Jeszcze intensywniej niż w debiutanckim Misterium w Trzech dniach, trzech nocach autor wykorzystuje religię nie tylko jako inspirację stylistyczną i źródło sztafażu ornamentacyjnego, ale przede wszystkim jako podstawę do budowania napięć. Czarnik jest jednym z najbardziej sekularnych spośród polskich młodszych autorów. Posługuje się bowiem Biblią jak mitologią, poszukując w niej intrygujących historii, które będzie mógł po swojemu przebudować. Jednocześnie zaś wprowadza do własnych powieści kod, który dla większości czytających jest zrozumiały i w jakiś sposób oswojony. Na takiej płaszczyźnie porozumienia szybko można tworzyć liczne wersje, przekształcenia i zmiany. Ważne jednak, żeby w trakcie lektury zarówno Misterium, jak i Trzech dni, trzech nocy nie pozostawać wyłącznie na tym pierwszym etapie, czyli rozpoznania kodu, bo nie tutaj leży sens pisarstwa Czarnika. Z odkrycia, że osoba niebinarna jest w Misterium wzorowana na figurze Jana Chrzciciela, właściwie niewiele wynika – cała robota interpretacyjna zaczyna się później. Podobnie jest w Trzech dniach… – gdzie cała historia opiera się na motywie winy i wstydu, a z tej przyczyny musi zaczynać się od Kaina i Abla.
Mit zabójczej braterskiej rywalizacji Czarnik zamienia w historię rodziny. Biblijne wyliczenie kolejnych pokoleń i stojących na ich czele synów – potomków Seta – służy mu jako punkt wyjścia dla opowieści o wiejskich przodkach z Czucza. Bardziej interesuje go bowiem przemiana pokoleń, budowanie życia na przekór winie i jednoczesne tej winy dziedziczenie. W społeczeństwie osób przeżywających swoje terapie, poszukujących dziedziczonej traumy, krzywdy i wstydu, Czarnik porusza się płynnie. Jego powieść jednak ma za zadanie wyszydzić te śledztwa klasy średniej, bo warstwa, z której sam się wywodzi, ma owych krzywd na pęczki. Nie da się powoływać na Trzy dni… w walce o terapeutyczne wykorzystanie pańszczyzny, ale książkę można czytać jako opowieść o silnej zindywidualizowanej potrzebie trwania na przekór wszystkim lub poddawaniu się w obliczu przeciwności. Bohaterowie Czarnika są wyraźnie przez niego opowiadani, uprzedmiotawiani, umieszczani w szeregu wyliczeń i syntetycznym streszczeniu historii domowej ostatnich stu lat. Są oni bowiem często ofiarami historii i nierówności klasowych, nigdy jednak o tym nie wiedzą i za wszelką cenę, zwłaszcza w młodości, walczą o poprawę bytu i osobiste szczęście. Autor, podkreślając swoją obecność w tekście poprzez liczne przekleństwa i nowoczesne wtręty językowe w partiach poświęconych
Historia domowa i chłopska zostaje tu zamieniona w ciąg winy i wstydu, jednocześnie zaś w tle odbywa się rozbiórka mitu. Nad wszystkim króluje głos Seta, potomka Adama i Ewy, młodszego brata Abla, który w powieści ginie przed jego urodzeniem. U Czarnika nie ma Kaina – autor pozbywa się go jako postaci zbyt wymyślonej, za daleko posuniętego fabularnego chwytu. Jego imię znika w połowie powieści, by pojawić się tylko w trybie demaskacji: „przecież żadnego Kaina nie było, był jedynie Abel, którego moi rodzice najpierw nie chcieli”. Jest tylko zmarły w dzieciństwie Abel i urodzony po nim Set, a ten pogrobowy brat potrafi opowiedzieć nam całą historię pogrzebu starszego.
Set zabiera w powieści głos, by odkryć prawdę, zdemaskować samego siebie i własne opowieści. On to bowiem – jak twierdzi na początku – zmistyfikował całą opowieść domową:
Bohater jest tu niczym Bóg, który tworzy opowieść o kolejnych pokoleniach, a także o samym sobie – założycielu ludzkości, prawdziwym, biologicznym jej stwórcy, który żył dziewięćset dziewiętnaście lat i miał mnóstwo dzieci.
Czarnik mnoży warstwy narracyjne, wprowadza mit do mitu, fikcję do fikcji; podkreśla i podkręca ich obecność oraz sprzeczności między nimi. Oto bowiem mit o wygnaniu z raju zderza się z konfliktem między matką i teściową: Ewa grozi mężowi rozstaniem, jeśli nie odejdą z domu, w którym starsza kobieta włada niepodzielnie i nieustanie krytykuje młodszą – wykwalifikowaną robotnicę, niezbyt sprawnie jednak obsługującą gospodarstwo wiejskie. Mit o Kainie i Ablu zderza się z opowieścią domową o małym Ablu, który umiera w wyniku wypadku, poparzony gorącą wodą pozostawioną przez babkę w kuchni. W końcu mit o Secie, jurnym i płodnym założycielu rodu ludzkiego, spotyka się z historią współczesnego Seta – bezrobotnego impotenta. Jego biblijna żona Noba pojawia się tu jako barmanka z krakowskiej knajpy, oblegana przez innych klientów, chętna, atrakcyjna i niezdobyta. Set próbuje się do niej zbliżyć, ale ataki paniki oraz niezdolność do odbycia stosunku skutecznie mu to uniemożliwiają. Tytułowy okres trzech dni i trzech nocy dotyczy właśnie żałoby po tym związku. Kiedy Noba odsyła Seta po raz ostatni, nie ma już mitu, pozostaje tylko nagie, pojedyncze ciało, radykalnie słabe i przedstawione przez Czarnika jako niesprawne. Set wraca do domu, zamyka się w pokoju, zagrzebuje w pościeli i znika. Nie ma nawet potencjału na mit ani żadnej heroicznej biblijnej historii o Szatanie, Bogu czy upadłych aniołach, którą można byłoby przykryć własny wstyd. Wypędzenie z raju w tej powieści dokonuje się tak naprawdę w kolejnym pokoleniu – to nie Adam i Ewa zostają wygnani, a dopiero Set. To jego historia okazuje się żenująca, współczesna, pozbawiona jakiegokolwiek elementu, na którym dałoby się wyhodować mit.
Autor opowiada w wywiadach, że z pierwotnej wersji powieści ocalała niewielka tylko część, dużo krótsza, około stuczterdziestostronicowa. Na tej przestrzeni udaje mu się utrzymać pędzące, hipnotyczne tempo narracji. Nie ma szwów między partiami stylizowanymi na Pięcioksiąg i tymi, które w satyryczny sposób je komentują, ujawniając współczesny kontekst. Czarnik porusza się pomiędzy nimi szalenie sprawnie, szybko i płynnie, jakby te wymyki były figurami gimnastycznymi, które pisarz ćwiczył już od dawna. Nieoczekiwane, absolutnie dzisiejsze wulgaryzmy budują dystans do historii rodzinnej, opowiadanej przez zagrzebanego w pościeli Seta, ostatniego dziedzica bosko‑chłopskiego rodu. Mit dla Czarnika jest bowiem czymś zupełnie innym niż dla wcześniejszych i współczesnych mu autorów z nurtu chłopskiego. Sam Czarnik zaś jest wiejskim ateistą – nie ma tu wiary w ziemię, w moc natury, która pojawia się tylko jako źródło głodu, zimna i przemocy. Paradoksalnie, im więcej tu starotestamentowych figur, tym bardziej laicki efekt udaje mu się osiągnąć; im więcej dziedziczenia, tym bardziej bezpłodna jest jego opowieść.
