4/2026

Przemysław Kuliński

Sceneria do innego pisania?

Piętnaście. Tyle razy rzeczownik nieżywotny (sic) „śmierć” powraca w tekstach składających się na Już żywym, jeszcze umarłym (dla porządku dodajmy, że zbiór liczy czterdzieści trzy wiersze). Czy czyni to najnowszą książkę Łukasza Jarosza jedną z najbardziej „śmiercio‑nośnych”, tj. szczególnie podporządkowaną ewokowanym w wierszach obrazom umierania? Być może. Czy jest to jednocześnie najciekawsza w dorobku poety książka traktująca o odchodzeniu? Niekoniecznie – choć do tej tezy przyjdzie mi jeszcze powrócić w dalszej części recenzji.

Przedstawiona powyżej lekturowa arytmetyka nie wyczerpuje oczywiście wszystkich językowych reprezentacji śmierci w Już żywym, jeszcze umarłym. Niemniej obsesyjne skupianie uwagi na słowie „śmierć” przypomniało mi fragment Początku wiersza Rafała Wojaczka: „Śmierć // (Kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz / Nie lepiej od razu / Się powiesić)”. Rzecz jasna nie staram się tutaj zestawiać poetyckich projektów Jarosza i Wojaczka, próżno bowiem szukać wyraźnych połączeń między nimi zarówno w warstwie artystycznej (przywoływane tradycje, obrane strategie komunikacji poetyckiej), jak i antropologicznej (społeczno‑kulturowe pojmowanie śmierci). To lekturowe skojarzenie wskazuje raczej na sytuację, w której Jarosz – podobnie jak autor Innej bajki – szczególnie mocno podporządkowuje leksykę tekstów jednemu pojęciu (tj. śmierci), niejednokrotnie puentując nim wiersze:

W końcu cichnie kazanie, jego ostatnie słowa

działają jak spocznij. Przeziera słońce, razi,

lecz nie daje ciepła. Śmierć to tylko przezwisko,

które tak do niej przylgnęło, że nikt nie wie,

jak się naprawdę nazywa.

(Msza)


„Wiersze Łukasza Jarosza od zawsze są zanurzone w codzienności i śmierci” – przekonywała Urszula Honek w recenzji towarzyszącej zbiorowi Kardonia i Faber (2015). Można spokojnie zakotwiczyć się w tym zdaniu i wygenerować kolejny tekst krytycznoliteracki, który umacniałby tego rodzaju recepcję. Niemniej znacznie istotniejsze od punktów wspólnych z wcześniejszymi książkami Jarosza jest to, czym Już żywym… wyróżnia się na ich tle. Już w samym tytule najnowszego zbioru wierszy poeta dokonuje ciekawego odwrócenia przyjętego językowo porządku (jeszcze żywy, już umarły), co ewokuje znaczenie przywodzące na myśl powracanie do żywych. Figura podmiotu umiejscowionego na pograniczu dwóch światów – materialnego oraz metafizycznego – wydaje się czymś emblematycznym dla Jarosza, że przypomnę jedynie w tym miejscu fragment wiersza Przekład z książki Kardonia i Faber: „Na wpół martwy, / bo nie zawsze żyje się własnym życiem. / Ono kiedyś przylegało do mnie”. Natomiast w Już żywym… dokonuje się pewne przesunięcie w tym względzie. Powrót do żywych wybrzmiewa chociażby w wierszu Katedra, w którym najpierw podmiot wiersza zauważa „Szukam synonimów do przydomków zmarłych: / erudyta, punk, obrażalska”, żeby po chwili niemal zadeklarować dystans wobec świata umarłych: „Nie wrócimy do siebie – / drewno jest zimne, trzeba wkładać dłonie pod uda”. Na wyartykułowane z kolei w tekście Okienko pytanie: „Ile jest w nas życia?” zdaje się odpowiadać w Czterech porach zmroku: „Każdym krokiem, schodem, gestem, / ostrożnie jak w grze w bierki wyciągam / z siebie śmierć i piszę w śniegu”. W swojej najnowszej książce poetyckiej Jarosz próbuje przesunąć nieco akcenty w artystycznej wizji świata i zaproponować inną figurę podmiotu, który niemal jak refren powtarza słowa z wiersza Przemiana w materii: „Wybieram życie, nie chcę / wstawać z martwych, jak mi przed chwilą / po raz kolejny obiecano w kaplicy”. Jarosz zrywa więc z metafizycznym przeczuciem, tożsamościowa autoidentyfikacja z tytułowym „już żywym” werbalizuje się zaś pod postacią „bycia ku życiu”:

[…] Zasypiam

ale wyrywa mnie ze snu matka,

dzwoniąc i lamentując, że fermentujące

wino wychodzi z balona. I wraca

życie – to, jakie naprawdę jest.

(Fabuła)


Odejście od tanatycznego eskapizmu przypomina zatem zbieranie „siły / by kiedyś, gdy będę wypchany w mrok / mocno zaprzeć się w futrynie śmierci” (Ostatni wiersz). Jarosz wydaje się konsekwentnie realizować ten zamiar, od czasu do czasu zdobywając się nawet na coś na kształt imperatywu moralnego – jak choćby w tytułowym wierszu czy Reflektorze, w którego puencie odnaleźć można, jak się wydaje, reminiscencję jednego z wierszy Ewy Lipskiej:

I myślę – żyć tak, by uniemożliwić

pozostałym zrozumienie

swojego życia. Umierać tak, by odchodząc,

wciąż słyszeć ich starzejące się głosy.


Dlaczego zatem, jak sugerowałem na początku recenzji, najnowszy tom Jarosza niekoniecznie jest ciekawy? Wydaje się, że w ostatecznym rozrachunku Już żywym, jeszcze umarłym pozostawia czytelnika obojętnym. Okazuje się, że pomimo drobnego przesunięcia w stosunku do wcześniejszych publikacji (inna figura podmiotu) poeta na przestrzeni całego tomu proponuje niewiele ponad idiosynkratyczne echa poprzednich książek. Poruszając się w obszarze pojęć i lejtmotywów doskonale sobie znanych (mortualna tematyka, autotematyzm i autobiografizm podmiotu wierszy), Jarosz reprodukuje artystyczny projekt, jaki sam określił słowami: „Zagadać, zagłuszyć, zapisać, / śmierć” (wiersz Pirofity z tomu Świat fizyczny). Pisanie pojmowane jest tutaj jako praktyka mówienia do zmarłych z pozycji pewnego dystansu, być może nawet warunkowanego przez przepracowanie żałoby (dobrze to oddaje dwuwers z wiersza Wnęka: „Po wielu latach widzę, że śmierć moich / bliskich jest również częścią śmierci mnie”). Na próżno jednak szukać tu odnowienia dykcji, frapujących metafor czy olśniewających diagnoz – nie ma tu nic, co wykraczałoby poza pewien rodzaj przepisywania siebie. Przezroczystość semantyczna tekstów wchodzących w skład Już żywym… jest m.in. pochodną sposobu obrazowania, na który decyduje się Jarosz: większość wierszy stanowi jukstapozycyjne przyczółki, na których poeta po prostu się okopuje. Eksplikacja znaczeń odbywa się tutaj najczęściej na prawach zaskakującej przewrotki semantycznej w kulminacyjnym punkcie, jak np. ma to miejsce w Ciszy:

Wokalista naszego punkowego zespołu zawsze

w drodze na próbę zatrzymywał się u dziadków,

by zjeść obiad, a my czekaliśmy, aż skończy.

Krzyczał do mikrofonu antyklerykalne teksty,

pluł na wykładzinę, choć na co dzień był

cichy i skryty. Potem uciszył sam siebie.


Należy jednak przyznać, że z tego zagęszczania obrazów często niewiele wynika – czy to na poziomie artystycznym, czy to na poziomie aksjologicznym. Spójrzmy chociażby na fragment wiersza Ryt:

I ja w końcu wracam, na skróty przez las. Ostatnie

kilka kilometrów pokonuję na wprost księżyca,

jego światło to stępione wiertło. Śmierć

rozpruwa to, co słowny krawiec zszywa przez lata.


Dostrzec tutaj można symptomatyczne dla książki podejrzane artystycznie metafory. „Słowny krawiec”, któremu śmierć cokolwiek „rozpruwa”? Doprawdy, może tutaj nawet gotów jestem nieco zaprzeczyć sobie, stwierdzając, że niekoniecznie pozostawiają czytelnika obojętnym. Czytając te i podobne zdania, mógłbym zawtórować podmiotowi Już żywym… i stwierdzić, że Jaroszowi zdarza się w tych i podobnych miejscach przyjąć za estetyczną regułę słowa z wiersza Cisza: „Nie szukam sensu, ale go pragnę”. A mówiąc nieco poważniej: teksty pomieszczone w najnowszym tomie nie wydają się ani nadto udane artystycznie, ani zbyt absorbujące poznawczo. Niestety, sporą część z nich stanowią wiersze zahaczające o autoparodię – puste diagnozy, które wybrzmiewają pod postacią pretensjonalnych aforyzmów („Czas nie wraca, czas się rusza. / Bo jest baśnią”; Bajkopisarz), naiwnych paradoksów („Życie nie może być snem. / Bo snów nie mamy codziennie”; Jawa) czy szemranych przenośni („Za oknem świat – zimne jajo złożone / przez Boga”; Wiersz). Uwierający czytelnika może być również sposób, w jaki Jarosz stawia przed nim pewne pytania, albowiem często emanują one podejrzanie wzniosłą retorycznością, jak w wierszu Okienko:

Ile jest w nas życia? Ile

Boga we mnie, poza mną?

Ile Boga nie ma?

Myślę tak cicho,

by nikt nie słyszał.


Poetycki projekt Jarosza grzęźnie tym razem na mieliźnie stawianych pytań i proponowanych odpowiedzi. Podobne roztrząsania podmiotu mówiącego można by skądinąd określić sformułowaniem z wiersza Skurcz jako „tanią metafizykę”, która niewiele wnosi w pole semantyczne tekstu. Szkoda tym większa, że dotychczasową twórczość Jarosza można było kojarzyć z operowaniem precyzyjną frazą, za pośrednictwem której udawało mu się uruchomić niezwykle sensualne obrazy. Przykład? Pozostając w tematyce „rozpruwania”, przywołuję fragment wiersza z tomu Kardonia i Faber:

Żałuję, że was w to wciągnąłem.

W moje ostatnie miejsce. Miasto

jak rozgrzebane mrowisko, strzaskane radio.

Rozprute trzewia brzuchomówcy.

(Separacja)


O ile w cytowanym wcześniej przeze mnie fragmencie wiersza Ryt Jarosz osuwa się w pretensjonalną sentencjonalność („Śmierć / rozpruwa to, co słowny krawiec zszywa przez lata”), o tyle wyimek z Separacji odsłania subtelną precyzję, z jaką poeta niegdyś potrafił uruchamiać kolejne obrazy.

Okazuje się więc, że Jarosz zaledwie markuje odnowienie poetyki („już żywym”), pozostając ostatecznie w komfortowej dla siebie sytuacji bycia „jeszcze umarłym”. Przez to Już żywym, jeszcze umarłym jest książką pozbawioną estetycznego ryzyka i szczególnie interesujących punktów zaczepienia. Szkoda, albowiem istniała spora szansa, aby: „Już nie próbować nudzić o czymś, / o czym można jedynie pomyśleć, co można przemilczeć” (Już żywym, jeszcze umarłym).

Łukasz Jarosz Już żywym, jeszcze umarłym
Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu,
Poznań 2025, 54 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.