5/2026

Olga Dwornik

Energia potencjalna

„Już na pokładzie. Dam znać, jak będę na miejscu”.

Początkowo zamiast kropki dałam po „pokładzie” wykrzyknik, ale gdy się mu przyjrzałam, wydał mi się zbyt entuzjastyczny. Lubię od czasu do czasu wyjechać gdzieś sama, ale nie lubię się do tego przyznawać.

Zanim włączyłam tryb samolotowy, przyszło jeszcze selfie – Marek nieogolony, Leon z wąsami po kakao. Szczerzyli się w piżamach na kanapie, z joystickami w dłoniach. Uśmiechnęłam się do nich i schowałam telefon.

Straciłam łączność ze światem i odurzył mnie spokój. Obejmował mnie fotel, śpiewała mi wentylacja. Nic nie musiałam.

Samolot nie był wypełniony, miejsce obok mnie było puste i położyłam na nim torebkę. Zerknęłam na drugą stronę rzędu. Pod oknem siedziała kobieta z maleńkim dzieckiem. Mogło mieć najwyżej dwa miesiące. To ledwie dość czasu, żeby wyrobić paszport, więc musiał to być jego pierwszy lot.

Nie ucieszyłam się na ich widok, ale zaraz zawstydziłam się tej reakcji. Teraz Leon chodził już do drugiej klasy, ale gdy po raz pierwszy leciałam z nim sama samolotem – na pogrzeb ciotki Klary – miał niespełna trzy miesiące. Pamiętałam jeszcze boarding z dzieckiem w ramionach. Niektórzy ludzie patrzyli na mnie tak, jakbym śmieciła w parku.

Kobieta odwróciła głowę w moją stronę, wymieniłyśmy uśmiechy. Wydała mi się nienaturalnie spokojna. Może to nie było jej pierwsze dziecko. Podobno przy drugim nie boisz się tak bardzo, że jeśli rozpłacze się poza domem, to świat się skończy.

Kiedy osiem lat temu ojciec zadzwonił do mnie z wiadomością o śmierci ciotki, poczułam wyłącznie panikę – że będę musiała zrobić rzecz niemożliwą i polecieć z Leonem samolotem. Czułam, że nie mogę lecieć. Wiedziałam, że nie mogę nie polecieć. Na kilkanaście godzin straciłam mleko i Marek otworzył awaryjną puszkę modyfikowanego, na najczarniejszą z godzin. Gdy podawał Leonowi butelkę, siedziałam w drugim pokoju. Nie mogłam na to patrzeć. A trzy dni później, z ogromnym nadbagażem, wybrałam się pożegnać ciotkę.


Ciotka Klara, piętnaście lat starsza od mojego ojca, nie miała własnych dzieci. Ale trzymała w domu wiele rzeczy specjalnie dla mnie – ręcznik w misie, pościel w serduszka, pachnące flamastry. Co roku przyjeżdżałam do niej w wakacje. Każde pomieszczenie jej mieszkania kryło w sobie coś mojego i wciąż odtwarzam obraz tych miejsc. Salon wysypuje się z szuflady pod telewizorem. Puzzle wypełzają na dywan. Teraz wydaje mi się zupełnie pozbawiony gustu, ale wtedy uwielbiałam wyplątywać z przesady jego linii i kolorów fantastyczne bestie. Kuchnia rozlewa się z kubeczka w kotki. Korytarz otwieram od parasolki z falbanką.

Ciotka to wzorzyste spódnice i pieprzyk przy roześmianych, umalowanych ustach. Pasowałby jej papieros. Ale w dniu moich narodzin rzuciła palenie, bo od tej chwili zawsze już mogłam zjawić się w jej mieszkaniu.

We wspomnieniach widzę ją przed pięćdziesiątką, ciotkę moich wakacji, nie późniejszą, którą widywałam rzadko, i nie późną, zniszczoną nowotworem.

Kochałam ciotkę, choć pewnie nie tak bardzo, jak ona mnie. Ale na pogrzebie nie płakałam. Nie musiałam się nawet powstrzymywać. Tak bardzo zaabsorbowana byłam Leonem, że na żałobę nie było już miejsca.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.