W miasteczku Hoosierton, w którym założyła swój gabinet, była niezbyt liczna, lecz dobrze ze sobą zgrana Polonia, a ponadto z jakiegoś powodu mieszkała tam spora grupa Egipcjanek i Hindusek, stanowiąca niebagatelną siłę nabywczą. Jednak księdza na poświęcenie gabinetu musiała pani Bożenka sprowadzać aż z Muncie, ten zaś przybył z zaprzyjaźnionym rabinem, który utyskiwał na ciężkie czasy, spowodowane modą na emigrację do Izraela, modą odczuwalną zwłaszcza w Indianie. Rabin Kalischer nie robił sobie przesadnych nadziei w związku z panią Bożenką, po prostu lubił imprezować z ojcem Łosiowatym, orędownikiem izraelskiego syrah jako najlepszego wina mszalnego na planecie Ziemia.
Uroczystość. Zażywni panowie byli już pieczywko, masełko, kiedy damy zaczęły fikać niczym poznańskie koziołki. Przejście od tanga do kankana nie trwało dłużej niż pół godzinki. Gdy mięśnie nóg odmówiły posłuszeństwa, uruchomiono płuca i przepony. Muzykanci stali się, i poczuli, niepotrzebni, więc spakowali instrumenty i zaczęli dwoić się i troić wokół stołów, zastawionych butelkami najrozmaitszych kształtów i objętości, jak również samotnej beczki z piwem, której operator od dłuższego czasu bez powodzenia szukał czegoś pod stołem.
Pani Bożenka obudziła się w Kanadzie. Leżał przy niej aligator. Nie była jednak całkiem świadoma tych okoliczności, przewróciła się na drugi bok i zasnęła.
Kiedy obudziła się ponownie, stał nad nią funkcjonariusz Kanadyjskiej Policji Konnej w stopniu chorążego.
– Proszę wybaczyć najście, muszę zadać pani parę pytań – powiedział całkiem grzecznie.
– Zamieniam się w słuch – odparła szarmancko pani Bożenka.
– Czy posiada pani prawo jazdy?
– Tylko tego by brakowało, żebym siadała za kierownicę na takim kacu.
– Lub inny dowód tożsamości?
– Na ogół mam jakiś w torebce. Rany, gdzie moja torebka?
– No właśnie. Rozglądałem się za czymś takim jak pani torebka. Pytam o dowód tożsamości, ponieważ przekroczyła pani granicę państwa.
– Granica państwa to mały pikuś w porównaniu z innymi granicami, które musiałam przekroczyć, żeby obudzić się pod jednym śpiworem z aligatorem.
– Więc jest pani świadoma, że ten aligator również przekroczył granice państwa?
– Chyba nie miał innego wyjścia, przecież aligatory nie żyją w Kanadzie, tylko na Florydzie. Ach, Florydo, kwiatuszku mój rozwiązły! To ptactwo, te bagniska, o bella florabella!
Chorąży uniósł rękę, żeby wskazać na godło państwowe przymocowane do ściany, i orzekł:
– Jeśli chodzi o ptactwo, to nie masz jak Kanada.
– Coś mi świta, panie władzo, à propos tej torebki, ona chyba wyglądała tak, jakby była, wie pan, z takiej skóry uszyta, drogocennej, ale to podróbka chińska z dyskontu, żaden aligator, rozumie pan…
– I dlatego mógł ją bez skrupułów…
– O mamma mia! Moja tożsamość!
– Kiedy przybyłem, zwierzę było profesjonalnie uśpione…
– To tak jak ja: balsamo.
– Ale nie na śmierć, jeszcze się ocknie…
– I jak ja mu spojrzę w oczy?
Chorąży Hortensjusz Krupa odparł:
– Jest już w zoo, może pani spać spokojnie.
– Czy ja spałam z otwartymi oczami? Przecież chyba mamy sobie coś do wyjaśnienia…
– Pani i ja na pewno. Aligatory nie należą do mojej jurysdykcji.
– Więc proszę mi wyjaśnić, jak tu się znalazłam i kto za tym stoi.
– Mogę pani przedstawić tylko koniec tej epopei, który zapewne postawi panią na nogi, ale początek należy do pani.
– A czy kawa nie postawiłaby mnie na nogi raz, dwa? Albo piwko jakieś takie nie za duże?
Chorąży Krupa puścił mimo uszu te sugestie, a ponieważ milczał, pani profesor Śtynko sięgnęła pamięcią do uroczystego otwarcia jej własnego gabinetu, może nawet salonu, kosmetycznego w Hoosierton w stanie Indiana.
– Chyba cała ta chryja zaczęła się, kiedy pan Kalischer wziął mnie na barana, a ojciec Łosiowaty wziął na barana Gracielę, tę od manikiuru, i zaczęli się ścigać, jak te konie na Kentucky Derby, dookoła sali, i zahaczyłam głową o coś zwisającego z sufitu, pewnie lampę, i zrobiło mi się ciemno przed oczami i w ogóle, a jak się ocknęłam, to już jechaliśmy vanem Dziarmeistera Boba na ryby, bo to zapalony wędkarz, a prywatnie mój biznespartner. No i ten jego van się zepsuł, akurat jak przejeżdżaliśmy przez La Chute, ale tam jest warsztat i mu tego vana naprawiali, a my czekaliśmy w barze. Miałam chęć na kieliszek wermutu, bo ja właściwie tylko wermut piję, i to w niebagatelnych odstępach czasu, i poprosiłam kelnerkę o martini, a ona przyniosła mi kielich ginu, i co ja miałam zrobić, wypiłam go, i bęc mercedes.
– Czy mogę zapytać, jakie nazwisko nosi pani biznespartner Bob?
– Ach, Bob! Co z nim? Przyskrzyniliście go?
– A dlaczego mielibyśmy go przyskrzyniać?
– Nie wiem, och, nie wiem, on jest taki tajemniczy, kiedy łapie się za wędkę…
– Ale zna pani jego nazwisko?
– Naturalnie.
– …?
– Paździoch.
– Pardon?
– Paździoch! Co mu zrobiliście?
– Pan Pash Joke został zatrzymany za połów bez karty wędkarskiej, prowadzenie pojazdu bez OC, nieważne prawo jazdy, odmowę poddania się badaniu krwi, odmowę udostępnienia bagażnika do sprawdzenia jego zawartości bez nakazu przeszukania, znieważenie funkcjonariusza Kanadyjskiej Policji Konnej, palenie tytoniu w miejscu zakazanym, spanie w miejscu publicznym. Więc zamknęliśmy go w celi, żeby miał czas do namysłu.
– Ufff! A już myślałam, że go przyskrzyniliście za handel aligatorami.
– Droga pani, w Kanadzie handel aligatorami nie istnieje, przeto nielegalny być nie może.
– Tak jak ja?
– Pani epopeja dopiero się zaczyna…
