Regularne metrum i klasyczne formy – wcześniej kojarzone przede wszystkim z poetykami klasycystycznymi – już na stałe zadomowiły się w poezji najnowszej. Myślę tutaj o takich poetach i poetkach, jak Mateusz Żaboklicki, Wojciech Kopeć, Joanna Łępicka, Radosław Jurczak czy Filip Matwiejczuk. Odżywają trzynastozgłoskowce, poematy, sonety, sestyny i villanelle. Trudno ustalić jedną przyczynę tego zjawiska, ponieważ w każdej książce poetyckiej znajdziemy inne uzasadnienie wyboru danej formy. Nie zamierzam przedstawiać w tej recenzji kompleksowej analizy tego małego renesansu, bo jest to temat co najmniej na sążnisty artykuł naukowy. Odnotowuję jednak ten może nieco już oczywisty fakt, ponieważ w kontekście omawianego tomu kwestia formy jest zagadnieniem centralnym. Teraz bowiem do grona wyżej wymienionych dołącza Gustaw Owczarski ze swoją najnowszą książką Od dwóch dni z mieszkania. Jego debiut – Trap Krypt (Fundacja Kontent, 2023) – wskazywał już na zainteresowanie metrum i brzmieniem wiersza (chociażby poprzez wykorzystywanie rytmu w taki sposób, aby tekst przypominał słowa utworu rapowego). Ostatecznie jednak był zbyt nieokiełznany i dość chaotyczny. Debiut nie do końca przygotował nas zatem na to, co znajdujemy w drugim tomie Owczarskiego.
Od dwóch dni z mieszkania to książka skonstruowana z chirurgiczną i niepokojącą wręcz precyzją, poemat złożony z dwudziestu trzech części (numerowanych cyframi rzymskimi). Każda z nich zawiera trzy, za każdym razem tak samo zbudowane wiersze: cztery dystychy 12 (6+6) i dwa dystychy również 12 (6+6) złożone z fraz wykorzystanych w poprzednich czterech strofach. Dodatkowo, co trzy takie „rozdziały” pojawiają się prozy zatytułowane Wspomnienia dzieci przyszłości. Część następująca po ostatniej, siódmej prozie składa się już nie z trzech, a z dwóch „rozdziałów”.
Nie bez powodu użyłam słowa „niepokojący”. Takie wrażenie wywołuje bowiem konsekwentnie stosowany rytm dwunastozgłoskowca ze średniówką po szóstej sylabie. Bardziej oswojeni jesteśmy z wariantem 12 (7+5), który rozpowszechnił Jan Kochanowski. Symetria formatu 12 (6+6) brzmi nieco nienaturalnie, za krótko, jakby dziecko recytowało w szkole na zaliczenie wierszyk i się przy tym zacinało. Żeby pokazać dokładnie, o co mi chodzi, cytuję w całości pierwszy wiersz:
Powtórzyć trzy razy kamień w zgięciu łokcia
Coś jak szkic do traumy. Arbitralna kropka
Stawiam ją i siebie w drzwiach skóra framuga
Łokieć się prostuje. Sam nie wie, czy słuchać
Z łokcia spada kamień kładzie na podłodze
W pół drogi do łóżka. Kiedy już nie mogę
Wstać i słyszę z góry śmiech, w którym usiądziesz
Przypominasz ciało. Zagięte jak łokieć
Łokieć się prostuje. W pół drogi do łóżka
Sam nie wie, czy słuchać. Arbitralna kropka
Kiedy już nie mogę. Zagięte jak łokieć
Przypominasz ciało. Coś jak szkic do traumy
Rytm w połączeniu z przerzutniami („Kiedy już nie mogę // Wstać i słyszę z góry…”) tworzą wrażenie zacinania się wiersza, potykania i szybkiego odzyskiwania równowagi. Dodatkowo Owczarski zastawia czasem pułapki, które jeszcze bardziej nadszarpują tok tych utworów i których obecność zapowiada już w pierwszym wierszu „arbitralna kropka” oraz wers: „Kiedy pierwsze słowo. Zawiera dwa zdania”. Polegają one na wzajemnym zwalczaniu się rytmu i interpunkcji. Tak na przykład w części X czytamy:
Na ulicy obok mnie tramwaj przejeżdża
Bo go urodziłaś. Krzywo i przejęta
Czekasz dwie ulice dalej mnie przejeżdża
Tramwaj urodziłaś. Się sama bez matki
W pierwszym wersie brak przecinka sugeruje, że tramwaj przejeżdża obok podmiotu. Natomiast średniówka występuje po wyrazie „obok”, a pierwsze słowo po średniówce to długi, akcentowany zaimek „mnie”, co znaczyłoby, że tramwaj przejeżdża po bohaterze („Na ulicy obok || mnie tramwaj przejeżdża”). Czytelnik natrafia zatem na dylemat: czy bardziej zawierzyć rytmowi, czy interpunkcji? Druga strofa wcale nie udziela odpowiedzi, tylko podsuwa kolejne zagadki. W pierwszym wersie mamy dwa zdania składowe, które powinny być oddzielone przecinkiem, co wskazywałoby na to, że mamy do czynienia z wypadkiem („Czekasz dwie ulice, || dalej mnie przejeżdża”). Ale tak nie jest i gdyby tego było mało, to ostatni z zacytowanych wersów burzy wszystko, bawiąc się łączliwością międzywyrazową. Pojawia się bowiem wątpliwa przerzutnia („przejeżdża // Tramwaj”), wątpliwa, bo „tramwaj” może łączyć się także z „urodziłaś” (na co wskazuje poprzedni dystych). A do tego mamy jeszcze pośredniówkową część wersu „Się sama bez matki”, która oczywiście też tworzy połączenie z „urodziłaś”.
Napięcie między interpunkcją a rytmem jest właściwie napięciem między tym, co „dla oka”, a tym, co „dla ucha”. Owczarski kreuje sytuacje, w których oba te porządki wchodzą ze sobą w konflikt i nie wiadomo, któremu z nich zaufać. W wierszu napięcie to jest widoczne, natomiast w prozie – zanika. Dlatego cykl Wspomnienia dzieci przyszłości tak bardzo kontrastuje z hipnotyzującym niemal tokiem poszczególnych „rozdziałów”. Choć prozę da się zrytmizować (tak jest np. we Wspomnieniach dzieci przyszłości VI), to rytm ten nie jest tak słyszalny i sugestywny jak w poezji. Przejście od wiersza do prozy u Owczarskiego polega na wykreśleniu jednego planu – tego „dla ucha”.
Regularna budowa wierszy (zarówno w zakresie metrum, graficznego zapisu strof, jak i zawartości dwóch ostatnich dystychów każdego utworu) nie jest jednak zwykłym stroszeniem piórek i służy Owczarskiemu do bardzo konkretnych celów. Aby to doprecyzować, muszę jednak najpierw określić, jaki właściwie jest temat tej książki. To zadanie niełatwe, bo wątków jest dużo: epizod depresyjny, stany lękowe, objawiające się np. obsesyjnym przywiązaniem do konkretnych mebli w mieszkaniu, związek, który ma lepsze i gorsze momenty, reakcje na aktualne wydarzenia, jak morderstwo na kampusie głównym UW i okupacja DS „Kamionka”, a czasem po prostu kontemplacja Boga i życia. Natomiast tematem‑parasolem, który spaja wszystkie wyżej wyliczone, jest pamięć.
Owczarski sygnalizuje zainteresowanie tym zagadnieniem już w pierwszym „rozdziale”: „To praca pamięci // Widzieć proste ramię, jak powtarza zgięcia / Kiedy pierwsze słowo. Zawiera dwa zdania:”. Każdy wiersz w tej części zaczyna się także od słów „powtórzyć trzy razy”. Powracanie tej deklaracji wprowadza kluczowy dla tej książki temat – powtórzenia. Właściwie cała książka jest na nich oparta. Po pierwsze, mamy regularny rozkład wierszy i próz. Po drugie, wiersze porządkuje wyżej opisana konstrukcja, w której dwa ostatnie dystychy zawsze mielą słowa, które pojawiły się w poprzednich czterech strofach. Po trzecie – rytm, który też jest przecież mechanizmem powtórzenia, zawsze przygotowuje nas na to, co będzie w kolejnym wersie.
O powtórzeniach pisał jakiś czas temu Wojciech Kopeć w Teorii sestyny:
I teraz – pomyśleć o powtórzeniach jak o czymś przypierającym słowa do muru, przygniatającym je, bijącym je teleskopową pałką, by te powiedziały możliwie najwięcej. W taki sposób niespodziewanie wyłania się cała teoria powtórzeń jako mocowania się z tworzywem, jako coraz rozpaczliwsze próby zaczerpnięcia powietrza i nagle okazuje się, że to przecież nie tylko przynależna sestynie własność.
Spostrzeżenia te z całą pewnością znajdują potwierdzenie w strategii poetyckiej Owczarskiego. Decydując się na taką konstrukcję, w której w dwóch ostatnich dystychach każdego wiersza wracają wcześniej wykorzystane frazy, autor popycha sam siebie do kolejnych eksperymentów z interpunkcją i łączliwością międzywyrazową. Do takiego ułożenia słów, aby te przy powtórzeniu „powiedziały możliwie najwięcej”. Ale to nie wszystko. W Od dwóch dni z mieszkania Owczarski próbuje bowiem cały czas prześledzić podobieństwa między dwoma typami pamięci – pamięcią wiersza i pamięcią ludzką. Pierwsza jest konsekwentna i działa według ściśle określonych zasad. Druga jest bardziej nieokiełznana, mniej regularna. A jednak fragment o „coraz rozpaczliwszych próbach zaczerpnięcia powietrza” odnieść można także do głównego (bo nie jedynego) podmiotu tej książki. Jest tak, ponieważ pamiętanie u głównego podmiotu również opiera się na rejestracji powtórzeń w rzeczywistości („To praca pamięci // Widzieć proste ramię, jak powtarza zgięcia”).
Pamięć wiąże się u Owczarskiego z obsesją. Podmiot mówi sobie: „powtórzyć trzy razy”, jak gdyby ze strachu przed tym, żeby na pewno nie zapomnieć, niczego nie pominąć. Zachowanie to odsyła do zaburzeń lękowych, konkretnie do zaburzeń obsesyjno‑kompulsyjnych. Taki charakter ma także chorobliwe wręcz przyzwyczajenie do obiektów w mieszkaniu, np. do szafy (część VIII) czy do suszarki (część XII). Lękliwość podmiotu potwierdzają także pojawiające się w prozach dzieci przyszłości: „Mama czasami o tym wspominała i czasami bała się wychodzić z domu, tata często o tym wspominał, ale już wcześniej bał się wychodzić z domu”. Mowa tutaj o morderstwie na kampusie głównym UW, a zatem traumie, która naznaczyła rodziców. Natomiast u Owczarskiego trauma, a przede wszystkim lęki, są przechodnie – i o tym właśnie opowiadają zamieszczone w tomie prozy. W obrębie całej książki poszczególne części cyklu funkcjonują jak wspomnienia, więc zbierają oraz rozwijają i/lub dyskursywizują wątki, które pojawiają się w wierszach. Dodatkowo dzieci, tak jak ich ojciec do innych mebli, obsesyjnie przyzwyczajone są do kanapy, która stanowi dla nich centrum mieszkania. Mamy zatem ponownie do czynienia z powtarzaniem i odtwarzaniem. Z innej strony jednak dzieci przyszłości to byty hipotetyczne, a ich wspomnienia to tak naprawdę zapośredniczenie teraźniejszości podmiotu. W związku z tym Wspomnienia… są tak naprawdę realizacją kolejnego lęku, dotyczącego niezdolności do wychowania dzieci i przeniesienia swoich zaburzeń na nie.
Na całe szczęście to się nie dzieje. Poemat kończy się nie kolejną częścią cyklu, ale „rozdziałem” wierszy, w których podmiot mówi:
Mam ciebie jak pamięć oraz dach jak umysł
Gadamy o dzieciach. I śni mi się przetarg
Na blok, w którym mieszka się dobrze, nie trzeba
Być teraz przy kasie. Wygrywam go tobie
I w kolejnym wierszu:
Mam ciebie jak umysł oraz dach jak pamięć
Rozpisujesz projekt, siedzisz z nim do późna
[…] Aż wreszcie powstaje
Nasz blok – posiadanie – o którym zapewniasz
Że jest tylko nasze […].
Tak jak wcześniej wspominałam, po ostatniej części cyklu Wspomnień… pojawiają się już tylko dwa „rozdziały” wierszy, a zatem regularność w budowie książki zostaje rozluźniona. Oprócz tego znikają dzieci przyszłości jako niezrealizowane lęki, o dzieciach się gada i myśli, ale już w inny, mniej lękowy sposób. Owczarski nie zostawia nas z ckliwym zakończeniem. Na samym końcu mamy jedynie sen o posiadaniu mieszkania (co jest obecnie chyba największym marzeniem dla wielu ludzi). Otuchy dodaje to, że sam mechanizm powtórzeń udało się w jakimś stopniu przełamać. Chociaż czy na pewno, skoro pojawia się miejsce na nową obsesję – obsesję posiadania na własność?