5/2026

Dariusz Nowacki

Jul nie chce spać

Ponieważ od publikacji Azardu do chwili, kiedy kreślę te słowa, minęły cztery miesiące, nie sposób udawać, że nie znam treści krytycznoliterackich komentarzy poświęconych powieści Pawła Kozioła, opinii – zaznaczmy – zasadniczo ciepłych i afirmatywnych, z którymi nie zamierzam polemizować. Nie ma takiej potrzeby – Azard to udany, wartościowy utwór, jeden z lepszych w polskiej prozie spośród tych opatrzonych ubiegłoroczną datą. Zaczynam od przywołania dotychczasowej recepcji tej powieści z innego powodu. Otóż zainteresował mnie istotny, jak sądzę, dwugłos. Opiniodawcy z grubsza podzielili się bowiem na tych, którzy poszli za głosem motta – słowa Piłsudskiego: „Słowacki, jako żywa prawda, jest między nami” – a więc uwierzyli w „długi cień, jakim romantyzm kładzie się na naszej – polskiej – współczesności”, jak głosi fraza z okładki, oraz na tych, którzy odnieśli się do tej sugestii sceptycznie. I tu od razu wypada odsłonić własne stanowisko – należę do drugiej partii; jestem nieufny.

Paweł Kozioł wziął na celownik nieco zapomniane, acz na poziomie faktograficznym dobrze opisane, zdarzenie z października 1923 roku, kiedy to doszło do potężnej eksplozji prochu strzelniczego w Cytadeli Warszawskiej. Spore zniszczenia i duża liczba ofiar śmiertelnych, notabene w większości przypadkowych i cywilnych, choć zdarzenie miało miejsce na terenie jednostki wojskowej, to raz. A dwa – co o niebo ważniejsze – jak przeszło sto lat temu, tak i dziś zagadki i osobliwości związane z tą katastrofą wciąż intrygują: przede wszystkim niemożność ustalenia przyczyny (samozapłon, przypadkowe zaprószenie ognia czy zamach?) oraz szybkie i z gruntu podejrzane „ujęcie” rzekomych sprawców (czy raczej inspiratorów?), gdyż obaj pochwyceni wówczas polscy oficerowie w feralnym dniu przebywali za kratkami. Dopowiedzmy, że byli więzieni za nielegalne podówczas ciągoty komunistyczne.

Cała ta historia to problemowy samograj. Ileż tu świetnych kwestii do literackiego opracowania: nastroje społeczne z początku państwowości II RP, antykomunistyczne obsesje tamtej epoki, manipulacje i machinacje ówczesnych polityków, intrygi sądowe i sejmowe, spiski, zarówno realne, jak i wyimaginowane, a gdzieś w tle aktywność obcych służb powiązanych z sowieckim poselstwem w Warszawie. Jeżeli do tego dodamy dyskurs psychologiczno‑moralny, kwestię położenia i postaw nie tylko oskarżonych o zamach, lecz także śledczych (policyjnych i wojskowych), w ogóle osób zamieszanych (raczej wrobionych) w tę sprawę, to widać wyraźnie, że to materiał nad wyraz okazały, zachęcający, by na jego podstawie stworzyć niezłą powieść sensacyjno‑historyczną. Powiedzmy, rzecz w guście prozy Władysława Terleckiego, który swego czasu znajdował upodobanie właśnie w tej formule powieściowej. Jasne, to formuła mocno dziś zakurzona, toteż zaktualizujmy ją nieco: coś w guście podziwianych do niedawna kryminałów retro albo – to przykład chyba najlepszy, bo konkretny – Króla Szczepana Twardocha. Możliwości i wariantów jest naprawdę sporo.

Rzecz jednak w tym, że Paweł Kozioł to pisarz ambitny. Po pierwsze thriller polityczno‑sądowy w odmianie retro nasycił fantastyką, obsadzając w roli gospodarza tej opowieści Juliusza Słowackiego. Co ważne – nie jego ducha czy zjawę – w dniu katastrofy Jul leży w grobie na paryskim Montmartrze; dopiero cztery lata później zostanie stamtąd wydobyty i przeflancowany na Wawel – lecz demiurga o nieograniczonych prerogatywach, który w zasadzie steruje tym, co się dzieje w Warszawie. Nie tylko sufluje bohaterom ich wypowiedzi, ale też decyduje o ich ruchach, pociąga za sznurki niczym kapryśny kreator, co to dramy układa i bawi się ludzkimi losami. Nawiasem mówiąc, w epoce Słowackiego tytułowy „azard” to właśnie los, jego koleje, niespodziewane przygody, a dopiero w drugim znaczeniu – bliższym dzisiejszym słownikom i z przywróconym „h” – ryzyko. Słowem, chodzi o niemetaforyczny sens przytoczonego przed chwilą aforyzmu Piłsudskiego: u Kozioła autor Króla‑Ducha rzeczywiście „jest między nami” czy też, precyzyjniej rzecz ujmując, między naszymi przodkami sprzed stulecia.

Po wtóre – nadal myślę o ambicjach pisarza – mamy tu do czynienia z dość skomplikowaną, polifoniczną, jak gdyby rozkawałkowaną strukturą narracyjną, która sprawia, że Azard lokuje się na antypodach literatury popularnej – pożeracze fabuł odejdą z kwitkiem. Nie chodzi o to, że Kozioł zawodzi jako storyteller (smykałki Twardocha na pewno nie ma), idzie o to, że osadza swoją wypowiedź w innych rejestrach. Nie ma być ona przyjazna czytelnikowi i rzeczywiście gładka nie jest. Ale jest też sprawa ważniejsza. Otóż Kozioł, jeśli wolno się tak wyrazić, aspiruje do wejścia w główny, do niedawna odczuwany jako elitarny, nurt polskiej kultury. Chodzi oczywiście o wielowątkową debatę na temat żywotności lub wyjałowienia i ostatecznego bankructwa tak zwanego paradygmatu romantycznego, a właściwie o szczególny wariant tej debaty. Bo oto Jul z kart Azardu pragnie „Polski krwawej i okrutnej”, formułuje apoteozę przemocy tyleż politycznej, co ulicznej, przekonuje, że w polskość wmontowany został gen autodestrukcji i że jest on nieusuwalny. Innymi słowy, Koziołowi bliżej jest do śmiałych i szalonych tez, którymi kilka dekad temu ekscytowali się polscy inteligenci pochyleni nad książkami Jarosława Marka Rymkiewicza, niż do przewrotnego Witolda Gombrowicza jako krytyka romantyzmu. Nie upieram się przy wymienionych tu parantelach czy tradycjach, mniejsza o ich trafność. Pewne jest jedno: to najwyższa ideowa półka, pierwsza liga historiozoficznego namysłu. Sęk w tym, że wyłącznie w ujęciu historycznym. Chcę przez to powiedzieć, że gdyby komentowana tu powieść ukazała się, załóżmy, trzydzieści bądź czterdzieści lat temu, zostałaby ozłocona. Z pewnością rozpoznano by w niej kolejne ogniwo w pochodzie arcyważnych i arcypolskich dzieł, w których sproblematyzowano – jak się wtedy sądziło – kwestie elementarne, absolutnie rdzeniowe, zorganizowane właśnie wokół owego „długiego cienia” romantyzmu.

W ten sposób dotarłem do zasygnalizowanej wcześniej nieufności. Zaktywizowany Jul, ożywiony nie tyle elektrycznością, jak monstrum doktora Frankensteina, ile wyobraźnią i erudycją warszawskiego pisarza, jakoś mnie nie przekonuje. To znaczy jako wyrafinowany koncept podporządkowany grze literackiej – jak najbardziej, ale jedynie w tym trybie. Przykro mi, nie potrafię odnieść się do dziedzictwa (inspiracji?) krwawego Jula z powagą. Przy okazji wypadałoby zapytać, skąd się wziął Słowacki jako patron przemocy. Pewnie z jakichś interpretacji znawców polskiego romantyzmu – nie znam zagadnienia, ale nie wykluczam.

Bez wątpienia Paweł Kozioł niczego nam nie ułatwia. Trudno z jego powieści wydobyć sygnały pastiszowości czy w ogóle jakieś oznaki dystansu. Te ostatnie – jeśli już – są nieliczne. Nie wiem też, czy są one zamierzone. Dajmy na to, ulokowany w finale powieści opis podróży Jula z portu w Gdyni do krypty wawelskiej szczerze mnie rozbawił, ale może nie powinien. Wypada zaakcentować: pisarz nie steruje odbiorem, nie rozstrzyga, czy mamy do czynienia z żartem, czy z tak zwanym głębszym znaczeniem. Sugeruje raczej, że jedno nie wyklucza drugiego. I jeśli miałbym wymienić najważniejszą zaletę Azardu, byłaby nią zdolność do generowania dezorientacji. Zaiste rzadka to dzisiaj sytuacja: autor daje nam utwór bez instrukcji obsługi, traktuje czytelnika po partnersku. Poza tym pisze ładnie. Jego imitacje polszczyzny z początku lat 20. ubiegłego wieku są zgrabne, a stylizacje oparte na pismach Słowackiego co najmniej staranne. I znów – w trakcie lektury radochy miałem sporo. Na przykład w miejscu – by dać choć jedną ilustrację – w którym Jul troszczy się, by listy jednego ze skazańców do żony były przejmujące i eleganckie, „jakbym sam, żywy jeszcze, korespondował z matką”. „Troszczy się” znaczy tu, że nie tyle zza grobu steruje ręką piszącego, ile prowadzi ją, przebywając z nim w jednej celi. Świetny greps!

Paweł Kozioł Azard
Wydawnictwo Drzazgi,
Okoniny 2025, 380 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.