5/2026

Krzysztof Siwczyk

Spis istotnych praktyk
(fragmenty)

(To się kończy)
Gdzie nie wyjść, to się kończy. Twardy związek, zaprawiony w bojach w stolicach szklanego uniwersum, otrzaskany we wczesnym trzykrotnym macierzyństwie, szedł jak walec po drabinie społecznego awansu. On i ona, wzory północnej urody i hardości, krok w krok w analogicznych stylówach, byli piękni i stawali się coraz bardziej przejrzyści, zaczęli gubić kształt w szybie rozdokazywanego domu. Absolutny brak detekcji, trzymające się pionu widma otoczone dobrobytem. Wzory filantropii, poszukujący głębi doświadczenia na kursach tulenia drzew, po prostu jednostki z dystynkcjami, ale jednak widma, byłoby mówić. Właściwie zawsze stawiani za przykład, przeważnie spełniający obietnice i chętni do pomocy innym, którzy upadali pod ciężarem własnej widoczności, szpotawej stopy, długów. Zdawali się omijani przez mech, nie do ruszenia jak etalon spoczywający po lodem, jednym słowem ludzie z eteru. Poszli w rozsypkę, w skruszenie. Każdy w swojej kuchni siedzi teraz po nocach, gra w bierki. Właściwie nie wiedzą, co począć, tak wyszło. Nie zdarzyło się nic szczególnego, po prostu to były ostatnie święta, dzieci im wyszły, wylało się mleko. Kto go tam wie, kto ją tam wie, nie szukali więcej uzasadnień, żadnych sesji. Zdali się na przyszłość, której wcześniej nie odbyli. Patrzeć w zapaloną za dnia żarówkę w okapie to jedno, co innego jednak, kiedy dzieje się bezzasadność czasu zawieszonego na kołku jak klinga. Oni już wiedzą, po co są, w skruszeniu, zgięci i sypcy jak suchy pomnik wytrwałości, który dedykowali sensownym celom. Muszą jeszcze rozchodzić wstyd po mieście, zbudować poprawne odpowiedzi na parę powtarzających się pytań o nich i zdać się na nowe zapachy z ust, metaliczny posmak łykanej od niechcenia wody, światło w kuchni zapalone dla nikogo. Zgasić. I pić spokojnie kawę, myśleć o nich niczym o ostrzegawczych lampkach, diodach awaryjnych, wczuć się w ten ług. Potem przymierzyć bomberkę, poprzeglądać się w oknie, zacząć puchnąć ze śmiechu. Stary kicz, a cieszy, zwłaszcza że wygląda się na nic. Gdzie nie wyjść, to się kończy, zostać więc jeszcze jakiś czas w czarnej sofce, z grzbietem wrażonym w stęchłe jaśki i delikatnie przesuwać kapcie do pary i potem do drugiej pary. Do pary. Tym chcieć tylko być, choć wszystko dzieje się samotnie, ale wyprzeć. Przecież po to sterczało się lata przed regałami, gapiąc się na grzbiety słowniczków roztropnej rozpaczy, kartkując paranoiczne nowenny układające się w język zabawnych uzasadnień. Bez ładu i składu formułowane deziluzje, podczas gdy nigdy samotniej niż pod okapem nie może się przydarzyć gdzie indziej niż teraz właśnie w ich kuchniach, kiedy wstają nagle, kopią taborety, klną i tańczą, mając w sobie prawdziwą wzajemność. Nabywają ciężaru, szpotawe, wynaturzone ryby, koszmarne akwarium, szklane uniwersum rozchodzi się w każdym kącie, pęcznieją deski, klaszczą dłonie, mlaszczą dziąsła, pluskają w płucach pęcherzyki powietrza, na kafelkach tuli się ciało do fug, broczy krwią w zbrocze widmo.


(Brudne okna)
Wytwarzać dla beki logiczne przebiegi smug na brudnych oknach, nie ustrzec się znużenia już na pierwszej z nich, doskonale załamującej cienie na deskach. Dać sobie luksus tchnienia wewnątrz, przyssać się do szkła, normalnie jak zbrojnik, porządniś w środowisku glutów, resztkowy głodomór, dewiant na dnie rozkładu. Trzymać w rękach ten zimny już kubek z lurą, szukać na dnie pastylki stewii, drażnić afty i – a czemu by nie – próbować się z przeszłością, tym rozpuszczalnikiem faktów, o których nie dowie się nikt więcej niż chłopiec zamknięty w akwarium, podróżujący w pęcherzyku powietrza między granicami ech, wołający ojca w śnieżnej kuli. Zadzierzgnie się co najwyżej glicerolem, bo przecież nie udusi go tkliwa mątwa z głębi gabinetu. Nie pytać, kiedy to było, tylko rościć pretensje do wielkiej opowieści drobnych smuteczków, bo tylko one zdają się dawać do wiwatu w ogólnej błahości przedpołudnia, aż człowiek w przeszłości przebiera nogami w relaksach na ślizgawce przed blokiem, wylanej o świcie z beczkowozu roboli i chciałby o tym opowiedzieć komuś jeszcze, nie tylko widmom z polaroidów, które utleniła pełna jasność nekrozy. Chuja. Trzeba powtarzać inne zaklęcia. Z innej strony pajacyka cienie inspirują ciekawsze skojarzenia. Wielkie społeczeństwo diagnozy prosi, by skrolować wielkie nieba i dołączyć do zrzutki na dalsze cierpienia twórczych jednostek. Robi się. Z twarzy znajoma. Ten sam rocznik, a tyle już kłopotów. Przynajmniej kogoś się poznaje od strony zwierzeń, w przyjemnej manipulacji, chce się płynąć tym nurtem, łagodnie ściekając do kratki, z której chyba wybiło wspólne źródło ekscytacji: błahość. Oniemienie na stojaka, emotikon serduszka szybciutko rysowany na szybie, zanim zniknie para, zanim ujdzie z balonika powagi morowe powietrze współczucia. Pasożyty w akwarium, ogólne przekarmienie, rybia ospa wzięła się za wszystko, nicienie w oczach. Przywry, wypławki. Trzeba preparatów. Tyle można poradzić i przelać datek. Potem dokładnie myć kubek z osadów kawy, dać na suszkę, podczas gdy kot wskakuje na blat, proszalnie wokalizuje egoizm, chodzi tylko o smaczki, nie chodzi o nic więcej, nie ma relacji, jest głód. Stoper w stepperze pokazał małe zaangażowanie. Wyobrazić sobie te wszystkie przedmioty same, kiedy się wyjdzie wreszcie na zewnątrz siebie, myśleć o nich zdecydowanie intensywniej niż zazwyczaj, usłyszeć, jak płacze biotop. I zamknąć już login do jałmużny, która robi dobrze darczyńcom, zwalnia ich z odpowiedzialności za słowa, które stają ością w gardle rozwartym na szerokość jamy, skąd dochodzą echa krzyków tych dzieci zamkniętych w śnieżnych kulach, które opadły na dno akwarium i toczą spory na grysie. Klęczą na grochu? Pukać, żeby wiedziały, że jest tam kto. Leczyć do momentu osiągnięcia równowagi. Wylać do ścieków w ostateczności.


[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.