3/2026

Roman Wysogląd

Nigdy nie miałem prawdziwego domu
(fragmenty)

[…]

Nawet przecinek ma jakieś znaczenie
W podróż poślubną wybrał się do Katowic. Sam. Zresztą, z kim miał to zrobić, jeżeli ceremonia ślubna była jednoosobowa, gdyż ożenił się sam ze sobą.

Były pewne problemy z załatwieniem odpowiednich formalności, ale od lat wiadomo, że nie tylko urzędnicy, lecz także kler bywa przekupny.

– Czy dobrze słyszę chłopcze? – usłyszał od księdza, kiedy dawał na zapowiedzi. – Żenisz się sam ze sobą?

– Tak.

– Z jakiego powodu? – Ksiądz, jak to oni mają w zwyczaju, był upierdliwy.

– Ponieważ się kochamy?

– To znaczy? – Zdziwienie nie schodziło z rozlanej jak poobiednia drzemka twarzy księdza.

– Ja z nim.

– Nie rozumiem, chodź za mną na plebanię.

Tam ksiądz wydobył butelkę bimbru, pozostałość po ostatnim weselu, ale dopiero po wypiciu trzeciej butelki zrozumiał.

– Nie mogłeś tego powiedzieć wcześniej? – wybełkotał.

– Chciałem, ale ze zdenerwowania zabrakło mi odpowiednich słów.

Teraz stał na środku pokoju dla nowożeńców w hotelu Silesia i z zażenowaniem wręczał boyowi skromny napiwek.

– A kiedy zjawi się panna młoda? – zapytał bezczelny smarkacz.

– Już tutaj jest.

– Nie zauważyłem jej.

– Źle patrzyłeś, a teraz spływaj.

Pierwsza kłótnia nowo poślubionych dotyczyła drobnostki, czyli kto pierwszy wejdzie pod prysznic.

Stanęło na kompromisie, czyli weszli pod niego wspólnie. Następnie posprzeczali się, kto ma spać od ściany.

– Wiesz od lat, że tego nie lubię! – krzyknął, ale na tyle cicho, że butelka szampana się nie poruszyła.

– A czy naprawdę jesteś dziewicą?

Nie do końca jest jasne, kto kogo o to zapytał.

– Przecież nie sypiamy ze sobą, tylko obok siebie.

– Nie zrozumiałaś, co miałem na myśli – drążył temat jak taternik psa.

– Doskonale rozumiem. Mamusia od lat przestrzegała mnie przed takimi typami.

By nie zaostrzać już i tak napiętej atmosfery, nałożył marynarkę i zszedł do baru. Jego drugie, właśnie poślubione „ja” ostentacyjnie zaczęło ustawiać figury na szachownicy.

W barze jak to w barze. Tubylcy, cudzoziemcy, kilka panienek, wspomnienie po Maleńczuku oraz kobieta, która wlepiła w niego rozkrochmalony wzrok.

– Pani chyba czegoś ode mnie chce? – podszedł do niej i zadał to głupie pytanie.

– Pewnie się domyślasz czego? – próbowała być zalotna, ale zupełnie nie wiedziała, jak to zagrać.

– Tysiąca dolarów? – zażartował.

– Wystarczy połowa wymienionej przez ciebie sumy.

– I co z nią zrobisz?

– Nakupię węgla na całe trzy miesiące. W niego, zresztą, inwestuję. Należą do mnie prawie wszystkie kopalnie w promieniu osiemdziesięciu kilometrów.

– Czyli jesteś…

– Tak – nie pozwoliła mu dokończyć. – Jastrzębską Spółką Węglową.

– Czy słowo „spółka” pochodzi od spółkowania?

Roześmiała się i zapytała, co robi w tym obskurnym barze.

– Spędzam w tym hotelu noc poślubną – przyznał się.

– A gdzie panna młoda?

– Stoi przed tobą.

Dopiero po wypiciu trzech kieliszków żołądkowej gorzkiej zrozumiała, ale upewniała się, pytając:

– Ożeniłeś się sam ze sobą?

– Zgadła pani. To najbezpieczniejszy sposób zawiązania rodziny. W razie czego dziedziczę po sobie.

– W takim razie dzisiejszą noc masz ode mnie w prezencie gratis, ale nie w tej budzie. Jedziemy na hałdy. Na nich najprzyjemniej się kochać. Którą kopalnię wybierasz?

– Kopalnia Doświadczalna Barbara.

Jastrzębska Spółka Węglowa dotrzymała słowa i użyczyła mu swojego ciała właśnie na hałdzie tej kopalni. Kiedy było już po wszystkim, zapytała, jak to jest wziąć ślub z samym sobą.

– Przyjemnie. – Na nic więcej nie było go stać. Szczegóły pozostawił sobie.

– Braliście ślub kościelny? – zapytała, zakładając spodnie.

– Oczywiście.

– Czyli możesz się rozwieść, gdyż małżeństwo nie zostało skonsumowane. Zaraz to załatwię, telefonując do biskupa Skworca.

I po paru minutach jego (ich?) ślub został unieważniony.

– Kosztowało mnie to trzynaście ton węgla.

– Nie wiem, jak ci się odwdzięczyć?

– Zaryzykuj i bądź ze mną w tę noc poślubną, ale nie w hotelu Silesia, ale u mnie.

– Czyli gdzie?

– W czasoprzestrzeni.

– A co to jest?

– Dla mechaniki klasycznej zbiór ten obejmuje wszelkie zdarzenia zlokalizowane w dowolnym czasie, który jest wielkością skalarną, i dowolnej przestrzeni trójwymiarowej oraz ma globalną strukturę iloczynu zbiorów czasu i przestrzeni. Oznacza to, że dla każdej współrzędnej czasowej istnieje zbiór odpowiadających jej punktów przestrzeni zwany teraźniejszością. W przestrzeni takiej określona jest metryka euklidesowa. Z metryki Euklidesa wynika, że dla danej chwili przestrzeń jest płaską przestrzenią euklidesową. Struktura przestrzeni jest więc strukturą warstw: dla każdego mamy płaską euklidesową przestrzeń, w której można dowolnie określać układ współrzędnych – wyrecytowała z pamięci.

– Nic z tego nie rozumiem – przyznał się bez bicia.

Zawiozła go do niezbyt dobrze wyglądającej z zewnątrz willi, w której było jednak wszystko, co potrzebne jest nowożeńcom. Nawet naoliwiony bat.

– A teraz mnie stłucz – poprosiła.

Nie wrócił już do siebie, czyli właściwie gdzie… Został u niej, kobieta odsprzedała Jastrzębską Spółkę Węglową jednemu z tysiąca działających w niej związków zawodowych i wyjechali. Ku nicości, czyli przeznaczeniu, które zawsze było mu pisane.

Przez następnych kilka lat czasem myślał, co stało się z panną młodą porzuconą w hotelu Silesia, ale w końcu i o niej zapomniał.

Była przecież nim, a że się sprzedał za całkiem niezłą kwotę, wolał o tym nie myśleć, gdyż jak można latami wspominać tylko siebie?

Miejsce w historii, czyli jak nicość ma się do wyższości panowania nad światem. Lub światłem, na jedno wychodzi
Wszystko chyliło się ku upadkowi. Tak bywa, gdy idioci nie czytają książek, nawet nienapisanych.

Wszystko się więc chyliło ku upadkowi, tylko nie ja, zresztą nie wiem, z jakiego powodu.

Może zbyt dobrze znałem język rosyjski? Ale to dzisiaj bardzo tania wymówka, do tego nie na miejscu. Dzisiaj poza esperanto, jidysz, angielskim należy przede wszystkim znać język rumuński. W nim porozumiesz się z każdym, nawet z samym sobą.

Siedząc na ławce w Parku Skaryszewskim, zastanawiałem się więc, co począć z życiem tak marnie rozpoczętym ponad siedemdziesiąt lat temu.

Niestety żadne rozsądne rozwiązanie nie przychodziło mi do głowy, aż nagle podeszła do mnie rozczochrana kobieta i zapytała po angielsku, czy przypadkiem nie wiem, kiedy rozpocznie się powstanie warszawskie? Właśnie w tym celu przyleciała z Dallas. Dla jakiejś gazety ma relacjonować pierwsze dni powstania, a następnie spieprzać. Jeśli się oczywiście da.

– Przejdźmy na rumuński – zaproponowałem. – To teraz obowiązujący język.

O dziwo rozumiała i w tym języku. Zapytałem, z jakiego powodu nauczyła się tej cyrylicy.

– Diabli wiedzą, ale na studiach przygotowali nas na wszystkie możliwe sytuacje.

– CIA? – zapytałem.

– Chodźmy lepiej do baru. Tam przyjemniej się rozmawia.

Mieszkała w Marriotcie w apartamencie wielkości województwa dolnośląskiego.

– Miał być bar – zaprotestowałem – a zaprowadziłaś mnie do…

– Tak będzie szybciej.

– Z czym?

– Z drobiazgami.

Szybko zrozumiałem, jakie drobiazgi ma na myśli. Nie miałem nic przeciwko, ale poprosiłem, by zrobić to po rumuńsku.

– Czyli jak?

– Ty śpisz na tym lotnisku, a ja u siebie.

– U siebie znaczy gdzie? – Była szybka, muszę to przyznać, i napalona na seks.

– Sześć metrów kwadratowych po 11 345 złotych za metr.

– Czyli?

– Czyli nici?

Nie zrozumiała tego słowa po rumuńsku, więc musiałem przejść na angielski, zresztą z wielką niechęcią.

– Tylko na tyle cię stać?

– Czego?

– Metrów kwadratowych.

Miałem jej dość jak kiedyś siebie.

– Nie mnie, tylko byłą żonę. Wywaliła mnie, gdyż spotkała bardziej znającego język rumuński, i muszę zadowolić się tym, co mam.

– A mną?

– W jaki sposób mam się tobą zadowolić, kiedy czekasz jedynie na wybuch powstania warszawskiego?

– Może poczekać – stwierdziła beznamiętnie.

– Powstanie? Masz aż takie możliwości?

– O wiele większe.

Przez nią powstanie wybuchło dopiero kilka dni później. My już wtedy byliśmy w Amsterdamie.

– Ładne miasto – stwierdziłem po pobieżnej wizytacji taksówką co najwyżej jego centrum.

– I nie znają rumuńskiego. W ząb – zaśmiała się.

– Więc co będziemy robić?

– To co zwykli ludzie, kochać się, kłócić, a później możemy umrzeć.

Zgodziłem się, ale nie z tym ostatnim.

– Jak chcesz, ale ja MUSZĘ umrzeć. Tak mam zapisane w kontrakcie redakcyjnym.

Odziedziczyłem po niej sporą sumę, którą anonimowo przekazałem Muzeum Polin.

I jakoś daję sobie radę, chociaż z rumuńskiego zrezygnowałem definitywnie. Nie niesie ze sobą ten język nic dobrego. Przynajmniej dla mnie.

Pieśń o odchodzeniu w nicość
Zatelefonowano do niego z ZAIKS-u z konkretnym zamówieniem. Miał napisać pieśń o odchodzeniu w nicość.

– A co to takiego nicość? – zapytał rozanieloną urzędniczkę z ulicy Hipotecznej 2, 00-092 Warszawa.

– Nicość, mówiąc bardziej zrozumiale, to: bezwartościowość, marność, niebyt, nieistnienie, marność – usłyszał w odpowiedzi.

– Dla kogo ma być skomponowana ta pieśń?

– W odwiedziny do naszego rządu przyjeżdża delegacja z kraju, za którym nie za bardzo przepadamy, więc rządzący chcą…

– W jakim języku?

– Co w jakim języku? – zapytała coraz bardziej zdenerwowana urzędniczka.

– Ma być ta pieśń.

– Proszę chwilę poczekać. Sprawdzę w zamówieniu.

Oddzwoniła po godzinie.

– Obojętnie, byle by była patetyczna. I tyle.

Skomponował więc oratorium na orkiestrę, mieszany chór oraz dzwon Zygmunta. Przyszło mu to z trudem, ponieważ w ZAIKS-ie należał do całkiem innej sekcji, a mianowicie komików cyrkowych.

Oczywiście nie zaproszono go na prawykonanie jego utworu, ale na konto wypłynęła oszałamiająca suma oraz pisemne podziękowanie od ambasadora kraju, na cześć którego to oratorium zostało wykonane. Wraz z zaproszeniem do odwiedzenia ich kraju.

Pojechał. Okazał się nim pewien powiat w okolicach Łańcuta. Spędził tam urocze trzy tygodnie i wszystko byłoby w porządku gdyby nie pani ambasadorowa, która nie dość, że się w nim zakochała, to jeszcze zamówiła kolejne oratorium, teraz na ich ślub.

– Przecież dyplomatom nie wolno się rozwodzić… – stwierdził, kiedy odwróciła się w stronę wilgotnej jak jego sumienie ściany.

– Jesteśmy małżeństwem typowo dyplomatycznym, to znaczy ojciec mojego męża posiadał las, mój tartak i tak powstało nasze państewko.

Ich ślub był huczny, ale bez żadnego oratorium. I w mniej więcej w ten właśnie sposób w ZAIKS-ie powstała nowa sekcja: tartaczano‑leśna, której został przewodniczącym, ale bez prawa głosu.

Dlaczego? Nie wiadomo. Może ta szacowna instytucja nie ma jeszcze podpisanej umowy z krainą, dla której napisał – teraz już wykonywane we wszystkich filharmoniach świata – oratorium, a może po prostu wszystko to mu się przyśniło?

Nie wiem. Nie opowiedział mi o tym, kiedy stawiałem kolejne piwo w knajpie przy tartaku prowadzonej przez jego żonę, której były mąż pracował jako kelner.

Wniosek: grunt to rodzinka. Wielozadaniowa i nadzwyczaj utalentowana. Do wszystkiego.

Kawałek niepomalowanej podłogi pomimo użycia rękawiczek chirurgicznych
Na planie filmowym panował spokój, lecz jedynie do momentu, w którym pan reżyser zażyczył sobie pomalowania podłogi.

– Ale na filmie podłogi i tak nie będzie widać – zaprotestował kierownik produkcji przerażony dodatkowymi kosztami.

– Chuja się na tym znasz – twardo stał przy swoim pan reżyser. – Do tego malujący lub ‑ca musi robić to w rękawiczkach chirurgicznych. Tego domaga się mój twórczy umysł.

Jak na pierwszy dzień zdjęciowy dla kierownika produkcji było to już za wiele.

– Kręciłem z Godardem…

– Chyba Gortatem – przerwał mu pan reżyser.

– …Godardem, Wajdą, Kutzem oraz Chmielewskim, ale czegoś podobnego nigdy nie spotkałem.

– Niby czego? – zapytał nieporuszony niczym pan reżyser.

– Kretynizmu, który z ciebie emanuje. Poza tym twój scenariusz to jedno wielkie gówno.

– Więc z jakiego powodu podjąłeś się tej produkcji?

– Wyłącznie osobistej. Kobieta, którą posuwa mój brat…

– Czym? – zapytał cichym głosem pan reżyser.

– A czym posuwa się kobietę? Długopisem.

– Jakim? Starego typu czy nowoczesnym?

– Nie wiem. – Wkurwiony już pan kierownik produkcji zadzwonił do brata i zapytał go, jakim długopisem posuwa pannę Wandę.

– Nie posuwam jej od ponad roku. Widocznie skłamała, by zatrudnić się w gniocie, który firmujesz.

– Już jej nie posuwa, więc nie wspominał o długopisie – oznajmił pan kierownik panu reżyserowi.

– Szkoda. Bardzo mi się podoba, ale w hotelowym pokoju mam jedynie wieczne pióro.

– Jakie? – zainteresował się pan kierownik produkcji. – Na zwykły atrament czy kulkowe?

– A niby skąd mam to wiedzieć? – zdenerwował się pan reżyser.

– To niezwykle ważne. Nie rozumiesz tego? – ripostował pan kierownik produkcji. – Masz ochotę na kobietę, którą posuwał długopisem mój brat, a nawet nie wiesz, jakiego rodzaju masz w hotelu pióro. Poza tym nie wiadomo, czy panna Wanda zgodzi się na pióro.

– Zapytaj ją. Mnie jako reżyserowi nie wypada.

– Mnie jeszcze bardziej.

W rezultacie razem odszukali panią Wandę, aktoreczkę przed czterdziestką, tuż po skończeniu szkoły teatralnej.

– Wspólnie chcemy panią zapytać, czy zgodzi się pani na pióro?

– Przecież kontrakt już podpisałam? – Panna Wanda wyglądała na zaskoczoną.

– Nie w tym rzecz. W papierach wszystko się zgadza – próbował ich usprawiedliwić kierownik produkcji. – Nam idzie o coś bardziej intymnego. Mój brat posuwał panią długopisem, więc…

– Nie znam pańskiego brata. Nic nie wiem o jego istnieniu. Pewnie wszystko wymyślił.

– Zgodzi się pani na pióro? Wieczne. – Nagle na odwagę zdobył się pan reżyser.

– Zgodzę się na wszystko pod jednym warunkiem. Zamiast zaplanowanych dwóch minut mojej obecności w filmie żądam trzech.

– Ale najpierw pomaluje pani podłogę. Do tego w chirurgicznych rękawiczkach.

Panna Wanda zdziwiła się.

– Dokładnie przestudiowałam scenariusz, ale nie ma w nim takiej sceny.

– Właśnie przed chwilą przyszła mi na myśl. Do roli, którą pani ma zagrać, dołożymy scenę z malowaniem podłogi.

– Ale to kłóci się ze scenariuszem! – zaprotestowała panna Wanda.

– Chuj tam ze scenariuszem – zadecydował pan reżyser. – Przerywamy zdjęcia i udajemy się do hotelu przymierzyć pióro.

– Beze mnie – zaprotestował pan kierownik produkcji.

– To zrozumiałe. Masz szukać kogoś do malowania podłogi. Przecież panna Wanda będzie zajęta przez najbliższą…

– O ile spodoba mi się pióro.

W jakiś czas później kierownik produkcji siedział przy barze w hotelu, w którym mieszkała ekipa. Pił piwo, chociaż mu nie smakowało. Nagle obok usiadła panna Wanda.

– Nic z tego nie wyszło. Zapomniał wziąć pióra z Warszawy. Co prawda posłał po niego kierowcę, tylko że ten wrócił z długopisem, ale to już przerabiałam, a i pan reżyser obstawał przy piórze.

– Czyli jednak mój brat…

– To wcale nie był pański brat – zaprotestowała.

– A kto?

– Niby skąd mam znać wszystkich? – zdziwiła się.

Zaproponował jej kieliszek alkoholu i pannie Wandzie aż zaświeciły się oczy.

– Pierwsze tego dnia konkretne pytanie, a mamy już prawie dziewiątą wieczorem.

Kiedy wypili całą butelkę, panna Wanda zapytała:

– A pan z których? Długopis czy pióro?

– Z normalnych, czyli w łóżku odwracam się plecami do kobiety i momentalnie zasypiam.

– Takich lubię najbardziej, ale coraz rzadziej się trafiają podobno z powodu…

Nie słuchał dalej, co miała do powiedzenia. Zapłacił rachunek, wrócił do pokoju, spakował się, wyszedł z walizką na korytarz, a przed drzwiami natknął się na pannę Wandę, która zapytała:

– A może spróbujemy ze zwykłym, niezaostrzonym ołówkiem?

Ominął ją bez słowa, wrócił na plan filmu i zajął się malowaniem podłogi. Zapomniał jedynie o chirurgicznych rękawiczkach.

Koniec bez początku albo początek bez końca
Deszcz padał drobnymi monetami. Do tego w odwrotnym niż zazwyczaj kierunku, czyli z dołu do góry. Jak to było możliwe, wiedzą tylko specjaliści z Telewizji Polskiej.

Niezdarnie podniósł z chodnika cztery książki, piątą o dziwo sprzedał. Była to Dziwna książka o depresji.

Kiedy już miał wrócić do siebie, czyli mieszkania – tak je nazwijmy – odziedziczonego po matce, która wyemigrowała do – podobno – lepszego ze światów, podeszła do niego kobieta, która tę książkę kupiła.

– Nie może mi pan pomóc i zanieść książkę do mnie? Mam w piekarniku trzy mielone kotlety, a w kredensie karafkę z bimbrem.

Nie jadł od trzech dni, a w ustach nie czuł alkoholu przynajmniej od roku, więc się chętnie zgodził.

Mieszkała niedaleko, jakieś trzydzieści cztery przystanki tramwajem.

Kiedy już znaleźli się w jej mieszkaniu, mielone okazały się kawiorem, bimber luksusową butelką Rosy z Tullamore, a kobieta całkiem ładnym podlotkiem w średnim wieku.

– Skąd pan miał książkę, na którą od ponad dwóch lat polowałam? – zapytała, rozbierając się.

Widząc jego zdziwienie, szybko dodała:

– Nie potrafię jeść i popijać, będąc ubraną. Chyba to panu nie przeszkadza?

– Sam ją napisałem.

– Co? – zdziwiła się.

– Dziwną książkę o depresji.

Zaśmiała się.

– Książka była tylko pretekstem, by nie biesiadować samej. Dość już mam przyjaciół z mojej sfery.

– Czyli jakiej?

– Wyobcowanej ze wszystkiego.

Kiedy butelka pokazała dno, a kawior dziwnie zniknął z półmiska, kobieta zapytała, czy nie mógłby napisać drugiego tomu.

– Po pierwsze nie mam odpowiednich warunków do pisania, a po drugie od kiedy wyrzucono mnie z uczelni, nie mam dostępu do odpowiednich materiałów.

– Może pan pisać u mnie. Mam wiele do opowiedzenia, więc może same moje wspomnienia i przeżycia wystarczą nawet na trzeci tom?

Zastanowił się. Wszystko, o czym marzył, nie wiązało się w żaden sposób z pisaniem. Powiedział to na głos.

– Z ręką na sercu nie za bardzo zależy mi, by pan pisał.

– A na czym?

– Wstydzę się powiedzieć, ale mogę zademonstrować.

Nieudolnie odtańczyła fragment z Jeziora łabędziego Czajkowskiego.

– Może być? – zapytała, kiedy wykończona padała na otomanę.

– Musi.

Żyją teraz razem, wymyślając, co by tu jeszcze napisać, namalować, skomponować lub unowocześnić.

Skończyło się na dziecku. Niedorozwiniętym, ale piekielnie zdolnym. Poznali się na nim, gdy podeszło do okna i w wieku trzech lat wydukało:

– Wszechświat.

[Więcej można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.