obok którego ktoś konspektuje książkę.

Wtedy widziałem, co pojawia się na płótnie. Teraz oprócz twarzy malującego, widziałem tylko krótkie, szybkie ruchy jego ręki. „Pokażę ci, jak skończę” – powiedział. Sięgnął po drugi blejtram. Przemknęło mi przez myśl, że z pierwszego obrazu jest niezadowolony. Okazało się, że maluje dwa: model ma prawo wybrać sobie jeden, drugi zostawia sobie.

W szkicowym portrecie pędzla Władysława Filipiaka oprócz apaszki, którą do tej pory na nim bardzo lubię, zobaczyłem swoją młodość, posępną, durną i chmurną. Kiedy Andrzej Fogtt pokazał mi portrety, zobaczyłem w pierwszym rzucie oka swojego wykapanego, chciałoby się powiedzieć, ojca, ale jak się zastanowić, to syn może być wykapany, nie ojciec. To było zaskoczenie, bo całe życie wydawało mi się, że jeśli chodzi o wzrost, kolor oczu i włosów, pociągłą twarz i sylwetkę, wdałem się w matkę. W podobne zaskoczenie wprowadziło mnie portretowe zdjęcie, które na schodach Domu Literatury zrobił mi kiedyś ktoś, kogo być może ze względu na charakter owego zaskoczenia nie pamiętam – nawet nie mogę sobie przypomnieć, czy to była kobieta, czy mężczyzna. Jeśli kobieta, to Elżbieta Lempp, bo z pewnością nie Grażyna Niezgoda. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem nie siebie, a starą poczciwą ciotę, jak pomyślałem w złości, konfrontując się ze starością, choć myśli miałem jeszcze chmurne i górne, podobne do tych młodzieńczych, kiedy malował mnie Filipiak.

Wybrałem dla siebie portret, na którym podobieństwo do ojca było większe, autorowi zostawiłem ten z bardziej pociągłą twarzą. Oba Andrzej podpisał na dole przy prawym boku pionowo, literami w pierwszej chwili przypominającymi chińskie hieroglify, zanim nie wpadłem na to, że trzeba je czytać z góry na dół.

Było lato albo początek jesieni, wczesne popołudnie. Słońce grzało, ale nie dlatego Andrzej ocierał pot z czoła. Chociaż cała zabawa nie trwała długo, robił wrażenie, jakby akt portretowania go wyczerpał. Potrzebował chwili, żeby odzyskać energię.

Jedyny tomik moich wierszy, który zawiera ilustracje, to Puste trybuny. Andrzej użyczył mi na okładkę swojej pracy Akt we wnętrzu, a w środku reprodukowane są Drzewo życia, Galaktyka, Miasto ludzi oraz Postać.


Andrzej jest z gruntu dobrym i uczynnym człowiekiem. Kiedy Henrykowi zdarzało się chorować, woził mu swoim samochodem (złote Volvo C70) obiady z kawiarni Czytelnika, czasem mu towarzyszyłem. A jednak przekonałem się, że można się go bać. Pamiętam taki dzień, kiedy przy okazji podrzucał mnie do Ministerstwa Kultury, dokąd miałem pilnie dostarczyć dokumenty, od których zależało wpisanie „Akcentu” na listę czasopism patronackich. Obiad dla Henryka trochę się spóźnił. Musieliśmy się spieszyć. Pogoda była podła, padał śnieg z deszczem. Andrzej był rozmowny i, mówiąc, nie tylko odwracał głowę w moją stronę, lecz także szeroko gestykulował, odrywając jednocześnie obie ręce od kierownicy. A ponieważ więcej w nim choleryka i sangwinika niż melancholika i flegmatyka, komentował też niekiedy emocjonalnie zachowanie innych użytkowników drogi.


Mam gdzieś w papierach odręczny szkic grobu, który Andrzej zaprojektował po śmierci Henryka. To miało być lustro, w którym każdy, kto się nad tym grobem pochyli, zobaczy własną twarz. Spadkobierca zdecydował się na granitowy nagrobek, który wykonał ktoś spod Kielc. To zabawna koincydencja, bo po kilkunastu latach właśnie w Kielcach odsłonięto instalację Marka Cecuły wykorzystującą podobny koncept, zatytułowaną Niebo Kielc, bardziej banalną, bo w tym lustrze miały odbijać się chmury.


Kiedy patrzę na portret Janusza Głowackiego, przypomina mi się scenka, nie pamiętam przez kogo opowiadana, jak Andrzej proponuje Głowie, żeby odwiedzili Henryka na Powązkach, a ten z charakterystycznym cynizmem odpowiada: „Ale po co? Nie wiesz, że Henryk nie żyje?”


Z pracowni przy Lwowskiej Andrzej musiał się wyprowadzić w wyniku jakichś rozstrzygnięć spadkowo‑własnościowo‑sądowych, mówił chyba o mafii lokalowej, na Podskarbińską. W pracowni przy Inżynierskiej, w dawnej zajezdni tramwajów konnych, też byłem chyba dwa razy. Ostatni – jesienią 2025 roku, kiedy Andrzej podjął nas najlepszym łososiem, jakiego jadłem w życiu. Wspominam tego łososia, bo ma związek z morzem. Wtedy też powiedział mi o planowanej wystawie i zapytał, czy mam jakiś wiersz o morzu.

Wymieniłem pierwszy, jaki w ogóle napisałem w życiu, po wakacjach w Jastarni, zapominając o późniejszym poemacie Ostenda, w którym też się morze pojawia. On pamiętał swój pierwszy wiersz, dużo lepszy od tego mojego. Ale przeczytał nam też fragmenty swojej groteskowej sztuki nawiązującej do Witkacego – od tej literackiej strony Fogtta nie znałem, chociaż literatura odgrywa istotną rolę w jego twórczości. Jedną z najdziwniejszych – w dobrym sensie tego słowa – prac na wystawie Widzę morze w twoich oczach jest tempera zatytułowana Miłość i tęsknota, i to właśnie dzięki tytułowi ta alegoria tak zaskakuje. Mężczyzna o spokojnej twarzy, siedzący w fotelu i palący fajkę, i ciemna postać obok, ni to diabeł, ni to Murzynka, ni to kosmita.

Cieszę się, że mój dziecięcy wierszyk zainspirował Andrzeja do stworzenia gwaszu Przewoźnik, który też wisi na tej wystawie.
Andrzej Fogtt Przewoźnik
gwasz, 2025.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.