Początkowo zamiast kropki dałam po „pokładzie” wykrzyknik, ale gdy się mu przyjrzałam, wydał mi się zbyt entuzjastyczny. Lubię od czasu do czasu wyjechać gdzieś sama, ale nie lubię się do tego przyznawać.
Zanim włączyłam tryb samolotowy, przyszło jeszcze selfie – Marek nieogolony, Leon z wąsami po kakao. Szczerzyli się w piżamach na kanapie, z joystickami w dłoniach. Uśmiechnęłam się do nich i schowałam telefon.
Straciłam łączność ze światem i odurzył mnie spokój. Obejmował mnie fotel, śpiewała mi wentylacja. Nic nie musiałam.
Nie ucieszyłam się na ich widok, ale zaraz zawstydziłam się tej reakcji. Teraz Leon chodził już do drugiej klasy, ale gdy po raz pierwszy leciałam z nim sama samolotem – na pogrzeb ciotki Klary – miał niespełna trzy miesiące. Pamiętałam jeszcze boarding z dzieckiem w ramionach. Niektórzy ludzie patrzyli na mnie tak, jakbym śmieciła w parku.
Kobieta odwróciła głowę w moją stronę, wymieniłyśmy uśmiechy. Wydała mi się nienaturalnie spokojna. Może to nie było jej pierwsze dziecko. Podobno przy drugim nie boisz się tak bardzo, że jeśli rozpłacze się poza domem, to świat się skończy.
Ciotka to wzorzyste spódnice i pieprzyk przy roześmianych, umalowanych ustach. Pasowałby jej papieros. Ale w dniu moich narodzin rzuciła palenie, bo od tej chwili zawsze już mogłam zjawić się w jej mieszkaniu.
We wspomnieniach widzę ją przed pięćdziesiątką, ciotkę moich wakacji, nie późniejszą, którą widywałam rzadko, i nie późną, zniszczoną nowotworem.
Kochałam ciotkę, choć pewnie nie tak bardzo, jak ona mnie. Ale na pogrzebie nie płakałam. Nie musiałam się nawet powstrzymywać. Tak bardzo zaabsorbowana byłam Leonem, że na żałobę nie było już miejsca.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
