3/2026

Robert Mielhorski

W strefie pośredniej. O Mieczysławie Jastrunie

1
Jedną z najbardziej fascynujących rzeczy dla miłośnika poezji może być lektura spisu treści dzieł wybranych lub zebranych autora, którego twórczość poznało się już wcześniej w całości. Spis treści to obraz twórcy, jego wizerunek, czasem też autoportret (choć częściej konterfekt przetworzony przez redaktora). To portret ponownie zaktualizowany i jak najbardziej współczesny w szczególny sposób, gdy obcujemy z dziełem pisarza zmarłego, który nie może się już bronić, nie może się spierać o takie czy inne utwory, recepcję cykli czy poszczególnych tomów. Poeta niczego już nam nie wytłumaczy. Choć istnieją też autointerpretacje „zza grobu”, na przykład wiersza Liryka, którą Jastrun nagrał dla Polskiego Radia1. Takie myśli towarzyszyły mi podczas obcowania z ostatnim wyborem poezji Mieczysława Jastruna, zredagowanym przez Iwonę Smolkę2. Krytyczka w ostatnich słowach wstępu wyjaśnia swoją koncepcję doboru wierszy: „Mój wybór wierszy jest bardzo osobisty. Nie chciałam przedstawić przekroju z całego poetyckiego dorobku Jastruna. Niepokoił mnie poeta historii i czasu, historiozofii i ontologii, wizji i faktów. Zapisana przez niego podwójność świata. Nie ma tu poezji sięgającej do antyku, wierszy w kostiumie starożytnym, wierszy w kostiumie romantycznym, nie ma wierszy malarskich o sztuce. Zrezygnowałam z wierszy o domu, dziecku, o dorastaniu – pełnych czułości, ale niezbyt dobrych. Pozostał Mieczysław Jastrun – poeta dramatu, cierpienia, historii, wielkich wizji, niepokoju, pytań metafizycznych”.

Biorąc do ręki jakikolwiek wybór wierszy, zwracamy uwagę i na to, w jakiej serii wydawniczej go pomieszczono. Piotr Mitzner od lat trzynastu redaguje ukazującą się w Lublinie „Bibliotekę Zapomnianych Poetów”. Wydano dotychczas, wraz z wyborem Jastruna, dwadzieścia dziewięć jej tomów. Jak wyjątkowo cenna jest to inicjatywa w warunkach obecnych, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Bo któż dziś upomni się o prezentacje poezji na przykład Jana Śpiewaka, Bogdana Ostromęckiego czy Stanisława Piętaka. A pomijam autorów jeszcze bardziej zapomnianych, choć ze wszech miar wartych osobnej uwagi. Wymyślono dla tej serii okładkę z szarego kartonu. Znakomity to pomysł, podkreśla jeszcze bardziej status jej protagonistów. Rodzi się naturalnie pytanie, czy kategoria twórcy zapomnianego ma być zachętą dla przygodnych czytelników poezji, zaproszeniem ich do przyjęcia postawy odkrywcy, eksploratora, wtajemniczanego, czy też jest ona niestety diagnozą – surową, zasmucającą, oceniającą aktualną recepcję poszczególnych twórców, lecz i poezji w ogóle w pierwszej ćwierci XXI stulecia? W obu przypadkach koncept ten zdaje się działać zgodnie z domniemanym założeniem.

Nie będę próbował odpowiedzieć w tym szkicu na pytanie o obecny status poezji Mieczysława Jastruna – zapomnianego? – w formie usystematyzowanej. Jest to temat zbyt złożony, nazbyt wielowarstwowy i wbrew pozorom dość rozległy, zasługujący na zupełnie inną okazję. Spróbuję zrobić tylko jeden krok w tym kierunku. Stąd bierze się fragmentaryczna forma tego tekstu, w którym proponuję kilkakrotne przystępowanie do tematu z różnych stron, co powinno zilustrować problematyczność zadania.

Ktoś powiedziałby, że zapomnienie to przecież los większości poetów, oczywiście nie tylko naszej epoki. Czy jakieś tomy jednak wracają? Zastanawiam się nad tym, przeglądając książki Jastruna, które ukazały się po jego śmierci. Począwszy od wydanej pośmiertnie dwutomowej edycji Poezji zebranych z 1984 roku (które de facto nimi nie są, ale o tym za chwilę), przez tom Fuga temporum z 1986 roku i dalej – wybór Z innego świata światło (1987), PIW‑owską edycję Poezji w złotej serii „Kolekcja poezji polskiej XX wieku”, pod redakcją Józefa Kurylaka (1997). Okazać by się mogło, że na ten czas przypada jakaś cezura, jeśli nie ostra, to jednak wyraźna granica i kryzys recepcji tej twórczości. A jednak nie. Jest przecież wydanie nowoorleańskie – Memorials w przekładzie Jeffa Friedmana i Dzwinii Orlovsky (2014); jest wreszcie wspomniany wyżej, satysfakcjonujący, choć ograniczony objętościowo możliwościami wydawniczymi wybór Iwony Smolki, choć ten traktuje już Jastruna jako poetę „zapomnianego” (2025). Jest wreszcie Dziennik 1955–1981 (2002) i wspomnienia Pamięć i milczenie, zredagowane przez Andrzeja Lama (2006), są także wspomnienia o Jastrunie i inne drobiazgi rozproszone. Jest też Jastrun antologijny. Obszerna antologia Od Staffa do Wojaczka z 1988 roku (pod redakcją Bohdana Drozdowskiego i prokuratorskiego wobec poety Bohdana Urbankowskiego) zawiera sporo, bo aż 16 utworów: od Godziny strzeżonej po Scenę obrotową z 1977 roku, a wśród nich wybrane z socrealistycznych tomów Odpowiedź T.S. Eliotowi z zawartą tam myślą o „okrutnej prawdzie jednoznaczności” czy budzący emocje przeciwników Mieczysława Jastruna List Anny Żywioł, celowo, nie tak dawno temu, i słusznie, przypomniany przez syna poety, Tomasza Jastruna, w Albumie rodzinnym. Brakuje jednak wartościowej międzywojennej części dorobku autora Spotkania w czasieInnej młodości.

Od czasu do czasu ukazują się nowe teksty o Jastrunie. To głównie pojedyncze szkice, ale jest też książka Marka Kuryłowicza Symbol prawa rzymskiego. Szkice o prawie rzymskim w utworach Louisa Aragona i Mieczysława Jastruna (Wydawnictwo UMCS, Lublin 2008). Jest też tom Jastrunowej prozy W innym miejscu, w innym czasie z roku 1994. Jeśli o czymś zapomniałem w tym wyliczeniu, a nie aspiruje ono do kompletności, nie wpływa to na ogólny obraz i dynamikę tego, jak powraca to dzieło w naszej literaturze. Swego czasu pisałem o losach tej twórczości po roku 19893. Dziś zapewne niektóre tezy i uwagi przedstawiłbym inaczej, niektóre detale skorygował, poprawił. Niemniej, dla losów pozgonnych tych wierszy ważne jest, jak się okazuje, że to nie istota liryki tego twórcy stanowiła przedmiot zainteresowania po jego śmierci, lecz raczej on sam – jego perypetie osobiste, biograficzne i ideowe, wybory moralne, stawiane mu zarzuty, wreszcie atmosfera tendencyjnego odsłaniania spraw problematycznych przez krytykę instrumentalną, spraw, których przecież Jastrun nie ukrywał. Co ciekawe i niezwykle istotne, wierszy takich jak oskarżycielskie Ballada o Puszczy Świętokrzyskiej, W bazylice Świętego Piotra (jest jeszcze w tomie z 1984 roku, gdyż jego wymowa wykracza poza kontekst czasu publikacji) czy zaangażowany, a wspomniany wyżej i „nieszkodliwy” – List Anny Żywioł ich autor do pewnego momentu nie próbował przemilczeć. Pokazywał je jeszcze w 1956 roku w Wierszach zebranych, a więc rok po publikacji tomu Poezja i prawda i w roku wydania Gorącego popiołu (uznawanego wraz z Poematem dla dorosłych za jeden z najważniejszych tomów rozrachunkowych), potem, zapewne z racji artystycznych (a może nie tylko), wspomniane liryki odrzucał. Do tej grupy wierszy jeszcze wrócę.

Wszystko, o czym tu mowa, to część prawdy biograficznej. Dla czytelnika spisów treści retrospektywnych książek poetyckich to właśnie może być w Jastrunie szczególnie frapujące: wahania, ślepe uliczki, zwroty, powroty, niepokoje, przełomy, odnotowane na przykład w Gorącym popiele i w Genezach. Wiedzę o nich przynosi w dużym stopniu, choć nie wyłącznie, liryka także nieobywatelska, niepublicystyczna, nieideologiczna, która wszakże nie zawsze wywodzi się z tak zwanej poezji kultury i nie komunikuje się z czytelnikiem przez kody romantyczne lub młodopolskie, przez szyfry tradycji. Zwracamy się tu do poety surowego zapisu egzystencji. Spotkać się można z określeniem Mieczysława Jastruna – przez wzgląd na jego późne wiersze – jako egzystencjalisty. To w jakimś sensie antypody terminu „humanizm socjalistyczny” („humanista socjalistyczny”), stosowanego na przykład przez Ryszarda Matuszewskiego4. Powinniśmy zatem dostrzegać poetę uwikłanego w epokę, błądzącego, przemierzającego kilka rozdziałów swego czasu; twórcę rudymentów, uniwersaliów, takiego, jaki powinien pozostać w lekturach współczesnych czytelników, których opinie młodziutkiego marksisty Jacka Trznadla5 albo Artura Sandauera czy Ryszarda Matuszewskiego w gruncie rzeczy niewiele dziś obchodzą, chyba że zajmują ich dzieje dawnej recepcji twórczości Jastruna. Pozostaje wiersz: nagi, wybrzmiewający samym sobą. Penetrujący swą autonomię i granicę, poza którą rozpościera się milczenie. Pozostaje egzystencjalne zdarzenie faktyczne, w rozumieniu Jaspersowskim istnienia faktycznego, oraz fenomen bycia, czasu, nieuchronności.

Przeszło życie –

To nie do uwierzenia

że już przeszło

obok mnie

cichą stopą

Przecież było we mnie

Nigdy go nie widziałem. Teraz

widzę: odchodzi

czarnymi plecami

odwrócone ode mnie

Na zawsze

(⁂[Przeszło życie…] z tomu Fuga temporum, 1986)


Pamiętamy, jak bardzo zbliżoną sytuację opisywał wiersz Tadeusza Różewicza dedykowany Konstantemu Puzynie ⁂(Czas na mnie), dobrze znany czytelnikom poezji, więc nie przytaczam go w całości i nie przypominam szerszego tła interpretacyjnego obu wierszy.


a więc to tylko tyle

tylko tyle

więc to jest całe życie

tak całe życie


Różewicza i Jastruna porównywał swego czasu Czesław Miłosz w szkicu dla paryskiej „Kultury” (1953, nr 9), nawiasem mówiąc, określając tego drugiego – na samym wstępie – mianem poety wybitnego. Dodam, że u obu autorów poezja wyrasta ze zdziwienia tym, co zdaje się oczywiste, proste, niezaprzeczalne, elementarne. Naturalnie nie zawsze wydaje się takie wprost. Obaj raz bliżsi są rzeczywistości (Jastrun po wojnie „nagim faktom”, Różewicz „otwarciu”), raz poznawczej aporii i komplikującej klarowność obrazu świata (nie)bezsporności podstaw rzeczy. I to nie tylko w wierszach senilnych. Jastrun ma wyraźną predylekcję do powszechników. Życie, czas, przemijanie, ostateczność, skończoność, niepoznawalność i inne jeszcze z tej kategorii – to stałe pojęcia jego słownika, a dla niektórych krytyków liczmany jego świadomości poetyckiej. Jan Błoński w Poetach i innych (1956) nie mógł się zdecydować, jak zakreślić i ocenić oblicze tej liryki. Stąd zarazem zainteresowanie nią krytyka (skądinąd surowo traktowanego w Dzienniku 1955–1981) i określenie jej mianem „poezji filozoficznego banału”. Jeśli przyjmiemy to określenie, co miałoby ono u Jastruna oznaczać? Z pewnością dla Błońskiego to nie akt wartościowania. Może więc chodzi o wspomniane wyżej zdziwienie światem każdorazowo prowokowane przez wiersz; zdumienie samym faktem istnienia. Lub jeszcze inaczej: to przetwarzanie na nowo w słowie, na własny rachunek tego, co przedtem artykułowali inni poeci. Bo cóż ma do opowiedzenia w wierszu autor tak skonstruowany duchowo jak Jastrun, jeśli nie własne „ja” usytuowane wobec świata (swoją kruchość, poczucie zagrożenia, niepewność, nietrwałość, wrogość czasów, w których żyje). Nie jest to więc „ja” wyłącznie zapatrzone w siebie, egotyczne (jak we wczesnej twórczości, choćby w cyklu Spotkanie w czasie), ale „ja” doświadczające – spełniające się w doświadczaniu własnej podmiotowości, uwarunkowane historycznie i częstokroć autobiograficzne, w tym w bardzo intymnych sugestiach lirycznych. Nierzadko też „ja” zorientowane społecznie (już w Dziejach nieostygłych, 1935). Powiada się czasem: „pisał sobą, ale nie we własnej sprawie”. To właśnie odnieść można do tych wierszy. „Ja” jest bohaterem dużej części poezji Jastruna, jego perypetie, przeżywanie własnej tożsamości – począwszy od debiutanckiego cyklu – jednej z najbardziej udanych realizacji neosymbolizmu lat 30. XX wieku, jednego z najważniejszych, nieprześcignionych już potem przez twórcę projektów. Należy jednak zastrzec, że poruszający inicjalny fragment tego cyklu w pierwszej redakcji i publikacji w roku 1929 nie był w nim obecny. To część innego utworu (Zwierciadła) pomieszczonego w debiutanckim zbiorze, potem porzuconego i dopiero po latach przypomnianego jako Nad zwierciadłami czasu (Inna wersja wiersza „Zwierciadła”). Brzmi ów przeniesiony fragment następująco:

Wszystkie zdarzenia moje, wszystkie sprawy

Są jak widzenia senne. Moje dzieje

Może dopiero z pamięci mej wstają

Jak ze snu, w którym dzień księżycem dnieje –

I wszystkie rzeczy we mnie umierają,

Gdy się przez mury snu przebijam krwawy.

I jestem jak ów w smutnej opowieści,

Co przed zwierciadłem przez wieki kamieniał

Czując krwi czerwień, gdy w żyłach szeleści,

Nie zamarł jeszcze, jeszcze nie oniemiał –

Lecz na głos żywy, szept, echo, wspomnienie,

Gdy brzmieniem w larwę półludzką zapadło,

Zalał się łzami, lecz płacząc kamienie

Rozbił zaklęte zwierciadło.

(Spotkanie w czasie)


Zestawmy ten wyimek, pomijając stricte romantyczne odniesienia do I części Dziadów (motyw Młodzieńca Zaklętego) i do Mickiewicza w ogóle oraz rzekome znaczenia, jakie od początku miał prowokować w strukturze cyklu – i spójrzmy na pierwszy fragment tomu Strumień i milczenie z 1937 roku:


Tym krajobrazom oddałem dalekim

Swą ciemną duszę. I w nich odpoczęła

Nie pamiętając już o trudach dzieła

Zawodnej pory młodości. W chłód rzeki

Schodzę pomiędzy ciemne olchy, w mglistym

Śnie pochylone, słyszę liści drżenie,

Drzewo tej nocy, rosnące od dna,

Ponad strumieniem łez czystym,

Co się roztopił w milczenie.

(⁂[Tym krajobrazom oddałem dalekim])


Tak oto rysuje się klamra – złożona z wyimków z pierwszego i ostatniego tomu Jastruna z lat międzywojnia – zakreślona w perspektywie wciąż zaniepokojonego swą sytuacją egzystencjalną „ja”. To poezja „ciemnej duszy”. I rzeczywistości doznawanej jako „sprawy” „widzeń sennych”; jako proces rozpoznawania idei własnego losu – a więc porządku indywidualnej drogi, sensownego ciągu – czyli „dziejów”, które „dopiero z pamięci mej wstają” i nie są tożsame z przebywaniem i uświadamianiem sobie samemu własnego miejsca w teraźniejszości. „Dzieje” tak rozumianej egzystencji ukazują nam się w ujęciu retrospektywnym – gdy spoglądamy za siebie, wstecz. Drugi z cytowanych fragmentów, introdukcja do tomu Strumień i milczenie, wywołuje u czytelnika poczucie współuczestnictwa i powiernictwa, co wzmacniają w utworze nie tylko „ciemna dusza”, ale i „drzewo nocy”, „ciemne olchy”, „mglisty sen”, „szelest liści”. Stajemy w obliczu ciemności, mglistości jak ze snu, ciszy mąconej szelestem. To dominanty tego pejzażu wewnętrznego, duchowego.

Z ekspresji „ciemnej duszy”, podkreślonych refleksyjnym rytmem wiersza, melancholią, specyficzną aurą i atmosferą liryki Mieczysława Jastruna oraz symboliką, treścią (jak to powiadał Kazimierza Wyka w odniesieniu do liryki Czesława Miłosza) „obrazu niesłużebnego”, poeta wkrótce zacznie się tłumaczyć i dystansować od nich. Potem zrobi to w postaci skondensowanej, w przejmującej w lekturze niewygłoszonej samokrytyce z czasu socrealizmu. Podobne akcenty odnajdziemy we Wstępie do Godziny strzeżonej (1944), w LiryceRzeczy ludzkiej (1946). W pierwszym wypadku, z wojenną niezatartą grozą w oczach, poeta wygłasza postulat realizmu, promowany przez redakcję „Kuźnicy”, w której pracował: „Dążyłem do rzeczy, która może nigdy urzeczywistnić się nie da” – „Nie bój się! Nazwij rzeczy po imieniu […]” (Wstęp). Gdzie indziej głos, w którym pobrzmiewa ton rozrachunku, podyktuje mu następujące słowa:

To, za czym biegłem myślą niespokojną,

Co utrwalałem, nim pierzchło (pisałem

W powietrzu białym pyłem jak śnieg pisze),

To była rzeczywistość, lecz widzialna

Jak wnętrze domu […]

Kształtów zaledwie przeczuwanych przedtem

A zdolnych w każdej chwili się prześnieżyć

W lotne zjawisko. […]

(Liryka)


Zestawiłem i porównałem tu cztery fragmenty inicjalnych wierszy: z tomu debiutanckiego (1929) i zamykającego międzywojenny etap Strumienia i milczenia (1937), dalej – z otwierającej nowe czasy Godziny strzeżonej (1944) z wierszami (tu powinniśmy ufać deklaracji poety) z lat 1941–1944 oraz już powojennej Rzeczy ludzkiej (1946). Pytam w ten sposób o wizerunek protagonisty lirycznego tego okresu, o model wiersza, o dykcję poetycką, o relację pomiędzy autorem i jego świadomością twórczą a rzeczywistością bieżącą, czyli jego „tu i teraz”. Nazywanie „rzeczy po imieniu” oznacza przekroczenie tej granicy w drodze poetyckiej, przed którą Jastrun umieścił poezję „ciemnej duszy” i „widzeń sennych” („pisałem / W powietrzu białym pyłem jak śnieg pisze”) – a po niej „nagich faktów” : „One same są poezją straszliwie gorejącą” (Nagie fakty). Poezja nie jest już świadectwem projekcji świata, rezultatem berkeleyowskiego z natury aktu kreacji; ona ten świat pokazuje i sama także jest światem. Albo też – to świat zajmuje miejsce poezji, to on się nią staje „straszliwie gorejącą”.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.