10/2021

Maciej Libich

Bereza. Encore

Sporo się wydarzyło od czasu, kiedy przy okazji premiery książki Eliminacja episteme Donata Kirscha, upominałem się na łamach „Twórczości” o Henryka Berezę1. Ukazała się w tym czasie stusiedemdziesięciostronicowa polemika Kirscha z moim szkicem, wydana nakładem własnym autora2, a spór relacjonował na łamach „Napisu” Marek Pąkciński, którego stanowisko w kwestii wykluczenia Berezy z historycznoliterackiego dyskursu3 – nieco inne niż moje czy Kirscha – jasno dowodzi, że dyskusja na temat miejsca Berezy we współczesnych sporach o literaturę nie jest wcale zamknięta, wręcz przeciwnie. Co może jednak najważniejsze, w listopadzie 2020 roku, po wielu latach przygotowań, światło dzienne ujrzały Wypiski ostatnie Berezy. Trudno przecenić wagę tego wydarzenia, jest bowiem (kolejną) świetną okazją, by wspomnieć jednego z najsłynniejszych polskich krytyków, jego działalność i ogromny korpus tekstów, który po sobie zostawił. Wypiski ostatnie stanowią zresztą ich dużą część, i to dosłownie, bo objętość książki przekracza niemal dziewięćset stron.

Czym są Wypiski ostatnie? Mówiąc najprościej, jest to fragment niezwykle obszernego diariusza Henryka Berezy, który krytyk prowadził nieprzerwanie od 24 czerwca 1976 roku aż do śmierci w 2012. Składa się on z pięćdziesięciu sześciu grubych zeszytów formatu A4 zapisanych drobnym, wąskim pismem4. Bruliony te zawierają nie tylko intymne wyznania, wspomnienia, portrety pisarzy, skrupulatnie spisywane relacje ze spotkań towarzyskich, pracy, samotnych spacerów, obiadów, zakupów i telefonów, lecz także liczne notatki o książkach. W takim rozumieniu Wypiski… – w których zebrano wszystkie czytelnicze uwagi Berezy z lat 2004–2012 – mogą wydawać się całkiem zwyczajnym dziennikiem lektur. Lecz jeśli przyjrzeć im się uważniej, okażą się one kolejnym, nie mniej zdumiewającym niż Alfabetyczność, dowodem ścisłego zespolenia życia i literatury, które wyznaczało ramy egzystencji Henryka Berezy. Już nawet na tej płaszczyźnie jego dziennik wydaje się cennym artefaktem.

Wypiski… składają się z niemal siedmiuset notatek, które ukazują sposób, w jaki Bereza obcował z tekstami literackimi. Nawet pobieżny rzut oka wystarczy, by stwierdzić, że traktował je wszystkie z należytą uwagą: krótkie zbiory wierszy i sążniste powieści; nieznośną grafomanię i pisanie najwyższej próby; literaturę polską i zagraniczną; twórczość amatorów, debiutantów i hochsztaplerów, ale też autorów wielokrotnie nagradzanych. Bereza większość z nich czytał zresztą po dwa razy, po lekturze starał się zaś napisać choćby kilka słów komentarza. A ponieważ czytał niemal wszystko, co otrzymał, jego notatki potraktować można jako (nieortodoksyjny) podręcznik do historii literatury pierwszej dekady XXI wieku. Pojawia się tu nie tylko cała plejada postaci, które do dziś wpływają na polską kulturę – począwszy od Czesława Miłosza i Wisławy Szymborskiej, na Oldze Tokarczuk skończywszy – lecz także mnogość pisarzy i pisarek może nie tak rozpoznawalnych, ale z pewnością nie mniej istotnych dla kształtowania się współczesnej sceny literackiej. Dość wymienić Piotra Sommera, Urszulę Kozioł, Dorotę Masłowską, Bohdana Zadurę czy Michała Witkowskiego, choć przecież taki zestaw można by skomponować z zupełnie innych nazwisk. W Wypiskach… pełno jest też uwag o marginalnych dziś powieściach i autorach: nigdy nieodkrytych, słusznie lub niesłusznie zapomnianych albo wypartych ze zbiorowej pamięci. Z tego powodu notatki Berezy służyć mogą równie dobrze za coś w rodzaju wielkiego katalogu zachęt i zniechęt.

Ostrzegam lojalnie – samo zbadanie szesnastostronicowego indeksu nazwisk wydaje się odpowiednim zajęciem na długie wieczory. Jeśli dodać do tego osobny spis wydawnictw, sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, niemniej jego lektura może obrodzić w co najmniej ciekawe wnioski. Łatwo bowiem zauważyć, że niemała część wymienionych oficyn w ciągu ostatnich lat zawiesiła działalność, na przykład Jacek Santorski & Co, wydawca Ślicznotki doktora Josefa Zyty Rudzkiej, albo Świat Literacki, w którym ukazywały się dzieła Roberta Walsera w tłumaczeniu Małgorzaty Łukasiewicz. Niektóre zaś, mimo że wciąż działają, lata wydawniczej świetności mają dawno za sobą i skupiają się głównie na sprzedawaniu. Pozostałe natomiast, jak choćby Biuro Literackie czy WBPiCAK, po latach wciąż utrzymują silną pozycję, a niekiedy wręcz monopolizują część rynku. Dlaczego warto przyjrzeć się tym przemianom z uwagą? Między innymi po to, by zrozumieć ewolucję polskiego pola literackiego – każde wydawnictwo ma przecież swoich ulubionych autorów, mile widziane dykcje i preferowane poetyki, co w prosty sposób przekłada się na to, jaką literaturę dostajemy do rąk my, czytelnicy, jak kreuje się i zaspokaja nasze potrzeby. Uwaga ta prowadzi do prostego wniosku, że dziennik Berezy pozwala opisać dynamicznie zmieniające się literackie trendy i nurty w Polsce. Nie miejsce tu pewnie, by je wymieniać, mimo to nawet pobieżny przegląd Wypisków… pokazuje, że literatura politycznie zaangażowana, antykapitalistyczna, poddająca wiwisekcji zasady rządzące polskimi realiami cieszy się u nas niesłabnącą popularnością. Albo że polscy autorzy i autorki chętnie sięgają po tematykę holocaustową, czyniąc z Zagłady jeden z ważniejszych tematów. Albo że w rozważaniach nad polską literaturą nie sposób pominąć pisarstwa, które Bereza określał mianem „dziennikarskiego”: językowo nieodkrywczego, choć poczytnego. Tego rodzaju literatura – bezpieczna, niepodejmująca ryzyka, taka, która nie stawia sobie żadnych wyzwań i jest raczej produktem niż pełnoprawnym dziełem – nigdy nie zdobyła jego uznania.

Wypiski… można też czytać jako opowieść o powinnościach i etosie krytyka literackiego: nieustępliwego, poszukującego artystycznej doniosłości, a przede wszystkim bezgranicznie oddanego literaturze. Choć Bereza w 2004 roku opuścił „Twórczość”, którą redagował przez kilkadziesiąt lat i w której prowadził słynną rubrykę „Czytane w maszynopisie”, nie przeszedł na emeryturę. Dnie spędzał bowiem tak samo jak wcześniej: czytał, pisał i odpowiadał na listy, do których dołączone były maszynopisy utworów. Wprawdzie w latach 2005–2007 zasiadał w jury Nagrody Nike – jak gdyby spragniony dalszego aktywnego uczestnictwa w polskim życiu literackim i być może nie w pełni pogodzony z tym, że powoli oddalał się od wydarzeń głównego nurtu – wiązało się to jednak z koniecznością lektury ogromnej liczby zgłoszonych tekstów, co dość prędko stało się raczej uciążliwym obowiązkiem niż przyjemnością. A przecież niemal każdą książkę Bereza czytał od deski do deski, nawet gdy od pierwszych stron wiedział, że ma w rękach co najwyżej produkt literaturopodobny. Wymagało to zwykle licznych podejść, rozłożonych nawet na kilka dni, szukania dogodniejszej pory do lektury, a skutkowało nawet wyrażaniem narastającej frustracji w notatkach. Te czytelnicze zmagania są ich ważną częścią. Czasem Berezie czyta się lepiej rano, tuż po przebudzeniu, a czasem w środku nocy; niekiedy pochłania całe książki na raz, a niekiedy dawkuje je sobie i rozkłada na raty; bywa, że wściekły odrzuca książkę w kąt i nigdy do niej nie wraca, a bywa i tak, że zostawia ją na wierzchu, by w każdej chwili móc znów po nią sięgnąć. I zdarza się, że wprost pisze o swoim znużeniu lub ogólnym zniechęceniu do pracy: „Nie chce mi się robić notatek”, zapisuje podczas lektury książek Anny Bikont i Artura Domosławskiego; „Wolałbym niczego […] nie zapisywać, może jednak wymuszę na sobie jakieś zdania […]”, notuje po przeczytaniu Rzeki podziemnej Tomasza Jastruna.

Nasuwa się więc pytanie: jaki był Bereza w tych notatkach? Wyrozumiały? Krytyczny? Chciałoby się powiedzieć, że i taki, i taki. Wypiski… niewątpliwie dowodzą, że Bereza w ostatniej dekadzie życia to już nie ten sam krytyk, który tak żarliwie wypowiadał się o literaturze nowofalowej czy realizmie socjalistycznym i który z zapałem konstruował pojęcia takie jak „jołopizm”, „służbizm” czy „baranoja”. Jest bardziej wyrozumiały, mniej zapalczywy, by nie powiedzieć wręcz: łagodny. Na przykład o wierszach Marcina Perkowskiego mówi: „Okładkowa rekomendacja (autorska?) jest sympatyczna, tomik chyba też jest sympatyczny, bezpretensjonalnie opisowy, jakby bezpośrednio konfesyjny”, prozę Marii Sidorskiej-Ryczkowskiej opisuje zaś tak: „Ta minipowieść autorki należy do twórczości wartościowej i bezspornie sympatycznej, to jest pisanie skromne, prawie na prywatny użytek, w takim właśnie charakterze daje się ono z korzyścią przeczytać i także zapamiętać”. Słowo „sympatyczny” staje się swego rodzaju wytrychem – pozwala Berezie uniknąć konfrontacji z tekstem i skupić się na poszukiwaniu jego potencjalnych wartości. Z innej jednak strony nie pozostaje on bezkrytyczny. Jest nieprzejednanym demaskatorem kiczu (słowo to pojawia się w Wypiskach… niemal czterdzieści razy) i tępi go bez taryfy ulgowej. O powieści Piotra Pibera pisze: „Patos jest od początku emocjonalnym wkładem w narracyjny język dyskursywny, w finale staje się żywiołem kiczu, a więc narrator roztapia się nie w żywiole wody, lecz jest uniesiony w górę żywiołem kiczu”, Uchodźców Henryka Grynberga nazywa zaś „kiczem powieściowym”. Niektórym utworom wystawia o wiele gorsze świadectwo. Jedno z opowiadań Grzegorza Nowakowskiego określa mianem „największej obrzydliwości” napisanej „językiem absolwenta filologii polskiej w Krakowie”, Miejsce dla dwojga Marcina Wolskiego podsumowuje zdaniem „Wolno coś takiego publikować, ale czy wolno zgłaszać do nagrody Nike, Matko Boska”, a wrażenie z lektury Pokalania Piotra Czerwińskiego opisuje jako „poczucie drastycznej niestosowności i pomylonych ambicji literackich”. Te zapiski – niekiedy nawet wulgarne, jak w przypadku komentarza do Piaskowej góry Joanny Bator – są jednocześnie zabawne i tym przyjemniejsze w odbiorze, jeśli uświadomić sobie, że wśród krytyków i krytyczek głównego nurtu podobnie kontestatorskie podejście do literatury jest dziś rzadkością.

Bereza zaskakująco często krytykuje również dzieła bliskich sobie autorów. Zapiski z dziennika mogłyby posłużyć więc jako kontrargument wobec opinii jego przeciwników, którzy zwracali uwagę na jego nadmierne przywiązanie do niektórych nazwisk. Na przykład ceniony przez Berezę Tadeusz Zubiński – który w 1992 roku debiutował na łamach „Twórczości” opowiadaniem Bałaguła i od tego czasu zajmował w piśmie ważne miejsce – rozczarowuje go kolejnymi książkami. O Górach na niebie z 2005 roku krytyk mówi więc: „Tę powieść czyta się nie bez przejęcia, są w niej rozmaite wspaniałości i jednocześnie zadziwiająca bezradność w praktyce narracji, nie mogę o tym pisać, moja wiedza o mankamentach tego utworu zabiłaby wszystko, co jest w nim wspaniałe”, by późniejszą o dwa lata Burzę pod lasem nazwać już tylko „kiczem i […] bolesną bezwartością literacką”. Na Grawitację Jerzego Franczaka (2007) reaguje entuzjastycznie, ale jego zapał opada podczas lektury Przymierzalni (2008), którą w przeciwieństwie do poprzedniczki „czyta się już bez entuzjazmu”. Bereza rewiduje też swoje poglądy w przypadku poszczególnych książek. Wyjątkowo długą linię Hanny Krall ocenia najpierw jako godną nominacji do Nike, po czterech miesiącach stwierdza jednak, że narracja tej powieści jest świadectwem całkowitej bezsilności autorki. Ale działa to też w drugą stronę. Choćby w przypadku Bombla Mirosława Nahacza „nieprawda słów” i „artystyczna niestosowność” po czterech dniach stają się jak gdyby mniej rażące, a Bereza stwierdza, że choć powieść go drażni, nie może to o niczym przesądzać, należałoby więc poddać ją kolejnej lekturze. Co zresztą zapewne zrobił, bo przecież niektóre książki czytał nawet trzy i cztery razy. Warto zarazem zwrócić uwagę na trudne do przeoczenia braki w Wypiskach i zadać sobie pytanie, dlaczego Bereza nie podjął się pewnych lektur lub ich nie odnotował. Nie znajdziemy tu na przykład wrażeń z Traktatu o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego albo z trzech powieści Olgi Tokarczuk, które ukazały się w latach 2004–2012. Albo z Wiecznego Grunwaldu… Szczepana Twardocha. Co by o nich powiedział? Podobne wątpliwości prowokują dodatkowe pytania. Wiemy wprawdzie, jak Bereza zareagował na Awersję Adama Kaczanowskiego, ale co napisałby o jego Utracie? Chwalił Niehalo Ignacego Karpowicza, ale czy z równym przejęciem odnotowałby Ości albo Sońkę?

Niektóre odpowiedzi możemy sobie chyba wyobrazić, bo przecież Bereza – między innymi w Niedyskursywności, Błazenadzie czy Baranoi – jasno wyłożył swoje krytycznoliterackie poglądy, dla których fundamentalne było przeświadczenie, że utwór literacki musi być dziełem jednostkowym, aby przekazać czytelnikowi jakąś prawdę o świecie. Jednostkowość osiąga się zaś nie poprzez podporządkowanie formom ideologicznym, tylko poprzez język. Jeśli jest on efektem pogłębionego, indywidualnego namysłu, tak samo ważne i artystycznie doniosłe będzie samo dzieło. Wypiski… potwierdzają przywiązanie Berezy do tych poglądów. Nie dziwi więc, że już w jednym z pierwszych wpisów z 2004 roku Bereza, polemizując z Wojciechem Kuczokiem, notuje przekornie: „na wszystkie kulty jestem ostatecznie znieczulony, nie ma we mnie żadnego kultu dla czegokolwiek ani odrobiny”, kultowość kojarzy mu się bowiem wyłącznie z formą intelektualnej niesamodzielności. Sprzeciw wobec niej wyraża najdobitniej w dłuższej notatce o Holdingu i reszcie… Józefa Łozińskiego. To powieść silnie zaangażowana i upolityczniona, w której Łoziński głośno wyraża sprzeciw wobec kapitalistycznego porządku, jaki zapanował w posttransformacyjnej Polsce. Wydawać by się mogło, że Bereza odrzuci taką książkę z założenia, niejako programowo, w końcu polityczny realizm był mu co najmniej obcy. Tak się jednak nie stało. Dlaczego? Powieść – zauważa Bereza – choć „w ideologizmach zanurzona, nie jest bowiem na żadnych ideologicznych usługach, nie pisze się jej dla żadnej agitacji za żadną instytucjonalną ideologią”, główną rolę odgrywają w niej zaś indywidualne doświadczenia dwóch bohaterów zanurzonych w brutalnej rzeczywistości, na którą nie mają oni żadnego wpływu. Mówiąc wprost, Bereza dostrzega, że chodzi Łozińskiemu nie o byt, jakim jest społeczeństwo, tylko konkretnych jego przedstawicieli; nie o abstrakcyjnie rozumiany ogół, lecz o krzywdy zadawane jednostce. To rozróżnienie mimo upływu lat nie straciło na ważności, wręcz przeciwnie, dziś stało się chyba jeszcze donioślejsze.

Zdaję sobie sprawę, że słowa te są jakąś formą deklaracji. Nie chciałbym wprawdzie czynić z Berezy zakładnika sporu politycznego, jaki rysuje się współcześnie – mówiąc w dużym uproszczeniu – między tym, co kolektywne, a tym, co jednostkowe, zdaje mi się jednak, że w ogólnym rozrachunku Wypiski ostatnie byłyby przejawem myśli głęboko autonomicznej, by nie powiedzieć wręcz: liberalnej, wyczulonej na indywidualny głos, indywidualną prawdę człowieka, którą wyraża równie zindywidualizowany język. I chętnie zaryzykuję tezę, że właśnie tego rodzaju krytyka jest nam dziś potrzebna. Nie dlatego, aby ponad miarę wartościować partykularne spojrzenia na rzeczywistość, wręcz przeciwnie – te bowiem okazują się często tendencyjne. Raczej dlatego, by umożliwić odkrycie i opanowanie takiego języka, który pozwoliłby na nowo, odżegnując się od utartych schematów, opowiedzieć o współczesności. Ostatnie lata polityczno-ekonomiczno-ekologicznego klinczu dały nam chyba do zrozumienia, że otaczającą nas rzeczywistość nie jest łatwo przekształcić w coś lepszego (albo w ogóle w coś innego), co może wynika z tego, że choć postulatywnie dążymy do zmiany – w końcu niemal wszystkie współczesne prądy filozoficzne opierają się na krytyce kapitalizmu, wyjątkowo zresztą przerażającego w wydaniu kognitywnym – nazbyt chętnie poruszamy się w obrębie przyswojonych, ujarzmionych wręcz, a przez to zużytych języków. W takim rozumieniu polityczna retoryka, którą transponuje się do tekstów literackich, byłaby więc co najwyżej filozofią interpretującą świat, niezdolną jednak do tego, żeby go zmienić – teoretyczną wydmuszką, która udaje pożyteczne narzędzie, choć w rzeczywistości ma znikomą sprawczość5. W tym sensie lektura Wypisków ostatnich zachęca do tego, aby – wbrew pojawiającym się tu i ówdzie głosom – nie odświeżać wcale kanonów, tylko wymyślić nowe. Albo przynajmniej mocno nimi wstrząsnąć. W jaki sposób? Zacząć na przykład od tego, by nie absolutyzować perspektywy ekonomicznej, nie trzymać się kurczowo jednego słownika, tylko poszerzyć go o pojęcia z zakresu, dajmy na to, psychoanalizy. „Gospodarkę” zamienić na „gospodarkę libidinalną” – i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Oszczędny idiom Berezy nie zachęca wprawdzie do tego, by język krytyki przeładowywać naddatkowymi terminami, niewątpliwie jednak sprzeciwia się (również teoretycznej) jednolitości i podważa takie patronaty, które krępują możliwość ruchu.

To oczywiście nieco odległe myśli i pewnie wymagające rozwinięcia w bardziej stosownych okolicznościach, niemniej jednak pokazują istotną cechę całego krytycznego namysłu Berezy, szczególnie odświeżającego i obiecującego ze względu na zawarty w nim potencjał. Wypiski… czytam właśnie tak: jako (wskrzeszoną) jaskółkę nadchodzących zmian.

Henryk Bereza: Wypiski ostatnie, tomy 1‒2.
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 2020, s. 900.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.