05/2021

Piotr Kępiński

Biały sterowiec

Powieści i opowiadania Pawła Huellego to nieustająca gra ze światłem i cieniem jak w holenderskim malarstwie, ale nie tym z okresu „złotego wieku”, tylko ze szkoły haskiej, które ciągle jeszcze pulsowało „szarą godziną” i mrokiem, ale już było wypełnione lżejszą, impresjonistyczną barwą, wiatrem, słońcem, i to niekoniecznie zimowym.

Pełno w tej prozie „prześwitów” i „przerw w zabudowie” rzeczywistości i nierzeczywistości. Zdania są z jednej strony przyziemne i osadzone w realiach tak mocno, jak pieniądz w przedwojennym poznańskim czy gdańskim banku, z drugiej zaś falują na wietrze i pachną jak staropolska gęś z marmoladą albo czulent czy gefilte fisz. Gromadzą w sobie to wszystko, co daje życie, czyli wspomnienia, bibeloty, muzykę, ale także, a może przede wszystkim, poezję, która w swoich najciekawszych realizacjach, wychodzi poza schemat realistyczny i przechodzi w surrealizm albo w mistyczne rozważania o czasie, przemianie i religii.

Dariusz Nowacki twierdzi, że Huelle w najnowszym zbiorze opowiadań Talita nie zmienia swojego stylu: „pisze tak samo i mniej więcej o tym samym, zwracając się do publiczności pielęgnującej wyobrażenie o starej, solidnej literaturze”.

Ma rację. Wydaje się, że autor Castorpa uwielbia kontynuację jako metodę pisarską. Wyraźnie słychać, jak dopisuje dodatkowe wątki do poprzednich treści. Czytelnik bardzo łatwo wyczuje w pewnych momentach tej książki klimaty, które już poznał. Według Nowackiego „chodzi oczywiście o dziecięcego bohatera, figurę po części autobiograficzną, mieszkańca gdańskiej Oliwy, chłopca osadzonego w rzeczywistości końca lat 60. ubiegłego wieku, który próbuje odczytać znaki przeszłości, a te – jak liczne poniemieckie pamiątki – mocno go dezorientują”.

Ale Huellego oprócz dopisywania interesuje także „nadpisywanie” zdań, kontaminowanie wielu rzeczywistości po to, żeby wyzyskać z tych zabiegów inne światło, które rozjaśni sens albo zatrzyma go w miejscu, tak żebyśmy mogli lepiej przyjrzeć się twarzy, drzewu czy też kartce papieru. Podobnie jak Antoni Pawlak, który w swojej poezji minione metafory i frazy wrzuca niejako za swoje teraźniejsze zdania, tak Huelle czyni z obrazami, które budują jego opowiadania. Bierze dwa negatywy i łączy je w jeden obraz. Jak Joachim, bohater opowiadania Koncert.

W taki oto sposób autor Weisera Dawidka zapętla czasy, bierze je z różnych źródeł malarskich, literackich czy też filozoficznych i nadaje im, niczym holenderski mistrz, swoją sygnaturę.

Bywa jednak tak, że obraz, który z trudem komponuje, okazuje się pusty, chociaż jednocześnie pełny poezji: „Nad łąką wolno sunął sterowiec. Nie przypominał tych z encyklopedii. Ogromny, biały, z przodu miał kilka dziur w poszyciu, które przypominały blizny na pysku wieloryba. Kilka ludzkich figurek ciągnęło statek za pomocą lin. Za nimi biegł pies, również biały, odcinając się wyraźnie od równiny. Pstrykałem ujęcie za ujęciem aż do skończenia filmu.

Kiedy w łazience przerobionej na ciemnię przejrzałem stykówki, wszystkie klatki z łąki okazały się puste. Jakbym fotografował nieokreśloną przestrzeń. Jakbym wychodząc z pokoju, widział w zwierciadle swoją oddalającą się postać, która zanika w końcu po drugiej stronie”.

Huelle jest świadom, że zatrzymywanie czasu to sztuka, która udaje się nielicznym, i to tylko od czasu do czasu. Niemniej jednak nie jest ona niemożliwa, aczkolwiek podczas tej pracy trzeba być tak ostrożnym, jak archeolog, który dotyka starego pergaminu. A nawet bardziej.

W bodaj najlepszym opowiadaniu z tego zbioru, w Ryfce, Huelle bierze do rąk księgę albo właśnie pergamin ze starym tekstem i go kontynuuje. Kto wie? Może rozwija opowieść Owidiusza o nimfie Dryope, która zmienia się w drzewko jujuby (czy też lotosu, jak chcą niektórzy), po zerwaniu kwiatu z rośliny‑nimfy Lotys. „Stopy jej przywierają do ziemi, delikatna kora pnie się powoli do góry i zaciska w pachwinach, kobieta chce wyrywać sobie włosy z głowy, i widzi, że w ręce ma pełno liści” – tak pisał o tej metamorfozie Italo Calvino.

Losy Ryfki, która na cmentarzu przywarła do nagrobka i zmieniła się w bryłę lodu, ewidentnie korespondują z tą opowieścią: „Jedni mówili, że to dziadek Chaskiel ją przytrzymał mocą swoich dawnych cudów przy sobie. Inni, że anomalia ustąpi z wiosennymi roztopami i wtedy trzeba będzie urządzić na koszt gminy pogrzeb, bo jakże by to mogło być, żeby córka i wnuczka pobożnych żydów tak została – i to na cmentarzu – porzucona. Ale pogrzebu nie było. Minął marzec i połowa kwietnia, ostatnie łachy śniegu na północnych stokach Góry Marcina odkryły pod sobą zieloną ruń, na cmentarzu kwitły już w trawie mlecze, a bryła lodu z macewą i Ryfką wewnątrz pozostawała nietknięta. Nie imała się jej temperatura. Jakby promienie słoneczne mające władzę nad całą naturą tu akurat traciły swoją moc”.

Przeszłość nie może jednak trwać w nieskończoność, chrześcijanie zaczęli robić „rzeźbie” zdjęcia, Niemcy zamknęli cmentarz, następnie wywieźli Ryfkę do Berlina, gdzie bryła lodu po prostu się stopiła, jakby wiedziała, że nie jest to odpowiednie dla niej miejsce.

Czas się skończył. Cud zaistniał. Ból został unieśmiertelniony, ale tylko na krótką chwilę. Ci, którzy byli winni, nie mogli go zrozumieć, zatem rozpłynął się w powietrzu. Przestał istnieć.

W tym przypadku też mamy do czynienia z „pustym miejscem”, niemniej jednak musimy pamiętać, że zanim ono powstało, przestrzeń była pamięcią wypełniona. Dopiero po jakimś czasie odpłynęła w niebyt, ale nie w niepamięć. Bo niepamięć w świecie Huellego w zasadzie nie istnieje. Autor Weisera… zawsze szuka spoiwa, które może połączyć to, co było, z tym, co jest.

To zapewne dlatego w niektórych opowiadaniach znajdziemy znajomo brzmiące imiona czy nazwiska osób dzisiaj powszechnie znanych nie tylko w Polsce. W opowiadaniach pojawiają się między innymi rabin Szudrich, szafarz Gauden i doktor Herkus. Ten chwyt jest nie tylko ukłonem, mrugnięciem okiem w kierunku dzisiejszego rabina Polski, Grzegorza Gaudena (byłego dyrektora Instytutu Książki) czy znanego litewskiego pisarza Herkusa Kunciusa, to manewr kontynuacyjny i jak najbardziej przemyślany, związany ze wspomnianą już podwójną ekspozycją czasu, dzięki której enigmatyczna, odległa historia staje się namacalna i dzisiejsza. W takich zabiegach Huelle jest mistrzem.

Talita to misternie skomponowany zbiór opowiadań. Akcenty rozłożone są tutaj tak, jak trzeba, zarówno w samych opowiadaniach, jak i w całości kompozycji. Zawsze mamy partie narracyjne wprowadzające czytelnika w głąb świata albo człowieka, są fragmenty żywsze, dialogowe (świetne), są momenty bardziej refleksyjne, każda opowieść oznaczona jest kodą, czasami zaskakującą, częściej metaforyczną. Tempo, czas, tematyka, język – wszystko to chodzi w Talicie jak dobrze naoliwiona maszyna marki „Huelle”.

I nawet jeżeli mamy do czynienia z dłuższymi monologami, jak to się dzieje w przypadku rozgadanego nieco krawca Lipszyca, czytelnik nie jest w stanie, z niecierpliwością, przerzucić kartki, bo czuje w tych słowach nawet oddech bohatera: „ach tak, rozumiem, no przecież wiem, proszę pozdrowić brata i proszę mu powiedzieć, żeby przyszedł do mnie teraz, ulica Aldony piętnaście, tak wszyscy pozmienialiśmy adresy, od czego nieraz głowa boli i bezsenność bierze, Aldony piętnaście, dojazd z Gdańska tramwajem numer siedem jak na lotnisko, ostatni przystanek na Dzierżyńskiego i przez plac do mnie, jak brat pański obstaluje na jesień garnitur teraz, daję dziesięć procent zniżki, niech będzie piętnaście za te opowiadania, mam prima sort wełnę bez żadnych nowoczesnych wynalazków sztucznych”.

To się po prostu czyta. To jest taki rodzaj prozy, na który z przyjemnością się nawet patrzy. Sensy wydobywają się same, a nawet jeżeli trzeba im w tym nieco pomóc, to czytelnik ma wrażenie, że wystarczy do tego niewielka siła, potem wszystko płynie.

To nie jest jakieś „ta-ta-ta-ta-ta w górę… plum-plum w dół”, jak mówi Tekla, jedna z bohaterek opowiadania Koncert. Talita to poważna literatura, bez wątpienia, choć z fragmentami, przy których można skonać ze śmiechu. Bohater opowiadania Krawiec tak relacjonuje swoją spowiedź: „Poczciwy staruszek musiał najwyraźniej przysnąć, bo kiedy zacząłem milczeć po żalu za grzechy i prośbie o pokutę, nagle huknął na cały niemal kościół:

– Co? Co? Całowałeś się z psem i kotem?!

Cała klasa to słyszała. Piekielny chichot odbity od obrazów świętych i wizerunku Częstochowskiej zawisł za moimi plecami jak szyderstwo na wieki, a już najpewniej do końca szkoły.

– Nie – szepnąłem – nie z psem i kotem, ale – tu jeszcze zniżyłem głos, decydując się na ujawnienie szczegółów – z ciotką.

– Z psem i kotem nie należy się całować. No zjeżdżaj już. – I zastukał bez zadania pokuty”.

Takich majstersztyków w tym zbiorze jest cała masa. I to one, razem z arcysubtelną grą ze światłem, cieniem i czasem, budują atmosferę tej niezwykłej książki.

Paweł Huelle: Talita.
Znak,
Kraków 2020, s. 320.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.