Wielki Wybuch. Pół wieku temu z okładem Stanley Kubrick mógł nazwać swój arcydzielny film 2001: Odyseja kosmiczna, w kulturalnej przestrzeni tamtego czasu ów tytuł mógł jeszcze brzmieć serio, dzisiaj zaś z Wielkim Wybuchem – jako tytułem poetyckiej książki – trudniej. A Lipska tak opatrzyła wybór swoich wierszy, czyli pars pro toto swoją mowę wiązaną, swoją poezję jako całość. Od dawna przecież krakowska autorka ma upodobanie do metafory peiperowskiej: łączy słowa nie według konwencji, a na wynajdywanych przez siebie prawach niespodziewanych skojarzeń, także stylistycznych. Mocną pozycję wypracowała sobie Lipska, skoro mogła pozwolić sobie na taki tytuł tomu.
Jasne, że poetka nie proponuje tonacji kosmicznej, kontrastowo sugerowanej przez projekt graficzny okładki. Tytułowy wiersz, owszem, odwołuje się do mitów i koncepcji stworzenia czy początków Wszechświata, które zaraz stają się lichym teatrem.
Prześmiewca fajerwerków
i sztucznych ogni.
Jest zawsze w okolicy
naszych
pirotechnicznych spotkań.
Ino sznur, do celów zresztą raczej samobójczych. „Pozostaje więc tylko wyć z rozpaczy, albo rozejrzeć się za grubym sznurem konopnym”, jak przy innej okazji napisał Janusz Sławiński, którego przywołuję teraz nie bez powodu. Badacz ten wprowadził bowiem wielce przydatną kategorię podmiotu czynności twórczych, dzięki niej możemy z sensem i w miarę bezpiecznie mówić coś o autorze. Nie orzekamy, że konkretny pisarz to lub tamto zamierzał, myślał, chciał lub, co gorsza, odczuwał, lecz rekonstruujemy autora jako rolę społeczną, jako czynnik działający między literaturą czy kulturą a pojedynczym tekstem. Lipskiej, jako autorce wierszy układającej je w wyborach, dochodzi jeszcze jedna rola: podmiot czynności antologijnych; bo przecież nie wyborczych, poza tym antologijność współbrzmi z elegijnością, co też nie jest tu od rzeczy.
Lipska wybrała, Lipska odrzuciła – można by tak mówić, choć bez ryzyka się nie obędzie: skąd wiadomo, że zawsze konkretnie sama Lipska? A może sugestia redaktora? A nie mogła któregoś ze swoich wierszy słabiej pamiętać? Lepszy więc podmiot czynności antologijnych, tym bardziej że w ciągu minionych dekad sporo wyborów wierszy tej poetki się pojawiło. Ich interpretujący opis pozostaje tematem na osobny artykuł. Tłumacząc się zaś z pracy nad nową książką, autorka proponuje kolejny tekst do interpretacji, praktycznie następny utwór literacki, a na pewno niedyskursywny, skoro przychodzi odbiorcy zacząć od takiego oto Zamiast wstępu:
Żeby opowiedzieć o układaniu książki, autorka przyjmuje rolę w momentalnie powołanym teatrze z dekoracjami, rekwizytami i maskami. Nic nie jest powiedziane wprost, możemy pytać i uzgadniać nasze tezy z podmiotem czynności antologijnych (gdyż nie jest to konstrukcja dowolna). Zaintrygowanie zajęciem uznajemy za mniej więcej zrozumiałe, ale skąd depresyjność? Z niechęci do rzeczy napisanych dawniej? Z konieczności wyboru, czyli niemożności posiadania wszystkiego (ładnie o tym pisała inna poetka)? Z ograniczenia liczby arkuszy? Własne wiersze jako antykwariat są chyba jakąś formą wycofania? Dalej konsekwentne połączenie metaforyki piaskowej, tyle że z nicościującym rozwiązaniem. Wspólnik słowa, czyli ktoś nie w pełni nad nim panujący, ale i nie sługa. Wreszcie poezja jako przeżywanie nieistniejącego plus niemożliwe w sumie połączenia słów. Cóż, historyk literatury dostrzeże tu trwanie przy przekonaniu o modernistycznej autonomii dzieła. I jest właściwie Lipska modernistką mimo jaskrawych sygnałów kultury najnowszej, ba! może nawet mimo sięgania do estetyki kampu (zupełnie obca mi propozycja interpretacji, pokazuję jedynie całkiem inną możliwość czytania).
Napisała poetka kiedyś zgoła niemodernistyczny, wydaje się, wiersz, przedrukowane w nowym wyborze Przesłanie: „Tak pisać aby nędzarz / myślał że pieniądze. // A ci co umierają: że to urodziny”. Owszem, niektórzy pobłądzili, biorąc te hasła za dobrą monetę – jakby z wierszy Lipskiej dało się wywieść program poezji jako pozytywnego ekwiwalentu życiowych niedostatków. Kiedy dawno temu Różewicz pisał o dziełach Mickiewicza jako chlebie, traktował tę ewangeliczną metaforę serio. U Lipskiej przecież inaczej, jej Przesłanie jest prędzej prowokacyjne: poezja nie jest od ratowania. Natomiast od odsłaniania złudzeń – jak najbardziej, tak dzieje się również w Przesłaniu, bo czy ktoś chciałby oszukiwać żebraków i umierających? No, z umierającymi większy problem.
A kwestie tanatyczne należą u Lipskiej do tematów najistotniejszych. (Nie bez powodu Grzegorz Olszański swoją monografię zatytułował Śmierć udomowiona. Szkice o wyobraźni poetyckiej Ewy Lipskiej.) „Kiedy umrę napisz mi list. / […] / Napisz jak w życiu umierasz” (List); „Dzisiaj nie przyjdę. Dziś muszę umierać” (Bez tytułu). Oba przykłady pochodzą z debiutanckich Wierszy, tom ukazał się w 1967, kiedy autorka miała dwadzieścia dwa lata. Nie sposób przecież uznać tego motywu za młodzieńczą pozę, jeśli powraca w kolejnych książkach i dekadach. W Trzecim zbiorze wierszy (1972) znalazł się utwór Lęk: „Jestem niespokojna. Boję się o kobietę / która nie żyje już od siedmiu godzin. / Co będzie z nią dalej? / Boję się o jej dziecko które starsze / o siedem godzin / rozpłakało na głos szklankę”. Zmarłą i osieroconym dzieckiem jawi się ta sama postać, „ja”, bohaterka wiersza. Kartkujmy dalej: „Dzwonię na milicję i zgłaszam swoją śmierć” (Takie czasy); „wyzdrowieję / zaraz po śmierci” (Jeśli istnieje Bóg); „Śmierć to wagary Panie Profesorze” (Z listu); „I jak tu popełnić samobójstwo Droga Pani / kiedy się już dawno nie żyje” (Z listu [
Również z innych powodów warto wrócić do pierwszego tomu z 1967. Był to rok lata miłości, wkrótce Kubrick nakręci wspomniany powyżej film, Lipska zaś otwiera książkę utworem My, wypisz, wymaluj: pokoleniowym. Poetka ma pewnie do tego tekstu sentyment, skoro przedrukowuje go w wyborach (jednakże, gdy prowadząc z nią parę lat temu spotkanie, poprosiłem, żeby i ten wiersz przeczytała, nie zgodziła się). Owszem, wiersz kreuje jakąś wspólnotę, niemniej, po pierwsze, na generacji tej wyraźnie nadal ciąży druga wojna (a nie było jeszcze wówczas modne dziedziczenie traumy), po wtóre zaś socjologicznie najciekawsze jest tu sytuowanie własnego pokolenia w domyślnej opozycji do sposobu, w jaki świat przeżywali wtedy młodzi zza zachodnich granic i oceanu.
Przede wszystkim zaś Wiersze z 1967 są wspaniałą lekcją prozodii. Młoda Lipska nieporównanie częściej sięgała do wersyfikacji tradycyjniejszej: Wolny przekład z Szekspira, jak mniemam, pozostał w czytelniczej pamięci… Brzeg pisany jest ośmiozgłoskowcem przełamywanym męskimi klauzulami. Już wtedy posługiwała się autorka oryginalną frazą, płynną, acz z zaplanowanymi wahnięciami intonacji. Wiadomo, późniejszy i dzisiejszy wiersz Lipskiej budowany jest na innych zasadach, gdyby jednak nie tamta wczesna szkoła prozodii, słowa i wersy Lipskiej nie brzmiałyby tak celnie i dobitnie.
