Nawet jeśli część z nich była prawdą, to przypadkowo. Epistemolodzy nie nazwaliby tego wiedzą. Jacy oni wszyscy byli głodni wiedzy… Burczy mi w brzuchu. A zostały jeszcze dwie godziny. Wszystko przez to, że lepiej nie zjeść, niż nie umyć później zębów. Dlatego od rana wiedziałam, że w pracy będę dziś pościć. Szczoteczka i pasta znajdują się w szafce, szafka jest zamykana na kluczyk, kluczyk trzymam w saszetce, saszetkę w plecaku. Sądziłam, że zawsze.
Niektórzy nie podzielają mojego poglądu na temat mycia zębów i pokazują bezwiednie swoje dziąsła przeplatane paraluegos, jak błyskotliwie nazwano w Hiszpanii coś odłożonego „na później”. Nie trzeba sobie tego wyobrażać. Dlaczego zamiast myśleć o rzeczach przyjemnych, myślę o czymś obrzydliwym? Minęły lata, a ja wciąż go wspominam. Z rzadka nawet sprawdzam, czy żyje.
Mniejsza o przyjemne czy nieprzyjemne, czas rozwiązać problem. W szafce trzymam przedmioty absolutnie w pracy niezbędne – wspomnianą pastę i szczoteczkę, kulkowy dezodorant, lakier do włosów, wilgotne chusteczki do dziecięcego tyłka, za pomocą których odświeżam buty, spray do nawilżania gardła – jak ja sobie bez tego wszystkiego poradzę?
Próbuję otworzyć ją innymi kluczami. Niektórzy zostawiają swoje kluczyki w zamkach. Wyciągam je i testuję jeden za drugim, jednak żaden nie służy do otwierania wszystkich szafek. A podejrzewałam kiedyś, że to atrapy.
Mam dostęp jedynie do okryć wierzchnich zawieszonych na wieszaku. Jest sierpień.
Z niemocą patrzę na przeładowany wieszak, zdając sobie sprawę, że chociaż przez pokój przewija się kilkadziesiąt osób, połowa wiszących tu ubrań to moje kurtki i płaszcze. A kiedyś nawet w mojej szafie prawie nic nie należało do mnie.
Studia trzeciego stopnia. Pomimo że stypendium doktoranckie było niskie, co tydzień zakładałam na zajęcia coś nowego. Galeria Krakowska była moją wielką wypożyczalnią. To proste i legalne. Zwroty przyjmowano do trzydziestu dni, chociaż nie potrzebowałam aż tylu. W ciągu długiego miesiąca rzecz mogłaby się zniszczyć lub zapodziać. Przed zakupem należało tylko zbadać, czy da się usunąć metkę tak, by bez problemu zamocować ją z powrotem. Pokazywałam się w nowym stroju raz, by go nie przepocić i nie zabrudzić. Przed zwrotem kategorycznie nie należało niczego prać, tylko wietrzyć. W praniu rzecz mogłaby się nie daj boże zniszczyć, a już na pewno pachniałaby świeżością.
Świeżo kupione ubrania nie pachną świeżością.
Na uniwersytecie byłam więc jedną z najlepiej ubranych prowadzących, na co z niechęcią patrzyły inne, szczególnie zatrudnione na etacie, gdyż etat akademicki raczej nie pozwala na częsty zakup ubrań. Patrzyły więc krzywo, gdyż nie jest prawdą, że w instytucie filozofii ludzie nie myślą o rzeczach przyziemnych. Podobno sądziły, że muszę być czyjąś utrzymanką, nie potrafiąc wyjaśnić tego inaczej. Zresztą nie wiem, co myślały, tak tylko słyszałam.
A pastę i szczoteczkę mogłabym gdzieś kupić, nie zmarnują się. Tylko że jest niedziela.
Skoro już wspominam tamte czasy, w pewne piątkowe przedpołudnie, po skończeniu całkiem udanych zajęć, szłam korytarzem w stronę wyjścia. Zadowolona z siebie wybiegałam myślą w weekendowe plany, a tu przy schodach niespodziewanie zatrzymał mnie on – profesor Wicher – mój promotor. Powiedział, że musi iść do lekarza. Nie wyglądał, jakby musiał, ale z racji wieku uwierzyłam, że tak było. Za 15 minut wykład mi się zaczyna, a pani się dziś tak pięknie prezentuje, że słuchacze będą zachwyceni, kiedy pani ten wykład za mnie poprowadzi… Ale jak to? Jaki wykład? O czym?
To był pierwszy rok studiów doktoranckich. Profesor powiedział, że o czymkolwiek. Wejdzie ze mną do sali, przedstawi mnie i się pożegna, mogę opowiadać, o czym zechcę. Mówiłam więc o lewicy heglowskiej, chociaż kurs dotyczył filozofii kultury, ale czy filozofia kultury nie obejmie i lewicy heglowskiej? W końcu wszystko jest kulturą.
Poziom stresu określiłabym jako umiarkowany o tendencji malejącej w toku prowadzenia zajęć. Chociaż raz owszem, wystrzelił w górę, kiedy zorientowałam się, że obserwuje mnie ulubiony doktorant profesora. Skoro jest na sali, to dlaczego ja prowadzę wykład, a nie on? A skoro ja prowadzę wykład, to po cóż on tu przyszedł? Najwyraźniej po to, by mnie sprawdzać (i zdać sprawę promotorowi z moich potknięć) ((czyli z inicjatywy promotora)) albo po to, by mnie irytować (czyli z inicjatywy własnej) ((ponieważ dobrze nam było wiadomo, że nie przepadaliśmy za sobą)).
Relacje, w których ludzie są otwartymi wrogami, mają w sobie jakąś rozkoszną uczciwość. Nawet jeśli podszyte zostały fundamentalną nieuczciwością. Jednak zanim zacznę wspominać, skąd wiedziałam, że mnie nie lubił, poczynię jeszcze jeden wysiłek, by otworzyć szafkę.
Istnieją kluczyki zapasowe. Jeden na pewno jest u kierownika, ale jego dziś nie ma (niedziela). Pytam dziewczyn z dyspozytorni, czy można liczyć na inny zapasowy kluczyk. Dostaję numer telefonu do osoby, która powinna mieć dostęp do szafek. Dzwonię. Linia jest zajęta. Cały czas. Skoro cały czas, to chyba ważna osoba. Czy naprawdę chcę fatygować ważną osobę, żeby dostać się do szczoteczki do zębów?
Na jednym z korytarzy instytutu filozofii grzebałam w plecaku – może też szukając szczoteczki i pasty – kiedy podszedł do mnie ulubiony doktorant Wichra. Nie bez satysfakcji oznajmił, że profesor życzy sobie, abym przepisała się do kogoś innego, gdyż po przemyśleniu nie jest zainteresowany promowaniem mojej pracy. Polecił mu to przekazać.
Odpowiedziałam z uśmiechem, że nie ma problemu.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
