05/2018

Tomasz Białkowski

Bez końca
(fragmenty powieści)

[…]
II. Most
Beniamin spojrzał w lewo. Z kieszeni spodni wyjął pokryty warstwą gumy niewielki monokular. Zazwyczaj używali go myśliwi, przyrząd dawał pole widzenia do kilometra. Był też odporny na mgłę. Przyłożył lunetkę do oka, wyregulował ostrość. Sto metrów dalej z wody wystawały trzy stalowe, potężne filary mostu. Środkowy był w połowie przełamany. Wyglądał jak rozwarty cyrkiel. Jedno z jego pordzewiałych ramion opadało ostro w nurt. W miejscu zniszczonych przęseł zostały pojedyncze metalowe belki. Mogły być szerokie na pół metra, biegły przez całą długość konstrukcji. Wisiały wysoko nad pokrytym gęstym zielskiem filarem. Izbice, zwykle chroniące most przed krą spływającą po zimie do morza, teraz oblepił plankton z opon i fragmentów rzecznej barki nadzianej na żelbeton jak kurczak na pręt do rożna. Z rzecznej łodzi wylewała się struga ropy. W kleistą maź wpływało ptasie ścierwo, zostawało na ścianach barki. W tym miejscu tworzyły się bąble konopiastej piany. Trująca woda bulgotała, perliła się, dławiła własną kipielą. W miarę nienaruszone pozostały tylko skrajne przyczółki. Most oddzielał rozwalinę od miasta.

Beniamin przetarł kciukiem załzawione oko i spojrzał w prawo. Pół kilometra dalej stał kolejny most. Tutaj żelbeton zastąpiono innym materiałem. Przeprawa miała dwie kamienne podpory łączące się z trzema ceglanymi przęsłami. Stary łukowy most kiedyś służył do transportu kolejowego. Jakimś cudem przetrwał nienaruszony. Nawet z tej odległości bez lornetki widać było spacerujących po nim ludzi. Trzej strażnicy byli uzbrojeni w karabiny. Lufy broni mieli wycelowane w popielate niebo, ich mokra od mżawki broń błyszczała złowrogo. Wartownicy nosili gumowe płaszcze za kolana, głowy skrywali pod kapturami. Na nogach mieli ciężkie trzewiki, a na twarzach chusty zakrywające nos i usta. Beniamin dostrzegł na drodze furmankę, która powoli kierowała się w stronę kamiennej przeprawy. Obok fury, na wysokości drewnianego dyszla, szedł człowiek. Trzymał w lewej dłoni skórzane lejce. Powożący kierował parą krów dźwigających na karkach łukowate chomąta. Furmanka dotarła do punktu kontrolnego. Była nim niewielka drewniana buda pokryta gontem bitumicznym zgniłej barwy. Szlaban stanowiła drewniana żerdź zawieszona w poprzek mostu. Wykoślawione ramię leżało na wsporniku w kształcie odwróconego widelca. Woźnica podszedł do strażników, dłonią wskazywał na wóz. Ci ruszyli wolno do fury, nie przestając celować bronią w jego kierunku. Mężczyzna odwinął rzemienie przy burcie i podniósł nieznacznie brezentową płachtę. Przez chwilę widać było pryzmę jasnego żwiru. Jeden z wartowników zajrzał pod brezent, a potem sięgnął po długi, stalowy pręt, który stał oparty o strażniczą budę. Wbił go głęboko w piasek, wyciągnął i ponowił pchnięcie w innym miejscu. Na sekundę zamarł, a potem błyskawicznie odskoczył na kilka kroków od wozu. Szpicę ostrego pręta wycelował w furmana. Teraz pozostali wartownicy krzyczeli jeden do drugiego, by zaraz potem równocześnie skierować lufy karabinów w kierunku furmana. Ten uniósł ręce nad głowę, kręcił na boki głową. By być lepiej zrozumianym, zdarł z twarzy chustę. Miał długą, rzadką brodę i głęboką szramę na całej szerokości obu policzków. Wygrzebał z wielkiej kieszeni kawałek pomiętego papieru, zgięty w pół, w pozie pełnej uległości, skierował drżącą rękę z kartką w stronę tych dwóch z bronią. Strażnicy kategorycznymi gestami nakazywali mu, aby się od nich odsunął. Stał dalej przy wozie i tłumaczył. Z jego ust wydobywał się jasny obłok, który wędrował w ich kierunku. Natychmiast cofnęli się o krok. Wydawali ostre komendy. Mężczyzna nie słuchał, szedł dalej.

Wtedy powietrze przeszył huk wystrzału, zaraz po nim kolejny. Pociski powaliły furmana na bruk. Leżał w kałuży krwi szybko wypływającej spod skórzanego płaszcza. Próbował zatamować ją dłońmi. Płyn przeciekał przez rozcapierzone palce, wsiąkał w kurz i kartkę papieru leżącą przy jego rozerwanym brzuchu. Przestraszone krowy szarpnęły wozem, głośno mucząc ruszyły prosto na szlaban. Dzwonki zawieszone przy chomątach poczęły pobrzękiwać nierówno, racice dudniły po kocich łbach. Drewniana bariera pod naporem pękła niczym zapałka, wywróciła natychmiast wsporniki. Ciężkie zwierzęta parły na środek mostu, za sobą ciągnęły wóz. Strażnicy biegli za nimi, krzyczeli. Osadzili je dopiero serią karabinowych naboi. Krowy, rycząc, zaryły potężnymi łbami w kamieniach. Masywne chomąta zerwały się z ich karków i połamały szerokie łopatki, z krowich nóg wylazły ostre kości. Wóz z pękniętym dyszlem zakołysał się na boki, po czym uderzył w ceglane balustrady. Bariery nie wytrzymały potężnego żgnięcia, runęły w nurt rzeki. Siła uderzenia wypchnęła z osi mostu również furmankę, która do połowy swojej długości zawisła nad wodą. Jej tył niebezpiecznie bujał się w powietrzu, koła kręciły powoli, błyskając stalowymi obręczami. Wtedy spod sztywnej płachty wraz z piachem zaczęły wysuwać się błyszczące tuleje konserw. Część z nich spadła na bruk. Pozostałe, niczym krople wody z kranu, kapały do gigantycznego zlewu. Metalowy strumień z puszek wzmógł się, konserwy wpadały do spienionej toni, ginęły natychmiast pod wodą. Wartownicy rzucili się do wozu, który zsuwał się w przepaść. Chwytali blaszane cylindry, które sunęły po dnie pojazdu w kierunku dziury po burcie. Masywny wóz z piachem i konserwami ciągnął ze sobą martwe zwierzęta. Łączyły je z furmanką grube rzemienie i pęknięty dyszel. Martwe krowy zsuwały się z mostu, zostawiając za sobą krwawe ślady i jasne bruzdy po kopytach. Potem runęły wraz z wozem do rzeki. Tubalnemu pluśnięciu towarzyszyło ujadanie nastroszonych psów i przekleństwa kolejnych strażników. Ci przybiegli z drugiego przyczółka. Kilkunastu ludzi zbierało w pośpiechu rozsypane na moście puszki. Chowali je po kieszeniach, w szerokie cholewy butów, do przewieszonych przez piersi szmacianych toreb. Rzucali się jeden na drugiego, by walczyć o niespodziewany pokarm. Tłukli po twarzach puszkami, jeden drugiemu zdzierali chusty z twarzy. Zaciskali dłonie na szyjach, gryźli się wzajemnie, opluwali. Dołączyły do nich psy, które zdezorientowane wyły i kąsały nogawki turlających się po klepisku ludzi. Krzyki, wyzwiska i walkę zakończyła dopiero seria w niebo z karabinu, który trzymał w dłoniach stojący nieco z boku siwy długowłosy człowiek.

Beniamin niezdarnie zsunął się ze skarpy prosto na kamienny brzeg. Ból ramion i pleców nasilił się, a rana na szyi piekła coraz bardziej. Poraniona w pożarze skóra na głowie paliła, jakby właśnie na nowo rozpalono na niej ogień. Człowiek nie mógł schłodzić jej wodą z rzeki. Trucizna płynąca przez miasto zabiłaby go w ciągu kilku dni. Rzeka niosła hektolitry cuchnącej cykuty, które wyniszczały wszystko, co trafiło w jej powolny nurt. Wpływała swoimi gnijącymi odnóżami w grafitowy bezkres. Beniamin wszedł w miękkie błoto, między wystające z wody przybrzeżne zarośla. Rękami odsuwał kępy czarnej, sztywnej turzycy. Bylina, jak wszystko tutaj, była martwa. Dlatego kiedy chwytał za jej łodygi, kruszyła się w palcach. Nogi zapadały się po kolana w cuchnącej brei. Stawiał niepewnie kolejne kroki po niestabilnym dnie. By nie stracić równowagi, wyłamał z krzaków gruby patyk. Badał nim dno do chwili, kiedy kij nie utknął w mule i się nie złamał. Brnął dalej z rękoma uniesionymi do góry. Miejscami wpadał po biodra w zawiesinę, a wtedy mocniej waliło mu serce. Gdyby zatruta woda dostała się w rany na plecach, niedokrwione i zniszczone tkanki natychmiast wypełniłyby toksyny. Pożółkła skóra napęczniałaby od gnilnego gazu, trzeszcząc, pękła i wypluła brunatną krew zmieszaną z rzadkim zgniłym mięsem. Potem przyszłyby gorączka, nieżyt żołądkowo-jelitowy i postępujące błyskawicznie osłabienie. Na koniec otumanienie poprowadziłoby go w stronę topieli. Beniamin za wszelką cenę starał się chronić szyję. Rana, którą zębami zadała mu kobieta, była szczególnie groźna. Trucizna poprzez nerwy mogła bardzo szybko dotrzeć do mózgu. Czasu na ratunek byłoby wówczas niewiele. Beniamin wytężał wzrok w poszukiwaniu niewielkiej tratwy. Prymitywną konstrukcję wykonał z nadrzecznych konarów powiązanych konopną liną. Wygrzebał ją w ruinach sklepu, w którym sprzedawano artykuły żeglarskie. Tam też znalazł pod połamaną ladą duże pudełko z prezerwatywami i szwajcarski nóż oficerski. Prezerwatywy zabierał na spotkania ze starą kobietą, wielofunkcyjny nóż wykorzystał do budowy tratwy. Z każdym krokiem odczuwał coraz większe zdenerwowanie. Rzeczny pojazd ukrył na wysokości spalonego domu. Po szkieletowych ścianach zwanych „murem pruskim” pozostały ledwie dwa gnijące od wilgoci szachulce. Strach zaczął wypierać ból i zmęczenie. Mgła szybko opadała. Mżawka mieszała się z ciągnącym od wody chłodem. Gdyby nawet odnalazł tratwę, musiał pozostać w ukryciu do zmierzchu. Czuł pragnienie i głód. W kieszeniach spodni miał garść ziaren namokłej od wody pszenicy. Nie mógł jej zjeść. Ze wściekłością opróżnił kieszeń. Powoli docierała do niego myśl, że ktoś musiał odkryć jego tratwę. Wypatrzył go z brzegu, śledził, odczekał, aż odejdzie, a potem ją ukradł. Bał się. Pozostanie tutaj oznaczało śmierć. Złodzieje mogli wrócić. Za sobą zostawił rumowisko, w którym nikt nie udzieli mu schronienia i pomocy. Kobieta, która płaciła mu za wspólne noce, nie żyła. Kanciapa runęła, a wszystko, co w niej ukryła, pochłonął ogień. Myśli Beniamina powędrowały na drugi brzeg. Wśród ruin czekała na niego kobieta o imieniu Berenika. Była sama i bezbronna. Jeśli on nie wróci, dla niej będzie oznaczało to koniec. Nie przetrwa długo.

Za poharatanym mostem po lewej był las. Mdłe promienie światła uginały się w prześwitach, tworząc setki białawych stożków. Czoło dawnego ostępu pokryła ślepa martwica. Jakby tę część lasu, niczym u niewidomego źrenice, przepasano białą opaską. Stojące drzewa zamieniły się w trupi posusz. Upiorny drzewostan z daleka przypominał kratownicę z prętów kruchego białego żeliwa. U jego stóp rozścieliła się leżanina. Z wykrotów wystawały plątaniny korzeni w kolorze marengo. Ziemia pokryta była siedziskami z poszarpanych pniaków i kolumnami popękanych kłód. Konary przepaliły kwaśne krople nieustannie powracającej siąpawicy, a w dołach po potężnych roślinach stały kałuże skisłej wody z uwięzionym w niej leśnym robactwem. Żyjące tutaj kiedyś zwierzęta uciekły albo podusił je gęsty dym. Padlina leżała wszędzie. Odarte ze skóry i ścięgien zwierzęta pokrywała warstwa pęczniejącego iłu. Rozpuszczone skały dotarły w to miejsce z rzecznej doliny.

Beniamin nie miał wyjścia. Musiał za wszelką cenę przedostać się na drugą stronę rzeki. Po kamiennym moście krążyli uzbrojeni strażnicy. Szczegółowo kontrolowali ludzi i konne zaprzęgi pojawiające się przy drewnianym szlabanie. Widział, co zrobili z przemytnikiem. Mimo to myślał o skryciu się pod jednym z wozów. Mógłby podbiec do furmanki i uczepić się drewnianej zwory. Po namyśle odrzucił ten pomysł. Wartownicy mieli psy tropiące. Gdyby go odnalazły, zostałby przez nie zagryziony. Jedyna droga prowadziła nad wodą. Przez monokular widział ludzi spacerujących po zniszczonym nabrzeżu. Dochodzili do przyczółka mostu po lewej stronie, lecz żaden z nich nie odważył się wejść na metalowe belki. Nie było potrzeby kontrolowania tego miejsca. Nikt o zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się na wybranie takiej drogi. Dla Beniamina to była jedyna szansa. Na odbudowanie tratwy nie było ani czasu, ani budulca. Uważnie obejrzał resztki mostu. Po solidnych przęsłach pozostały pojedyncze metalowe teowniki. Miały szerokość ramienia dorosłego człowieka. Ułożono je przez całą długość mostu. Były wypiętrzone na środku, jakby jakiś rzeczny olbrzym naparł na nie plecami i tak już pozostały. Łączące je śruby i nity dawno przeżarła rdza. Teowniki wisiały dziesięć metrów nad okaleczonymi filarami. Metalowa wstęga delikatnie kiwała się na boki niczym huśtawka w sadzie. Jakby lewitowała nad stalowymi podporami, które trzeszczały jednostajnie. Od środka rozrywała je niewidzialna siła. W każdej chwili mogły zapaść się w odmęty. Beniamin wyszedł na brzeg i, przygięty do ziemi, przebiegł kilkadziesiąt kroków. Wyrównał oddech i znowu ruszył w kierunku zniszczonego mostu. W pewnej chwili jego prawa stopa wpadła w niewielką dziurę, wywinęła się na zewnątrz. Poczuł ukłucie. Zatrzymał się w miejscu. Wyjął stopę z dziury, usiadł na pokrytych mułem kamykach i zdjął przemoknięty trzewik. Nie było wątpliwości, delikatnie podkręcił staw skokowy. Na szczęście nie było krwiaka i opuchlizny, a ból był niewielki. Staw pozostał stabilny, mógł iść dalej. Gdyby zerwał więzadła i torebkę, dotarcie do mostu byłoby niemożliwe. Wstał i przeszedł kilkanaście kroków. Tym razem bardzo uważał. Dziur było znacznie więcej, wypłukała je w ziemi rzeczna zgnilizna.

Stalowy łęk mógł mieć długość pięćdziesięciu metrów. Szeroki na pół metra, piął się łagodnie ku górze. Na środku rzeki osiągnął swój najwyższy punkt, by dalej stopniowo opadać aż do kamiennej drogi. Przypominał kaleką, spłaszczoną na grzbiecie cykloidę. Beniamin zdjął z twarzy chustę i rozerwał ją zębami na dwie części. Owinął materiał wokół dłoni, tworząc prowizoryczne mitynki. Gałgany miały zabezpieczyć wnętrza dłoni przed opiłkami zardzewiałego metalu. Wcześniej ściągnął przemoczone trzewiki, połączył je sznurówkami i założył na karku. Pokonał pas mokrego błota i powoli wszedł na belkę. Przyjął pozycję klęczącą, dłonie oparł na krawędziach i z głową wysuniętą do przodu ruszył w kierunku drugiego brzegu. Belka pomimo mżawki była mocno nagrzana i szybko poczuł pieczenie oklejonych błockiem palców u nóg. Mimo tego nie zdecydował się założyć butów. Śliskie podeszwy w kontakcie z równie mokrą powierzchnią łuku mogły doprowadzić do utraty równowagi. Starał się nie myśleć o bólu. Przesuwał się ku środkowi rzeki, gdzie nurt był najbardziej dynamiczny. W dole kręciły się parskające gęstą pianą wiry. Widział obracających się w nich topielców. Zesztywniałe ciała były posklejane z konarami drzew. Demoniczne utopce tkwiły w rosochatych widłach, obejmowały pnie tak samo mocno, jak on swoją stalową krzywiznę. Nie chciał między nich spaść. Myśl o dotykaniu śliskich, napęczniałych ciał napawała go wstrętem. Równocześnie wspinał się coraz wyżej. Od tafli wody do belki mogło być nawet pięć metrów. Kabłąk obciążony człowiekiem kiwał się na boki jeszcze mocniej. W pewnej chwili jedno z kolan gwałtownie zsunęło się z metalu, a ciało ruszyło za nim, w prawo. Instynktownie przywarł do belki. Objął ją niczym najcenniejszy skarb. Leżał tak kwadrans, równając oddech i ocierając szmacianym gałganem zroszone potem czoło. Kiedy uznał, że jest gotów do dalszej wędrówki, podniósł się z pałąka i rozejrzał na boki. Ruch na kamiennym moście jakby zamarł. Strażnicy, psy i ludzie ciągnący na wozach do miasta gdzieś zniknęli. Beniamin pomyślał, że zrobił błąd, wchodząc na napiętą, stalową nić. Ktoś sobie z niego zakpił i w czasie, kiedy on ryzykował życie, zlikwidował strażnicę. Droga była wolna i bezpieczna. W następnej chwili pomyślał o czym innym. Most był pusty, bo wartownicy zauważyli go i ukryci czekali po drugiej stronie. Jeśli wcześniej nie spadnie w zakażoną kipiel, dopadną go zwyrodnialcy z wygłodniałymi bestiami na linkach. Ta myśl go sparaliżowała. Nie był w stanie wykonać najdrobniejszego ruchu. Czy na drugim końcu spotka go śmierć? Czy zatem warto iść? Wycofać się? Do czego? Znajdował się nad przepaścią w połowie drogi. Musiał podjąć decyzję. Wreszcie zadecydował. Nikogo tam nie ma. Musi w to wierzyć. Uda mu się. Dokona tego. Wróci do niej. Jest jej przecież potrzebny. Dlatego musi iść dalej. Teraz krzywizna zaczynała opadać. Beniamin ponownie zmienił pozycję i zaczął się czołgać. To sprawiło, że przemieszczał się znacznie wolniej. Koszula na jego piersi szybko się przetarła, a metal wraz z brudem wżerał się w piersi i brzuch. Nóż i monokular trzymane w kieszeni uwierały. Bał się, że szkło lunetki w kontakcie z twardą powłoką pęknie albo się porysuje. Starał się lekko unosić nad belką, by mieć jak najmniej otarć. Porwały się też spodnie. Skórę na kolanach i udach pokryła krew. Kiedy był kilka długości ciała od drugiego brzegu, metal pod nim zaczął chrobotać. Przez całą długość krzywizny przetaczały się przeciągłe odgłosy. Łuk syczał niczym gigantyczny błotny zaskroniec. Spod skorodowanych nitów słychać było zawodzenie. Ostatni element przeprawy właśnie konał. Beniamin, nie bacząc na ryzyko zsunięcia się do wody, poderwał się z belki i z rozłożonymi na boki rękoma przebiegł ostatnie metry, by na koniec wpaść stopami w przybrzeżną płyciznę. Wtedy usłyszał za plecami potężny huk. Kabłąk naprężył się i niczym wezbrana fala ruszył z drugiego brzegu. Fala wznosiła się, by zostawić za sobą błyskawicznie tracący sztywność stalowy ogon. Łby nitów, niczym karabinowe pociski, wystrzeliły serią wysoko nad rzekę. Inne popruły na boki. Spadały w nurt, tworząc na tafli wody setki przenikających się, pomarszczonych kręgów. Wtopione w metal zakuwki, niczym wężowe łuski, zostały w belkach i razem z nimi runęły do wody. Oleista ciecz wessała resztki mostu, który na zawsze przestał istnieć.

[…]


[pełny tekst do przeczytania w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.