Działanie to tak rozbija i roztrząsa samą substancję duszy, tak ją zanurza w głębokiej i gęstej ciemności, że dusza czuje się tu całkowicie zmiażdżona i obalona na twarz. Widok jej własnej nędzy jest dla niej jakby okrutną śmiercią duchową. Czuje się, jakby była połknięta przez jakiegoś potwora i odczuwa cierpienia podobne do tych, jakie cierpiał Jonasz w brzuchu bestii morskiej. Musi bowiem wejść w grób ciemnej śmierci, aby następnie mogła dojść do oczekiwanego duchowego zmartwychwstania.
Jan od Krzyża, Noc ciemna (przeł. o. Bernard Smyrak)
Kiedy ktoś mówi, że „czyta z przyjemnością” tomy tej poetki, najprawdopodobniej ma na myśli ten algofilski rodzaj przyjemności, który towarzyszy rozdrapywaniu ran, zagryzaniu warg lub przypalaniu się zapalniczką. Zawsze, gdy próbuję napisać kilka zdań o autorce China shipping, natrętnie wracają do mnie skojarzenia z Lowellowską Godziną skunksa, spróbujmy więc wyegzorcyzmować ducha Roberta Lowella raz na zawsze i miejmy to głowy: „I hear / my ill-spirit sob in each blood cell, / as if my hand were at its throat… / I myself am hell”. Piekło, o którym pisał autor Life Studies (1959), płonie również w Kubku na tsunami, i uprzedzam, że może ono zostawiać wielką dziurę w sercu. A wcześniej dać sporo patologicznej rozkoszy.
Bohaterka tomu czyta „o Big Ripie” (Jak ci minął dzień, bejb?) i robi to nie tylko bez szczególnej trwogi, lecz także z jakąś przewrotną, otwierającą nadzieją, ufundowaną na podwójnym zaprzeczeniu, które koniec końców daje najczystszej wody afirmację. Brzmi to chyba zbyt skomplikowanie, a sprawa jest naprawdę prosta: podmiot ekspresji doskonale wie, że gdyby ciemna materia miała za chwilę rozerwać wszechświat na strzępy, anhedonia okazałaby się jej największą siłą, zupełnie jakby była Justine z Melancholii Larsa von Triera. Liryczna rozmówczyni może więc zapytać bohaterkę: „czy ty jesteś z teflonu?” (Kontrakt ślubny w formacie .json), bo choć do bohaterki nie przywiera żadna forma radości, to samo dotyczy przecież niepokoju, strachu etc.
To zagadnienie pozostaje w ścisłym związku z konceptem, który powraca w całym dorobku poetki i zawsze jawił mi się jako fascynujący, a jednak nie pisano o nim zbyt wiele. Chodzi mianowicie o sposób, w jaki Bargielska ujmuje relacje między życiem jednostkowym i życiem wykraczającym poza granice spójnego podmiotu. Być może ma on swoje źródła w religijnej wyobraźni poetki, ale nawet jeśli nie wynika z niej wprost, to na pewno jest z nią sprzężony. Choć sporo jest w tych wierszach absolutnie wstrząsającej, suicydalnej energii („Piękny wschód, szkoda, że nie jest zachodem, / a i życie git, tylko szkoda, że nie jest sami wiecie czym”, Jeden szuka modlitw, a drugi kamieni), to jednocześnie trudno traktować tę siłę jako coś jednoznacznie skierowanego przeciwko życiu. Zgodnie z tym, co zasygnalizowałem w pierwszym zdaniu niniejszego szkicu, mielibyśmy tu raczej do czynienia z siłą skierowaną przeciwko podmiotowości:
Rozważam biotransferencję, na przykład w jelenia
dumnie stojącego w słońcu na estakadzie,
może wręcz w samo słońce. Ludzie, zwierzęta i purchle
wystawialiby ku mnie twarze i grzbiety.
Nie mogliby mnie dotknąć, ale ja dotykałabym ich.
W pochmurne dni mówiliby: ona gdzieśtam jest,
i celebrowali swoje fotostarzenie.
Bo wiesz, ja już podziękuję za ten antropocen,
to jest mit narracyjny, nie biologiczna rzeczywistość.
Stan głębokiej depresji trudno byłoby ujmować jako swoistą „półśmierć”, to raczej utrata ontologicznego ciężaru „ja”, intencjonalne wycofanie się jednostki na pozycję, w której staje się ona nieobecna i transparentna, a więc zostawia w świecie miejsce na to, co nie jest nią samą. „Jeśli [jest] matką, to taką, która patrzy na dziecko / brakiem oczu” (Czy to ty jesteś tą dziewczyną z białego małżeństwa?).
od dołu przez witrynę, a kiedy spytał o moje imię,
roześmiałaś się: czyje imię? nie widzi pan,
że jej tu nie ma?
Podmiot ekspresji gorzko ironizuje na temat tego, jak wygląda codzienność w piekle depresji, ale przecież wcale nie przerysowuje – zdarzało jej się myśleć: „to moja ostatnia [noc] i muszę korzystać, / więc [patrzyła] w sufit. Jak na sufit, był przewspaniały” (Living apart together). W tym zapewne tkwi istota ekstatycznej techniki Bargielskiej: kiedy jej bohaterka zachowuje tylko tyle podmiotowości, ile pozwoli jej doświadczać życia, życie zaczyna jawić się jako „przewspaniałe” w każdym calu. Zasadniczo jest to więc technika ascezy, której skutki znane są z relacji mistyczek. Świadomie odrzucając obfitość doświadczenia i przyjmując na siebie cierpienie, przechodząc przez „noc ciemną ducha”, jak pisał Jan od Krzyża, podmiot może nawiązać jedność z Bogiem, a więc zrozumieć „Życie” w jego ponadjednostkowej postaci. Bargielska, doskonale wiedząc, że ten kontekst pozostaje czytelny i łatwy do namierzenia, chętnie wprowadza do niego dodatkową warstwę, żartując z mistycznego brzemienia: „Utknęłam między piętrami, ale duchowo wzrastam” (Dzień dobry, kontrola); „Wiem, że Bóg mnie nie kocha, ale czy kocha kogoś innego?” (Na żółto i na niebiesko). Dzięki temu wiersze stają się semantycznie chybotliwe, jednocześnie dochodzą w nich do głosu potrzeba transcendentnej ingerencji w świat materialny i całkowita pewność co do immanentnego wymiaru świata materialnego. Znów mamy tu do czynienia z dialektyką godną Weil: nieistnienie Boga jest najdoskonalszym dowodem jego istnienia. Bargielskiej nie chodzi jednak o to, by zostawiać fałszywe tropy i wyprowadzać czytelnika w pole – rzecz w tym, że postać z jej utworów jednocześnie ironizuje i jest poważna, płacze i wybucha śmiechem, prowadzi żywot Hioba i nie wierzy w alegorię Hioba.
Ustaliliśmy już, że dekreacja to osłabianie podmiotu, który mimo to wciąż pozostaje podmiotem, choćby tylko po to, by intencjonalnie poddawać się dekreacji, na przykład wystawiając się na tęsknotę i miażdżącą samotność: „Zanim się pojawiłaś, byłam tak samotna, / że nie prałam używanych ubrań kupionych na Vinted” (Jeże na zamówienie). Dźwięczą tu odległe echa Marcina Barana, który pisał kiedyś o codziennych wizytach u fryzjera, pozwalających wystawić się na dotyk drugiego człowieka.
Oczywiście pozostaje jeszcze inna kwestia, szalenie istotna w kontekście całej książki, bez której trudno byłoby uchwycić całość. Mam na myśli żałobę po matce, którą ktoś musi przeżyć, której nie będzie w stanie doświadczyć bezosobowe, abstrakcyjne życie, pozbawione substancjalnej postaci. Żałoby nie może przepracować „ocean”, doświadczyć musi jej pojedyncza „kropla”, w pełni świadoma okoliczności i realnie cierpiąca:
nie bardzo się boję, choć klamka zapadła,
bo mnie nauczyłaś: co będzie, to będzie.
W Kubku na tsunami widać doskonale, że poezja Bargielskiej nie jest ufundowana na prostej estetyzacji depresji, a tym bardziej nie jest literacką eksploatacją cierpienia. Prywatna biografia służy tu za surowy materiał, na bazie którego powstaje specyficzny aparat poznawczy, pozwalający spojrzeć na podmiotowość jako narzędzie, instrument „do empirii”. Mistyczna mgiełka i towarzysząca jej wzniosłość rodzą się w tych wierszach za sprawą sprzężenia zwrotnego: używając podmiotu, Życie doświadcza tu samo siebie. Stąd osobliwa mieszanina okrucieństwa i czułości, ascezy i humoru, metafizycznej powagi i stand‑upowej puenty.
Choć te teksty bez wątpienia mają w sobie coś ponadczasowego, trudno nie zauważyć, jak dobrze rezonują ze współczesnością: doprowadzając podmiotowość do radykalnego minimum, Bargielska jednocześnie rozprawia się z „kulturą narcyzmu”, by użyć sformułowania Christophera Lascha. Paradoksalnie doświadczenie życia nabiera największej intensywności wtedy, gdy „ja” świadomie wycofuje się z planu ontologicznego. Jeśli w Kubku na tsunami jest jakaś nadzieja, to taka, która nie niesie ze sobą pocieszenia, lecz pozwala przebrnąć przez piekło w pełni zmysłów.
