nie wyrosłem jeszcze z tej tarczy którą trzymam z tego miecza
z kijka wzniesionego nad głową nie wyrosłem z tej miłości
nagłej pokładanej w ludziach i zwierzętach z chłopięcych ramion
z meszku pod nosem z chudych kolan z oczu szeroko otwartych
nie sprostałem twojej mądrości nie zjednałem tajemnic
i choćbym chciał mieć spocone taneczne ciało koni które karmię
stoję nieruchomo i patrzę na samego siebie i chciałbym zobaczyć
to co widzą gzy zawisające nade mną czujnie tak blisko
jakby sprawdzały czy oddycham jeszcze a jeśli nie
to kimże ja jestem tak dla tych miłości dla kształtu rozgrzanego
dla myśli niespokojnych przeczesuję dłonią włosy i trzymam się za głowę
jakbym sam namaszczał się berłem złotem koroną uwitą z przytulii
zrastam się teraz przerastam swoje ciało okrywam nowym futrem skórą
spiętą szwami drenami w ranach obniżającym się głosem imieniem
którym mnie już wołają którego ich nauczyłem tak mnie wzywajcie
nie wyrosłem z was jestem z innej gromady niebiosa trzaskające
z innych powiem pokładów tej ziemi nie wyrosłem jak po deszczu
jak po upalnym lecie po wodzie która spływa teraz po korze skłębionej
nie umieram jeszcze ale czy żyję dla siebie wyrojony żywiczny
zastygam i zjednajcie zwierzęta nieomylne moje serca dwa skłócone
