2 Spiszę ich numer, zadzwonię. Zadzwoniłem. „Tak”, odezwał się kobiecy głos. „Mam do sprzedania bieliźniarkę”, wydukałem po szwedzku, słówko linneskåp sprawdziwszy uprzednio w słowniku. „Stara?” „Stara”. „Podjadę”. Zjawiła się punktualnie. Tę punktualność wspomina Crnjanski w dzienniku Kod Hiperborejaca: „W Sztokholmie jest taki zwyczaj, że goście zbierają się w bramie, oczekując na porę wizyty lub kolacji z dokładnością co do minuty. Wchodzą na piętro razem z wybiciem umówionej godziny” (przeł. Jan Wierzbicki).
3 „Rety”, jęknęła, „ale tu czuć”. Hm‑hm. „Serem? Weź pan uchyl okno”. Rzeczywiście, w pokoiku na poddaszu unosił się słodkawy cuch, pod sufitem zawisł odór… Odór czego? Otóż na przegrzanym kaloryferze suszyłem skarpety, cokolwiek nieświeże, więc tapicerka, odzież i ręczniki nieodwołalnie nabierały zapaszku. „Nie pomoże najporządniejszy przeciąg”, pomyślałem, „sztynk skarpeciany jest wieczny; mnie nie będzie, a wyziew zostanie”.
4 W te eschatotyrady brnąłem, oczywiście, tylko w duchu. Uzewnętrznić się nie mogłem z jednego prostego powodu – moralność wiktoriańska zapuściła w Szwecji głębokie korzenie i pewnych spraw nie należy tu nazywać po imieniu. Zarzewie smrodu pochowałem szybkim ruchem w szafie, odchrząknąłem dla nabrania kontenansu i „proszę spojrzeć”, wskazałem na mebel, po czym zacząłem opowiadać o nim w samych superlatywach.
5 „…..…! ..…..!!! …….?! …….!” „Skończyłeś?” „Tak”. „To spuść wodę”. Spoufalała się? Cierpiałem na przewlekłą halitozę, do tego piła. „Robisz sobie porutę, chłopie”, wepchnęła się z twarzą na mój nos, „przecież to hiszpański sepet podróżny Bargueño, żadna bieliźniarka! Szukałam go od dawna”. Iskra elektryczna w jej oku zamrugała umiarkowanym szaleństwem kogoś, kto zna na pamięć dzieła wszystkie Konstantina Waginowa, ale przerobił też i spokojnie przetrawił eseistykę Adama Michnika.
[…]
[Całość można przeczytać w numerze.]
