Na razie bezskutecznie. Powieść nuży mnie, irytuje, choć bywa znakomita. Miasto za to bardzo ładne – zanadto ładne. W nadmorskich partiach jest eleganckie i osłabione kurortem, rozciąga się rozkosznie wzdłuż Promenade des Anglais, czaruje hotelami i restauracjami, znużonym spacerowiczom podsuwa niebieskie krzesła. Opera nad plażą, przed operą Plage de l’Opera – przysiadamy, a ja myślę: czy to jakaś metafora? Notuję dla porządku, choć właściwie po to, żeby zakłócić porządek. Opera zamknięta, morze koncertuje niestrudzenie, grzechocze po kamienistej plaży. Replika statui wolności przy Quai des États‑Unis podtrzymuje dzielnie sojusz transatlantycki. Wzdłuż brzegu można dojść aż do lotniska. Kolejne plaże noszą imiona Sporting i Blue Beach. Aż nasuwają się te wszystkie suchary, że „so nice”, ale nie, bądźmy poważni. Pod białą fasadą Le Negresco narzuca się czarna legenda o Isadorze Duncan – tutaj, dziewięćdziesiąt dziewięć lat temu (we wrześniu 1927 roku), długi jedwabny szal wkręcił się w szprychy ruszającego kabrioletu i udusił tancerkę – ale nie, trzymajmy poziom. Wielką, pstrokatą figurę Milesa Davisa zamieniono na inne dzieło Niki de Saint Phalle, Large Yelling Man Totem: wykrzywiona w panicznym grymasie twarz, długa złota czapka, po której pełzną czerwony pająk i zielony jaszczur. Nicea nie robi sobie wiele z takich grymasów, chce być świetna i jest świetna, wręcz ponadświetna. Dobrze jej w lazurze i ona o tym wie, roztacza blask i śmieje się w Epoce.
Nie mam pojęcia, dokąd zaprowadzi mnie to czytanie, to pisanie miasta. Poruszam się po omacku, choć patrzę uważnie. Dalej od morza Nicea odzyskuje oddech i konsoliduje się. Miesza jej szyki wzgórze zamkowe – niemal idealne, bo zalesione i bez zamku, z pawilonami, w których Nietzsche dumał nad Ecco homo. To ją wytrąca z rytmu, nagle rozprasza się i gubi w zieleni, po czym rozdrobniona, wymiętoszona, opada w stronę portu boleśnie i obleśnie. Wokół muzeum sztuki nowoczesnej uprzestrzennia się i ponownie organizuje. Przez chwilę udaje Paryż, lecz nim nabierze rozmachu, musi wspinać się na alpejskie zbocza, a wyżej, gdzie znowu zaczyna być sobą, niespiesznie rozsypuje się w kurorty, pałace i kasyna. Jest w tych zmaganiach coś wzniosłego i coś zwyczajnego, choć wydawałoby się, że jedno wyklucza drugie.
Nakłada się na to miasto równoległe, powieściowe. Oba miasta stykają się zapewne tu i ówdzie. Muszą istnieć punkty zszycia – miejsca, w których Le Clézio, niby tapicer, przyszył do siebie obie przestrzenie. Przez chwilę mam wrażenie, że natrafiam na jedno z nich – w dzielnicy Riquier, gdy patrzymy, jak wielki hangar wypluwa z siebie karnawałowe lalki wybudzone z zimowego snu, podrygujące mechanicznie do La Isla Bonita Madonny – to wrażenie jednak rozpływa się w falowaniu tłumu i wirowaniu konfetti, we wrzaskach dzieciarni. Zresztą monstrualne kukły wracają do domu; otwarcie karnawału opóźniają ulewy, ażeby się nie dopełniło. Świat miał się wywrócić na nice, a trwa dalej, niezmienny. Tej dodatkowej, nadliczbowej nocy nie wydarza się wiele: deszcz pada na opustoszałe miasto, a ono moknie. I tyle, rien de plus. Natomiast w mieście równoległym, do którego można wejść przez powieść, nie pada, choć trwa potop. I nie ma karnawału, choć wszystko jest na opak.
To nieznośnie napuszona i pretensjonalna powieść. Od początku jest jasne, że wkraczamy na ścieżkę oderwania i wyrzeczenia, że François upodabnia się do ascety, proroka albo męczennika. Że to poszukiwanie łaski, wędrówka ku nicości. Zaskoczeniem może być to, że toniemy w blasku, a tytułowy potop ma znaczenie symboliczne… O ile to jest nas w stanie zaskoczyć po trzystu stronach pielgrzymki. A jednak nie jest to droga przez mękę, przynajmniej dla mnie – prawdopodobnie dlatego, że mam wysoką tolerancję na egzystencjalizm, jego banał i patos. Również tytuł może oznaczać różne rzeczy. Albo zniszczenie skażonej rzeczywistości – tutaj mówię „pas” – albo doświadczenie świata nadmiarowego. A tu czuję się jak w Mdłościach Sartre’a, czyli jak w domu.
Weźmy taki fragment: „Miasto było niezwykłym wirem, którego należało doznawać w każdym pociągnięciu, w każdym uderzeniu. […] Miasto było niewyczerpanym morzem, a jego kołysanie niosło harmonię – nie tę, którą znaliśmy, rozumną zgodę między życiem a śmiercią czy wiarę w granice, lecz harmonię potworną, jedyną, całościową, której nikt sam nie mógł zobaczyć”. Zalew bodźców, który przyprawia o bezdech! Obezwładniający kontakt z galaretowatym bytem, absurdalnym i niepoznawalnym! Tak, to moje niegdysiejsze zachwycenia i przerażenia. Albo to samo w mniejszym kadrze, gdy François obserwuje w osłupieniu pejzaż za oknem: „Kilka metrów nad ziemią panował pustynny bezruch. Domy wznosiły wysokie, milczące fasady, w powietrzu nie było nic prócz samotności i pustki. […] Pod ziemią było tak samo. Pod skorupą asfaltu wybijaną krokami, maltretowaną oponami, rozwijała się z cichym trzaskiem pustynia – ogromna, czarna, watowata”. Tak, pod brukiem nie ma plaży, tylko sucha, sypka nicość! W momencie publikacji powieści jej autor ma dwadzieścia sześć lat; przez chwilę czuję się jego rówieśnikiem.
Jednocześnie nie mogę się pozbyć wrażenia, że obcuję z podróbką Sartre’a. Widzę szereg podmian: na przykład kontemplowaną w osłupieniu przez Roquentina poręcz fotela zastępuje szklanka z piwem. „Najpierw postanowił zbadać ją całkowicie, nauczyć się jej na pamięć. Potem spostrzegł, że szklanka nieustannie zmienia kształt; wydłuża się, nadyma jak bańka mydlana, kurczy; staje się spiczasta, przewraca się, przeistacza w kwadrat. Nigdy nie mógł jej poznać; musiał zadowolić się widzeniem, widzeniem na nowo w każdej sekundzie, bez nasycenia. Żółć stołu. Żółć. Szklanka. Piana. Maleńkie pęcherzyki pękające. […] To była rzeczywistość; niewyczerpana. Żadne słowo, żadna idea, nawet żadne wrażenie nie mogło jej oddać”. I tak dalej, przez kilka stron, bo Le Clézio nie szuka skrótu, szuka objawienia. Mnie to jednak nie przeszkadza, mógłbym w nieskończoność wczuwać się w tak bliskie mi doświadczenie kosmity zdesantowanego pośrodku zwyczajnego życia. Nie umiem natomiast wyprawiać się w drugą stronę, a Besson i owszem, umie, zwłaszcza wtedy, gdy jedna się z uniwersum: „To był właśnie sekret życia wiecznego. Oddychać. Nigdy się nie zatrzymywać. Oddychać wespół ze światem. Oddychać w morzu, oddychać w sercu skał, w aureolach chmur, pośród czarnej pustki, przez którą suną galaktyki. Oddychać w rytmie prawdy”. Nic na to nie poradzę, tutaj mdli mnie na taki sposób, którego nie lubię.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
