05/2021

Janusz Drzewucki

Alfred Marek Wierzbicki
o rzeczach widzialnych i niewidzialnych

1. Poezja Alfreda Marka Wierzbickiego to poezja nazw własnych, a zatem poezja konkretu. Akcja liryczna wierszy tego autora – opublikowanych w zbiorze Stąd i stamtąd – rozgrywa się w Lublinie, gdzie poeta żyje, pracuje, tworzy, przy ulicy Bernardyńskiej, na placu Hempla (dzisiaj Peowiaków!), i w okolicach Lublina, w Nałęczowie, Wąwolnicy, Karmanowicach i Rąblowie, wreszcie w Maryninie, gdzie poeta się urodził, ale także w Kielcach przy ulicy Planty 7/9, nad Bystrzycą, w Zakręconym Lesie; w Polsce i – cokolwiek to znaczy – w wielkim świecie: w Boce Kotorskiej, na Santorini, na Sycylii, w Taorminie i w Syrakuzach, między Madrytem a Saragossą, między Efezem a Emaus, w puszczy w stanie Indiana, u metodystów w Charleston, gdzieś w Umbrii, gdzieś, czyli w Nursji i w Orvieto. Nie ulega wątpliwości: akcja liryczna tych wierszy – podobnie jak utworów ogłoszonych przez Wierzbickiego w zbiorze 76 wierszy (2017) – rozgrywa się nie gdzieś i kiedyś, lecz tu i teraz; co nie znaczy, że rozgrywając się tu i teraz, rozgrywa się tylko i wyłącznie tu i teraz.

W trakcie lektury Stąd i stamtąd nie raz i nie dwa stwierdziłem, że znalazłem się oto w świecie, w którym czuję się jak u siebie, niczym w swoim świecie. Bo oto w rzeczywistości wykreowanej na stronach tej książki spotykam: Julię Hartwig i Zuzannę Ginczankę, Józefa Czechowicza i Władysława Broniewskiego, Jana Kochanowskiego i Sebastiana Klonowica, ale także: ojca Jana Górę, księdza Adama Bonieckiego i biskupa Tadeusza Pieronka, Jankę Ochojską, Władysława Frasyniuka i Mariana Turskiego, a także profesora Zygmunta Baumana, noblistę Czesława Miłosza oraz księdza poetę Józefa Bakę, nie mówiąc już o Mickiewiczu i Rymkiewiczu czy o papieżu Franciszku i prezydencie Trumpie, wreszcie o autorze Traktatu rzymskiego. Nawet jeśli nie poznałem ich osobiście, to przecież wiem, kim są, kim byli. Czytając poszczególne wiersze Wierzbickiego, mam – być może przesadne – wrażenie, że wiem, kim byli lub są, jacy byli lub są ponadto: artysta Andrzej Kot, o istnieniu którego dowiedziałem się raptem kilka lat temu z tablicy wiszącej na murze kamienicy przy ulicy Grodzkiej w Lublinie (urzeczony opowiedzianą na tej tablicy anegdotą o artyście, nie omieszkałem jej, tej tablicy, sfotografować), ksiądz Jerzy Wójtowicz, babcia Urszula, dziadek Hieronim, brat Staś, przybyły z Czerniowiec Saszko Bojczenko, czekający na dworcu w stolicy Aragonii Marian i Letizia, strajkujący w Sejmie Kuba i Adrian. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wiem też, kim jest autor tych wierszy, chociaż widziałem go tylko raz, mianowicie trzy lata temu na pogrzebie poety Wacława Tkaczuka. W jednym z wierszy bez tytułu wyznaje on, autor Stąd i stamtąd:

jestem księdzem już czwartą dekadę.
Szaty przylegają jak na miarę,
ale nie czuję się w nich wygodnie.
Na rany boskie, czego ja szukam.


2. Akcja liryczna wierszy tego autora rozgrywa się zazwyczaj w konkretnym czasie i w konkretnym miejscu, w ściśle określonej pod względem geograficznym i historycznym, politycznym i obyczajowym rzeczywistości, jaką autor dzieli – co tu wiele mówić: ciałem i duchem – z czytelnikiem, ale przecież rozgrywa się także w jego pamięci i wyobraźni. To, o czym pisze poeta i jak pisze, może czytelnik podzielać lub nie, może się z tym identyfikować lub to odrzucać, akceptować lub negować, ale nie może pozostawać wobec słowa poety obojętnym. Wierzbicki pisze bowiem tak, jakby milczał, jakby chciał, aby czytelnik w milczeniu wczytał się jego słowa, aby w słowa wypowiadane w milczeniu (a jednak wypowiadane!) wsłuchał się i sam zabrał głos. W efekcie: czytający te wiersze i teraz piszący o nich, niżej podpisany, w gruncie rzeczy do każdego wiersza mógłby i chciałby dorzucić swoje trzy grosze.

Gdy zatem czytam: „Nie ma śladu po domu / w którym się urodziłem” (Marynin), „To co zostało z dnia prymicji / nie jest tym co było / i co miało być” (⁂[Na obrazku prymicyjnym napisałem]), „Kłębi się w nas tłum istnień, / z którymi nie mamy wspólnego języka” (Dwa okna), „od tygodni tak samo w piątek i świątek […] / staję się kronikarzem ciasnego ogrodu” (Gdzieś baśń), wiem, że i ja mam swoje do opowiedzenia. Bo w swojej istocie monologowa liryka Wierzbickiego jest zaproszeniem do dialogu. Ów monolog został wygłoszony nie przed ołtarzem i nie w kruchcie, nie w konfesjonale i nie w zakrystii, ale „między kuchnią biurkiem ołtarzem”, „na jawie jako i we śnie” (Jeszcze trwa). Owszem, widzimy, jak podmiot tych wierszy zastanawia się nad prawem Archimedesa, nad mitem o Demeter i Persefonie, nad zatopioną Atlantydą, podziwia widok Etny i urodę mozaiki przedstawiającej Hypnosa z Kotoru z II wieku przed Chrystusem, myśli o męczeństwie świętej Agaty, o spotkaniu Jezusa z Marią Magdaleną, pogrąża się w lekturze Leśmiana, Thoreau i Emersona, ale także encykliki Redemptor hominis, analizuje myśl świętego Augustyna, w czasie Wielkanocy medytuje przy muzyce Bacha, Haendla i Mozarta, pisze wiersz na Wigilię, ale przecież nie tylko, o czym najdobitniej świadczą słowa i zdania, jakie zanim znalazły się w wierszu, zabrzmiały w publicznej przestrzeni i do dzisiaj rozbrzmiewa ich echo: smog i suweren, „zdradzieckie mordy”, „polityczne lumpy”, „tęczowa zaraza”, „dobra zmiana”, wreszcie: „Gdańsk jest szczodry / Gdańsk dzieli się dobrem”.

Tak, poeta, autor tych wierszy jest księdzem, i rzecz jasna nie pozostaje ów fakt bez znaczenia; ale jest on także tym kim jest – tak wobec Boga, jak i wobec siebie samego; wobec miejsca, które wypełnia swoim istnieniem, wobec drugiego człowieka spotkanego na ulicy, zarówno znajomego, jak i nieznajomego. Poeta, aby być poetą, musi jednak wyjść z roli, jaką przyjął z własnej woli, jaką sprawuje na co dzień, ale też jaką mu się narzuca jako obywatelowi, członkowi wspólnoty, już to narodowej, już to ludzkiej. I jako taki pisze wiersz o masakrze na amerykańskiej prowincji, o zamachu terrorystycznym w nadmorskim kurorcie we Francji, o zabójstwie klowna z Aleppo, o przemawiającej w ONZ nastoletniej szwedzkiej aktywistce klimatycznej Grecie Thunberg, o odłączonym od aparatury w szpitalu w Liverpoolu dwuletnim Alfiem Evansie, o ostatnim samcu nosorożca białego padłym w Kenii, o pedofilii w Kościele, o rozumieniu zagadnienia gender, o czasie przepływającym bezpowrotnie w czasie zarazy.

3. Tom Stąd i stamtąd składa się z dwu części. W pierwszej znalazły się opatrzone wyrazistymi tytułami wiersze, w drugiej zapiski pod wspólnym tytułem Wierszownik obok brewiarza. Wszystkie teksty są oszczędne i skondensowane. Czytając te utwory, kontemplujemy nie tylko ich prostotę i jasność, lecz także rysunek graficzny. O takich wierszach mówi się, że nie ma w nich ani jednego słowa za dużo, ani jednego za mało. Nie znaczy to wcale, że są to wiersze doskonałe, lecz że będąc takimi, jakimi są, nie mogły być innymi. Poeta dzieli się w jednym wierszu refleksją na marginesie lektury zbioru korespondencji dwu poetów sprzed pół wieku, w drugim zaś z lektury „dzieł zebranych mistrza”, mówi nam, że dzisiaj: „Dawni poeci siedzą cicho, / porozumiewają się z potomnymi sentencjami / przelatującymi jak strzały ponad epokami” (Klonowic), że ewangelie są jak cztery strony świata (Cztery ewangelie), stara się zrozumieć informacje na paskach przesuwających się na ekranie telewizora i sens memów pojawiających się w Internecie. Cóż, w najlepszym razie egzystujemy na granicy sacrum i profanum: „żyjemy naraz w pośpiechu / i na zwolnionych obrotach” (⁂[W grudniu po południu]), gdzie: „jakiś nieczas jakieś nieżycie / połamane bieguny istnienia” (⁂[Klumpy bez konia]). Rolą poety jest zatem „Przekazać nieprzekazywalne” (⁂[Odnaleźć zmysł dotyku]); gdy w jednej niespodziewanej i zaskakującej chwili jest ów poeta w stanie odczuć:


widzialne i niewidzialne
zdumiewające
światło stąd i stamtąd
dobry dzień
dzień dobry

(⁂ Obudziłem się)


Pomimo świadomości, że wie się tyle, ile się nie wie, poeta stara się nazywać rzeczy po imieniu, także te wymykające się słowom; próbuje na ile tylko to możliwe mówić wprost. Odwołuje się nieprzypadkowo – jak śmiem sądzić – do poetyki Nowej Fali. Świetnym tego przykładem wiersze: o zabójstwie niewymienionego z imienia i nazwiska prezydenta Gdańska, o Jance Ochojskiej nie wpuszczonej do parlamentu przez „strasznych chrześcijan / od siedmiu boleści”, o Władysławie Frasyniuku zakuwanym w kajdanki: „Pewnego dnia o szóstej rano / 100 lat od odzyskania niepodległości / 37 lat od stanu wojennego”, o polskich Żydach bohaterach dokumentalnego filmu Krystyny Piotrowskiej Wyjechałem/wyjechałam z Polski, bo…; czy dwuwers, jakby żywcem wyjęty z tomiku Ryszarda Krynickiego: „Raport z wnętrza: / Gdzie to dno?”.

Poeta wie, że wszystko – a jeśli nie wszystko, to prawie wszystko – jest w słowach, nawet jeśli: „nie mamy słów / tylko te ostatnie / co stają się pierwsze” (⁂[Gdańsk jest szczodry]). Wczytuje się zatem w słowa innych poetów (ale również poetek!), w: „Imiona zamordowanych / zapisane kredą na chodniku” (Planty 7/9), w słowa wydające „wyroki na inne słowa” (⁂[Obyś nie żył w czasach]), gdy „języki i narody walczą na życie i śmierć” (Ulica Bernardyńska). Poeta wyznaje, że mówiąc, „wygina język” i w ten sposób: „wykrztusić chce to coś, tę nicość” (Późny tren dla brata) i z tego też względu zapewne: „powtarzam słowa usłyszane / we śnie na zgromadzeniu / pod walczącymi flagami / trzeba być z tymi których biją” (⁂[Adwentowe zorze]). Zaiste, nic dodać, nic ująć.

4. Jak wiadomo jednym poetą, którego oszczędzili Julian Kornhauser i Adam Zagajewski w programowej dla Nowej Fali książce Świat nie przedstawiony (1974), był Zbigniew Herbert. Po latach książki o nim napisali i Kornhauser (Uśmiech Sfinksa, 2001) i Stanisław Barańczak (Uciekinier z Utopii, 1984), następny z wybitnych przedstawicieli tego pokolenia. Sam Herbert chętnie wszedł w dialog z młodszymi po piórze kolegami, czego jednym z przejawów Do Ryszarda Krynickiego – list, zamieszony w legendarnym zbiorze Raport z oblężonego Miasta (opublikowanym w przewidywanym przez Orwella roku 1984). Jak pamiętamy, w tym poetyckim liście autor Pana Cogito akcentował, że poeci, chcąc nie chcąc, biorą na swoje chude barki sprawy publiczne, ale też zwracał uwagę, że przeciwników my poeci: „mieliśmy nikczemnie małych” i stawiał jak najbardziej retoryczne pytanie: „czy warto zatem zniżać świętą mowę / do bełkotu z trybuny do czarnej piany gazet”.

Dlaczego przywołuję ten cytat, recenzując zbiór Wierzbickiego? Otóż nie tylko dlatego, że jest Wierzbicki autorem cyklu Pan Credo (opublikowanego we wspomnianych wcześniej 76 wierszach), wcale nie wyznawczego, lecz jak najbardziej polemicznego do Pana Cogito, ale także z tego względu, że w Stąd i stamtąd znalazł się utwór powstały na marginesie głośnej monografii życia i twórczości tego poety. Czytamy tu:

Sprawdzał słowa na tablicach wartości,

ale czy mógł przewidzieć,

że szamani nienawiści

będą skandować na wiecach:

zdradzeni o świcie.


Poeta wypowiada słowo, jedno, drugie, trzecie, potem dobiera słowo do słowa, następnie słowa układa w wiersz, który opublikowany w czasopiśmie lub w książce zaczyna żyć własnym życiem, niezależnie od zamiaru i intencji poety. Wiersz ten – o ile jest to wiersz wybitny, a przynajmniej jakkolwiek ważny – będzie cytowany setki i tysiące razy, w całości, bądź po kawałku, najczęściej właśnie w kawałkach; aż w końcu nie będzie już wiadomo, jaką niepojętość stworzenia poeta chciał wypowiedzieć w słowach do pojęcia. Aż okaże się jednego dnia, że święta mowa poezji została sprowadzona do czarnej piany politycznej pyskówki i rozróby, do czarnej piany politycznego mordobijstwa. „Fałszowanie języka zaczyna się / od zaćmienia poezji” – twierdzi w wygłosie wiersza ⁂(Czytam jego biografię) Alfred Marek Wierzbicki. A zatem z radością wychodzę teraz z roli krytyka, wracam do czasów, gdy poezję czytało się w szkole, niejako pod przymusem, zgłaszam się do odpowiedzi i mówię, co mówię: prawdopodobnie wiem, co poeta miał na myśli, pisząc te słowa. Każdy z nas to wie.

Alfred Marek Wierzbicki: Stąd i stamtąd.
Wydawnictwo Znak,
Kraków 2020, s. 110.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.