07-08/2021

Bogdan Nowicki

Albinos

Parapety miały cegły pomalowane na czerwono. Framugi okien także były w tym kolorze. Okiennice smarowano jakimś przezroczystym, lepkim płynem, aby się nie rozsychały i nie pękały. Dach był pokryty papą, którą smołowano co kilka lat. Pod rynnami wisiały małe, czarne sople. Drzwi przeważnie pokrywał zielony albo brązowy kolor. Gruba warstwa farby pękała na nich od upałów, mrozu i deszczu. Łuszczyła się, złaziła jak opalona skóra. Płaty zwijały się i bezgłośnie opadały na kamienne schodki. Jesienią zmiatano je razem z liśćmi. I palono w ogródkowych ogniskach z kartoflaną nacią, gałęziami i zbutwiałymi szmatami. Buchał gęsty dym, mlecznobiały, pachnący rozkopaną ziemią. Ścielił się pod oknami i szczypał oczy. Wpełzał do sieni, oblepiając ściany. A jeśli drugie, oszklone drzwi również były otwarte, wślizgiwał się do kuchni oraz izb. Opadał powoli, pozostawiając lepkie meble i lepką podłogę oraz woń próchna.

Właśnie ta woń obudziła Waldka. Odkleił jedno, a potem drugie oko. Przy łóżku stało krzesło z dzbankiem wody. Zziajany Kruczek zajrzał do sypialni i czmychnął, podwijając ogon. Na stercie wieńców leżał plamisty kot Ficek, jedno ucho miał postrzępione, był kocim oprychem i pilnował swojego terenu.

– Waldi, wyłaź! Copikowo o cia pytoła – zawołała matka z kuchni, opędzając się fartuchem od dymu.

Waldi skulił się w sobie. Spod pierzyny wystawała mu tylko kruczoczarna czupryna. Peruka rzucona przez kogoś na pościel.

– Wyłaź giździe, niy bydziesz gnioł cały dziyń – tym razem głos matki był bardziej stanowczy. Wzięła szmatę i przesunęła garnki na blasze pieca. – Pierona, jeszcze mi sie przypoli bez tego łobiboka – syknęła, parząc się w palce.

Do sieni ktoś wszedł, a właściwie wbiegł, tupiąc gumiakami. Odwróciła się.

– Kiwickowo, podźcie pryndko, staro Grymplino sie dusi – wysapał mały Klimek, miejscowy pędrak na posyłki: miał bladoróżową skórę, białe uwłosienie i czerwonawe źrenice wskutek braku pigmentu. Ślina ciekła mu z warg. Wiechcie włosów sterczały na boki jak słoma. Wąziutkie oczka, wodniste i zamglone, z kropelkami czerwonego tuszu pośrodku lubiły wpatrywać się w jeden punkt czy to czyjejś twarzy, czy to ceraty na stole, czy to biedronki wiszącej na źdźble. Wiatr za jego plecami chuchnął chłodem. Z pieca wytargał pojedyncze płomienie.

– Jezusiku! Już leca. Koniec świato! – wrzasnęła Kiwickowa i poczuła uderzenie, jakby batem, pod zwisającą, zmarszczoną lewą piersią. Serce dygotało jej jak na sznurku. Przycupnęła za stołem, niby mała dziewczynka bawiąca się w chowanego. „Co łone zrobiom bezy mie?” – pomyślała, wyciskając grubą dłonią z piersi ból. Kruczek zaskomlał i polizał ją po łokciu. Znowu chuchnęło chłodem z sieni.

– Trza bydzie skonsiś załatwić wyngel – powiedziała Kiwickowa do siebie, powoli wstając.

Popatrzyła na Klimka, który nieruchomo tkwił w drzwiach. Z uporem wpatrywał się nie w nią, lecz w jeden z kościstych guzików na jej fartuchu. Zapinał i odpinał go w głowie, zapominając o bożym świecie. Kiwickowa sięgnęła do kredensu. Wzięła z koszyka suchą kromkę, namoczyła ją wodą z kranu, odkapała i posypała cukrem.

– Mosz, cudoku, jydz…

Klimek chwycił miękką pajdę i zaczął pałaszować, aż mu się oczy zaświeciły. Był zadowolony. To już druga kromka tego dnia. Pierwszą dostał od Krzychy, której przyniósł drewno z szopy. Drewno było zapajęczone, wilgotne, niektóre szczapy pozieleniały. Wycierał je dłonią, a potem ta zieleń pozostawała mu na skórze. Miała smak gorzkich orzechów, kiedy ją lizał.

– Klimuś, to ty? – zawołał Waldi z izby.

– Ja.

– Podź no ku mie.

Malec schował resztę niedojedzonej kromki do kieszeni portek. Kłapiąc gumiakami, poszedł do ostatniej izby. Światło mżyło tutaj pasemkami kurzu i dymu. Waldi ćmił grubego skręta i wytrzepywał pierze z włosów. Poduszka była rozpruta z boku, zawsze zapominał o tym i podczas snu miał nos wypchany piórkami.

– Pódziesz zy mnom do Copiczki. Pomożesz mi posztrajchować łod ni chałpa – powiedział, gasząc peta.

Waldi był żylasty i smagły. Zupełnie niepodobny do żadnego z Kiwickich. Maria Kiwickowa na sąsiedzkie przytyki tylko wzruszała ramionami. Jej się Waldi podobał, jak i ten, z którym go poczęła. Długo szorowała koszule kochanka, oczekując jego powrotu. Ale na próżno. Więc znalazła sobie innego chłopa, obrotnego Gerarda, który zakochał się w jej jasnych lokach i wydatnych wargach. Bękart mu nie przeszkadzał. Zresztą nic mu nie przeszkadzało i właściwie to trudno go było czymkolwiek poruszyć. Po szychcie wracał do domu. Jadł obiad, brał flaszkę i szedł do ogrodu. Tam siadał za ławą, nalewał do musztardówki i godzinami obserwował gołębie, jakie hodował. Którejś wiosny zasypało go na grubie. Właściwie to nikt nie zauważył jego braku, Kiwickowa dla porządku pochlipała przez tydzień, a młodemu Waldikowi żal było jedynie piętaków, które dostawał od ojczyma raz w tygodniu.

[…]

[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.