5/2026

Miłosz Waligórski

Tytuł próżny, gdy czczo w szkatule
(dziennik ciułany)

1 Zgubili mi bagaż. Mają przywieźć pod wskazany adres. Czekając na zwrot, snuję się po mieście jak święty szwedzki. Zaglądam do komisów, sklepików z tandetą, ichnich des. Szukam miejsca, w którym mógłbym spieniężyć bieliźniarkę, jedyną ruchomość, jaką mi tu dano, poza łóżkiem. Na Sankt Hansgatan, sześćdziesiąt dziewięć kroków od Rynku Głównego, trafiam na antykwariat, niestety zamknięty. Czynny jest dwa razy w tygodniu, w piątki i soboty, raz cztery godziny, raz trzy. Do witryny przykładam daszek z dłoni, wysilam wzrok, policzek rozpłaszczam na szybie. Na podłodze szachownica z kafelków, czarne i białe romby. Nie wiadomo, co daleko, a co blisko. Kraina złudzeń Eschera. Ściślej przywieram gębą. Mają tu, widzę, rzeczy, których gdzie indziej nie uważa się za rzeczy. To rokuje nadzieje.

2 Spiszę ich numer, zadzwonię. Zadzwoniłem. „Tak”, odezwał się kobiecy głos. „Mam do sprzedania bieliźniarkę”, wydukałem po szwedzku, słówko linneskåp sprawdziwszy uprzednio w słowniku. „Stara?” „Stara”. „Podjadę”. Zjawiła się punktualnie. Tę punktualność wspomina Crnjanski w dzienniku Kod Hiperborejaca: „W Sztokholmie jest taki zwyczaj, że goście zbierają się w bramie, oczekując na porę wizyty lub kolacji z dokładnością co do minuty. Wchodzą na piętro razem z wybiciem umówionej godziny” (przeł. Jan Wierzbicki).

3 „Rety”, jęknęła, „ale tu czuć”. Hm‑hm. „Serem? Weź pan uchyl okno”. Rzeczywiście, w pokoiku na poddaszu unosił się słodkawy cuch, pod sufitem zawisł odór… Odór czego? Otóż na przegrzanym kaloryferze suszyłem skarpety, cokolwiek nieświeże, więc tapicerka, odzież i ręczniki nieodwołalnie nabierały zapaszku. „Nie pomoże najporządniejszy przeciąg”, pomyślałem, „sztynk skarpeciany jest wieczny; mnie nie będzie, a wyziew zostanie”.

4 W te eschatotyrady brnąłem, oczywiście, tylko w duchu. Uzewnętrznić się nie mogłem z jednego prostego powodu – moralność wiktoriańska zapuściła w Szwecji głębokie korzenie i pewnych spraw nie należy tu nazywać po imieniu. Zarzewie smrodu pochowałem szybkim ruchem w szafie, odchrząknąłem dla nabrania kontenansu i „proszę spojrzeć”, wskazałem na mebel, po czym zacząłem opowiadać o nim w samych superlatywach.

5 „…..…! ..…..!!! …….?! …….!” „Skończyłeś?” „Tak”. „To spuść wodę”. Spoufalała się? Cierpiałem na przewlekłą halitozę, do tego piła. „Robisz sobie porutę, chłopie”, wepchnęła się z twarzą na mój nos, „przecież to hiszpański sepet podróżny Bargueño, żadna bieliźniarka! Szukałam go od dawna”. Iskra elektryczna w jej oku zamrugała umiarkowanym szaleństwem kogoś, kto zna na pamięć dzieła wszystkie Konstantina Waginowa, ale przerobił też i spokojnie przetrawił eseistykę Adama Michnika.


[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.