Ujmując sprawę bardzo szeroko: można przecież przedstawić wszystkie ludzkie działania za pomocą omówienia najmniejszych biologicznych faktów, takich jak skurcze mięśni czy przewodzenie sygnału elektrycznego przez neurony. Ale tak jak Margaret Thatcher nie miała racji, gdy twierdziła, że nie istnieje coś takiego jak społeczeństwo, są jedynie jednostki, tak i fizykaliści nie mają racji, gdy twierdzą, że system jest jedynie sumą swoich części, a działania nie są niczym więcej niż zestawem najmniejszych faktów biologicznych.
Piszę o tym dlatego, że nierzadko, gdy bierzemy do ręki lupę i zaczynamy przyglądać się detalom, tracimy z pola widzenia całościowy obraz. Co więcej: jeśli spróbujemy złożyć wielki kolaż ze zdjęć mikroskopowych, to choćbyśmy się bardzo starali i włożyli w to masę pracy – nie wyjdzie nam z tego panorama. Zwyczajnie nie da się zobaczyć pełnego obrazu, jeśli próbujemy go składać z możliwie najdrobniejszych detali. Nie znaczy to oczywiście, że skupianie się na najmniejszych komponentach rzeczywistości jest jałowe albo niesłuszne. Chodzi raczej o to, aby patrząc na coś przez soczewkę powiększającą, nie zacząć żywić błędnego przekonania o zupełnej wystarczalności tego, co widzimy. Dla przykładu: przyglądanie się osobistym motywacjom posłów w sejmie może nas łatwo doprowadzić do wniosku, że nie istnieje coś takiego jak polityka. Będziemy bowiem tak mocno skupiać się na jednostkowych namiętnościach i dążeniach, że umknie nam zupełnie to, iż są one częścią większej całości, że wydarzają się w ramach konkretnych historycznych przesunięć. A także – że działań z różnych powodów nie da się sprowadzić do osobistych motywacji, mimo iż każdy z nas takie motywacje posiada.
Hegel we wstępie do Wykładów z filozofii dziejów nazwał perspektywę skupioną na jednostkowych przyczynach „kamerdynerstwem” i pisał o niej w następujący sposób: „tak zwany psychologiczny punkt widzenia […] stara się wnikać w tajniki duszy, by wyjaśnić pobudki czynów i przedstawić je w postaci tak subiektywnej, że w końcu wszystkie czyny zdają się być wynikiem małych lub wielkich namiętności”. Filozofowi w krytyce tego ujęcia nie chodziło jednak o to, by zaprzeczyć istnieniu partykularnych namiętności – raczej o to, by dojrzeć w nich składową szerszych interesów.
Piszę o tym wszystkim, ponieważ mam poczucie, że z Heglowskiego apelu o jednoczesne operowanie różnymi sposobami opisu (z lupą w ręku i bez niej) moglibyśmy się sporo nauczyć w dzisiejszej krytyce literackiej. Wiele błędnych diagnoz na temat kultury i polityki wynika według mnie z tego, że ich autorzy zbyt chętnie patrzyli na rzeczywistość przez szkło powiększające. Jednym z bardziej spektakularnych przykładów tego rodzaju jest tekst Macieja Jakubowiaka Czy możemy się już nie kłócić? z 2024 roku, w którym autor próbował argumentować, że w krytyce negatywnej powinniśmy widzieć efekt lektury „przy kiepskiej pogodzie” i tym podobnych deprymujących czynników (np. nieotrzymania przez recenzenta premii, zirytowania nieprzyjaznymi praktykami edytorskimi/wydawniczymi). Takie mylenie porządków jest szczególnie niebezpieczne, bo wydaje się na pierwszy rzut oka rozsądne. Możemy przecież zapytać: czy zdarza nam się coś niesprawiedliwie ocenić, bo danego dnia jest nam bardzo źle (dopadł nas PMS, nie wyspaliśmy się, mamy problemy osobiste). I odpowiedź będzie potwierdzała tezę Jakubowiaka: oczywiście, że tak. Ale w ślad za takim ujęciem sprawy powinno iść analogiczne pytanie: czy niewyspana, w trakcie PMS‑u i mierząc się z problemami osobistymi, mogę coś skrytykować absolutnie słusznie. I tu skonfundowani nagłym skomplikowaniem problemu będziemy musieli odrzec równie stanowczo: tak. W pytaniu o ocenę krytyczną znacznie mniej istotne jest przecież to, dlaczego jako ludzie postanowiliśmy danego dnia być złośliwi, niż to, czy jesteśmy złośliwi słusznie, czy nie. A ten problem możemy próbować rozwiązać, tylko spierając się o dane dzieło – nigdy zaś analizując własny czy cudzy stan mentalny.
Dlatego tak chybiona wydaje się reakcja Grzegorza Wysockiego na szkic Piotra Sadzika Gry pozorów. Publicysta w tekście Gaszę światło po Sadziku, czyli krytyka literacka jest niemożliwa zepchnął bowiem na drugi plan pytanie o prawdziwość tez głoszonych przez warszawskiego krytyka, nie zdecydował się do nich odnieść poważniej niż za pomocą ironicznych wtrętów. Za podstawowy problem ostatniej debaty krytycznej uznał natomiast nie kondycję polskiej prozy, lecz pytanie, dlaczego niektórzy czytelnicy postanowili przyklaskiwać autorowi, inni się na niego oburzali, a jeszcze inni po prostu milczeli. Co ciekawe, Wysocki właściwie zupełnie nie wziął pod uwagę możliwości, że tym, co różni między sobą reakcje na tekst krytyka, jest przekonanie czytelników o jego (nie)prawdziwości czy (bez)zasadności. Autor odpowiedzi skupił się raczej na zawiści, zazdrości, schadenfreude, frustracji, tęsknocie za krytyką literacką… Słowem: na osobistych, psychologicznych motywacjach. Wysocki ma rację co do jednego – jeśli wszystkie teksty o literaturze kierowałyby się podobną logiką jak ta prezentowana w tekście Gaszę światło
po Sadziku…, krytyka faktycznie byłaby już niemożliwa. Istniałoby jedynie Heglowskie kamerdynerstwo w wydaniu „życie literackie”.
Mam jednak wrażenie, że problem, o którym piszę, jest znacznie szerszy i nie ogranicza się do doraźnych metakrytycznych sporów. Innym symptomem tego samego zaburzenia wydają mi się strategie psychologicznego ogrywania kwestii poglądów politycznych historycznych twórców. Repertuar takich chwytów znajdziemy we współczesnej biografistyce. Izolda Kiec w książce Ginczanka. Nie upilnuje mnie nikt (2020) zaznacza, że poetka co prawda wstąpiła do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy i publikowała swoje teksty oraz tłumaczenia Majakowskiego m.in. w „Czerwonym Sztandarze”, ale robiła to wyłącznie po to, by
Z kolei Marta Byczkowska‑Nowak w książce Nieocalony. Tadeusz Borowski. Biografia (2025) pisze, że autor Pożegnania z Marią po 1945 roku stał się „figurą całkowicie zawłaszczoną przez zbliżający się wielkimi krokami dyskurs”, ignorując jakby to, że kilka stron dalej będzie musiała odnotować zaangażowanie samego pisarza w budowanie tego „dyskursu”. Przypadek Borowskiego jest tu zresztą szczególnie symptomatyczny. Niemal wszyscy badacze (zarówno z prawej, jak i z lewej strony sceny politycznej) zgadzają się bowiem co do tego, że tekstów pisarza z okresu hardego wulgarnego marksizmu nie należy traktować poważnie – są one wszak jedynie emanacją czy rezultatem jego tragicznej biografii. Wiedza o traumach, osobistych doświadczeniach, a nawet osobowości jest dla tych badaczy sposobem na zastąpienie, a nie uzupełnienie opisu działań pisarzy. W rezultacie to, co owi twórcy mieli do powiedzenia (ich wypowiedzi, postulaty…), zostaje zupełnie zignorowane. Jak na ironię, nierzadko ci sami biografiści utrzymują, że piszą o ludziach niezwykle inteligentnych, błyskotliwych, zaskakujących otoczenie swoją lotnością.
Obraz rzeczywistości widzianej wyłącznie przez szkło powiększające to obraz, który z konieczności musi pomijać szersze interesy. I nie, moja krytyka nie jest apelem o powrót kartezjańskiego podmiotu, o zupełne ignorowanie osobistych namiętności czy celowe pomijanie w analizach wiedzy psychologicznej. Chciałam raczej pokazać, że ograniczanie się do najmniejszych detali osobowościowych w opisach debat (zarówno krytycznoliterackich, jak i politycznych) prowadzi do infantylizacji uczestników tych dyskusji oraz do bezproduktywnych wniosków. Wychodzenie z usłużnej roli kamerdynera wymaga niekiedy odłożenia lupy na bok.
