Fantazja o czytelniku obcującym z nieznanym projektem anonimowej autorki legnie jednak w gruzach, jeśli w choć średnim stopniu kojarzy on – ów czytelnik – co ważniejsze głosy współczesnej poezji lub jeśli zdobędzie się na trud wpisania nazwiska autorki w pasek wyszukiwarki. Może się wysilić jeszcze bardziej i przebrnąć przez recepcję krytyczną poprzednich dzieł Malek, bo między Szabrem pierwszym a drugim ukazały się Kord (2017), Karapaks (2020) i Obręcze (2022), pomińmy na razie Pracowite popołudnia (2010), i oswoić się z terminami, które w trakcie dzielącej Szaber i Szaber
Kontynuacja naskórkowego projektu czytelniczego mogłaby nas skłonić do obrania kolejnej drogi na skróty i sięgnięcia po którąś z archiwalnych interpretacji Szabru, ignorując trudności, jakie spiętrzył przed nami Szaber
Ostatecznie główny argument przeciwko obudowanej krytycznymi protezami próbie lektury sprowadza się do tego, że w ten sposób, zamiast podjąć się przeczytania Szabru
Uzasadniony wydaje się zarzut, że wnioski z poprzedniego akapitu można odnieść nie tylko do owego hipotetycznego modelu czytania, ale też do dotychczasowej struktury tego tekstu. Także moje rozważania charakteryzuje dotąd pewien rys ucieczkowości – odsuwania w czasie momentu starcia z rzucającym wyzwanie dziełem. Pytanie: „Jak czytać poezję Malek?” należy do standardowego repertuaru zabiegów krytycznych dotyczących tej twórczości. Wydaje się padać częściej nawet od pytań o znaczenia obecne w jej poezji, które nierzadko zbywa się uwagą o hermetyczności bądź niejednoznaczności. Pomocne może okazać się najpierw opisanie tego, jak ma się Szaber
Premiery obu książek dzieli jedenaście lat. Pierwsza składa się z trzydziestu wierszy, druga zawiera te same wiersze w nieco odmiennej konfiguracji z pominięciem dwóch, czyli w sumie dwadzieścia osiem, przy czym motto z nieobecnego Morderczego nastroju, w jakim się znalazłam autorstwa e.e. cummingsa ostało się na skrzydełku okładki. Z ostatniej strony okładki zniknął natomiast cytat z fragile, fragile Joanny Mueller. Pięć wierszy zmieniło swoją pozycję, w tym Przyszłość, która teraz zamyka książkę zamiast Zielonych kolibrów. W ponad połowie wierszy da się dostrzec różnego rodzaju dopiski bądź podmianki, bodajże w pięciu nie został zmodyfikowany układ wersów, a tylko dwa ostały się bez redukcji treści. To nie całość zmian, ale przerwę w tym momencie referowanie danych zebranych w procesie przeskakiwania wzrokiem między otwartymi obok siebie książkami, któremu bardziej odpowiada tabelka w Excelu (skąd rzeczywiście właśnie je przepisuję) niż narracja recenzji. Ćwiczenie z analizy literackiej okazuje się niepozbawione pierwiastka przyjemności, gdy uda się dostrzec kolejną niewielką różnicę, na przykład wymianę średnika na przecinek [s. 9, Sz2].
W tym trybie lektury, który bez większych oporów nazywam paranoicznym, pojawia się zarówno satysfakcja z dobrze wykonanej roboty, jak i przeświadczenie o wysokim stopniu opanowania omawianej materii. Niestety, także tutaj euforyczny charakter moich fantazmatycznych epifanii bierze się raczej z tego, że podświadomie dążę do uniknięcia konfrontacji z zagadką dzieła, fingując jej zgłębianie. Bo wnioski, jakie sformułować można po sporządzeniu nawet bardzo eleganckiej tabeli, sprowadzać się muszą do poziomu uwag, które o Obręczach poczynił Rafał Wawrzyńczyk: że literówki są albo ich nie ma7.
Potrzeba innej metody na uporanie się z wyzwaniem, jakie stawia Szaber II. Pytanie tylko, czy wystarczy wkroczyć na którąś z dobrze wydeptanych ścieżek lekturowych poezji Malek, żeby powiedzieć o omawianej książce coś ciekawego.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
