2/2026

Anna Kowalska

Bohater i kurzel

I
– Hanka?

– Co ojczym życzą?

– Przyjdziesz do ciotki wieczorem? Marcin Sowa przyszedł z lasu i wieprza biją.

– Jak chcecie, to przyjdę, chociaż tam dość będą mieli do pomocy, bo i Anielka od Gondków będzie, i nasza Biedna będzie, a wieprzak mały. A ja mam do niedzieli oddać uprzędzoną wełnę pani Malewskiej. Dziś rano mi przyniosła dziewczyna od nich sody do mydła, żywicy i łoju, abym ino na niedzielę uprzędła, bo chce jeszcze przed świętami do oflagu mężowi pończochy posłać. Prosiła, żeby cienko prząść, to dwa tyle roboty. Ale mówię, jak trzeba będzie, to do ciotki przyjdę wieczorem. Zaś do Marcina mi nieśpieszno.

Michał mruknął – Ano – bo nie wiedział, co rzec, i zamknął drzwi. Tyle siły jednak zużył do tego cichego zamknięcia, ile by wystarczyło do trzaśnięcia drzwiami, żeby szyby zadzwoniły.

Michałowi słowa więzły w gardle, gdy miał do Hanki coś powiedzieć. Wolał już z księdzem rozmawiać albo z nauczycielką. Nieraz, kiedy drzewo piłował albo orał, to sobie układał takie rozmowy, w których by się wreszcie z nią dogadał. Ale gdy był z nią, to znowu mu nic właściwego na język nie przychodziło.

Byłby był posiedział w izbie Hanki, ale zawsze dostawał kaszlu, gdy kobiety wełnę czesały albo przędły. Baby mówiły, że to puch wełniany ulatuje i drażni mu płuca. Wiosną, jak kwitły sady, albo latem, jak zboża kwitły, dostawał gorączki i dusił się, że i po doktora Niewiarowicza ze Staszowa posyłali, by mu zastrzyk zrobił.

Michał przeszedł do swojej chałupy. Biedna wymiotła do czysta wióry i Michał wziął się do robienia koła. W stodole było mu za zimno, to się przeniósł do izby, gdzie dawniej z Agnieszką sypiał. Niepalone tam, ale zawsze cieplej. W kuchni sypiał z Walkiem, swoim ciotecznym synem, co pracował w młynie, w Rytwianach. Walek co ranka wychodził o świcie, a wracał nocą. Zjadał michę białych klusek z mlekiem, mył się i szedł spać. Tyle pociechy. Ale Hanka sobie Walka chwaliła, bo przywoził białej mąki i wódki na wymianę. Zarobek oddawał Hance, a sam się wódki nie tykał. Taki ślub zrobił, kiedy go Niemcy mieli w Rytwianach rozstrzelać. Stał pod murem młyna. Dziesięciu rozstrzelali, dziesięciu puścili. Walek wrócił do domu zielony i całą noc wymiotował. Na drugi dzień poszedł do kaplicy, wyspowiadał się, przyjął komunię i krzyżem leżał do wieczora. Sam ksiądz się za niego modlił, bo się bał, że Walek zmysły postradał ze strachu. Inni z tych, co ich nie rozstrzelali, wstąpili do Bechaków i następnego tygodnia zrobili napad na tych Niemców, co zrobili egzekucję, i ich pozabijali, ale Walek odmówił do nich przystąpić. – Ostawcie mnie – powiedział. – Jakem na ich mękę patrzył, bo nie każdego od razu trafili, tom Bogu przysiągł, że jak długo żył będę, ani człowieka, ani zwierzęcia nie tknę i życia odbierał żadnemu stworzeniu nie będę. Śmiejta się. Was od waszego nie odwodzę, może macie rację, że krew woła o pomstę, ale mnie zostawcie w spokoju. – I zostawili go wszyscy w spokoju. Michał się czasem z niego naśmiewał, ale Walek znosił drwiny spokojnie. Niedzielą mył się w gorącej wodzie, ubierał się porządnie i po mszy zasiadał nad książką. Przy domu nic nie robił, ale co wieczór coś do domu przynosił z Rytwian.

We wsi dokuczano Michałowi, że się po śmierci Agnieszki nie ożenił, chociaż dwa lata już, jak umarła, a rodzinę sobie zrobił z pasierbicy, z ciotecznego siostrzeńca żony i z Biednej. Michał odcinał się, że czeka na bogaczkę, bo mu się znudziło na dwu morgach gospodarować. Tymczasem wiodło mu się lepiej niż bogatszym od niego. Wprawdzie latem uznoił się, bo dwa morgi to mało do zbiórki, ale wiele do roboty, a Hanka chociaż pracowała, ale więcej wychodziło pożytku, gdy w domu siedziała. Robiła mydło, które dawała do sprzedania w Tarnowie, i jakieś mydło ze śmietanki i żółtek, o które się wszystkie panie dopytywały, przędła, robiła na drutach, szyła, pierniki piekła na sprzedaż co środy i piątki na jarmark do Rytwian i do Staszowa. Za robotę dostawała zboże, wełnę, drzewo. Tylko ta robota, którą lubiła, udawała się jej, paliła jej się w rękach. W domu było ciepło, czysto, jedzenie było tak tłuste i smaczne jak u nikogo. Michał co święta dostawał od pasierbicy taki prezent, jak dawniej przed wojną, gdy służył, od księcia. Mimo wojny miał dwie pary nowych butów, jedne czarne, jedne czerwone. Na imieniny zrobiła mu sweter duży aż pod szyję z pięknej brązowej wełny, skarpety wysokie, mocne jak ze skóry i rękawice. Nawet Kaśka, siostra Michała, co Hanki ścierpieć nie mogła, chociaż ją ciągle w gospodarstwie swoim potrzebowała i jak dzieci jej chorowały, to tylko Hankę o ratunek prosiła, nadziwić się nie mogła, jak ten sweter był zmyślnie i akuratnie zrobiony. Rękawy leżały jak ulał, ani się gdzie garbiło, ani zmarszczki żadnej, a na nim nie próbowała ani razu, tylko wedle nowej kamizelki skombinowała. Baby mówiły, ile to warte pieniędzy, ale jemu bardziej wydawało się warte podziwiania, jak się z tą robotą umiała zataić, bo chyba nocami robiła.

Nie wiedział, czy ją lubi czy nie lubi. Raz mu się wydawało, że chyba tak, i aż nieswojo się czuł, to znowu wściekłość go na nią jakaś brała i byłby ją bił. A o niej także nie wiedział, czy go lubi, czy nie znosi. Wiedział, że najlepiej lubiła być sama i oddychała z ulgą, gdy wychodził, jak tylko mogła, wymigiwała się z jego obecności, grzecznie, ale nieustępliwie. Nawet do kościoła, na jarmark, nigdy z nim samym nie szła, ale zawsze z jakąś dziewuchą lub przynajmniej z Biedną. Ale jak się kosą zaciął w ramię, to chociaż wtedy żandarmi byli właśnie we wsi i późno było, do samego oficera niemieckiego pobiegła i prosiła, by doktor niemiecki, co z nimi przyjechał, szedł ojczyma ratować. Ludzie wierzyć nie chcieli, by Niemcy człowieka ratowali, ale Hanka tak jakoś umiała powiedzieć, chociaż więcej jak dziesięć słów po niemiecku nie znała, że przybiegł doktor i krew zatamował, co aż na sufit z arterii sikała. Nauczycielka Kunecka mówiła, że Hanka nie powinna była iść do Niemców. A Hanka, co nauczycielki znosić nie mogła, uśmiechnęła się ukośnie i krzyknęła ze złością: – A tak wolę, że żyją, choć to ojczym. – Wtedy Michał myślał, jaka szkoda, że nie chłopak z niej. Harda, zuchwała, niebojąca się, mocna, uparta i tak dobrze wiedząca, czego chce, i to wszystko zmarnowane w dziewczynie. Widać i Pan Bóg tak trochę się wahał, bo miała w sobie coś z chłopaka i czasem nieznajomi, gdy szła w czapce, brali ją za chłopca.

Hanki chłopak, Staszek Brzoza, jak poszedł na wojnę z końcem sierpnia, tak przepadł. Fotografia jego stała na stole przy łóżku Hanki koło świętych obrazków, ale ona nigdy o nim nie wspominała. Przez pół roku chodziła chmurna, ale było to i niedawno po śmierci matki, tak że nie wiadomo było, czy za matką, czy za Staszkiem się smuci. Raz tylko, gdy Michał sparzył się gotującym się mydłem, krzyknęła: Staszek! – ale widać nie zauważyła tego, że się w imieniu pomyliła, a Michałowi zimno się zrobiło, jakby ducha zobaczył.

Koło domu chodziła jak żadna i Biedna miała za swoje, ciągle ją do roboty pędziła, a to wychodek szorować, a to piaskiem wysypać podwórza, jedliny przed próg rzucić do wycierania butów. Sama ciągle coś pucowała, czyściła, bieliła, ale gdy się coś stłukło czy zniszczyło, słówkiem nie pisnęła. Raz Michał przywiózł po Nowym Roku drzewa z sydzyńskiego lasu, co go Hanka dostała od pań z leśnictwa za robotę swetra, zmarzł był, że rąk nie czuł i poszedł do Hynka napić się samogonu z miodem i pieprzem, bo Hynkowi się syn urodził. Wypił trzy szklanki i gdy wrócił, trochę go wódka rozbierała. Gdy siadał do kolacji, zawadził głową o półkę, którą Hanka kazała była u Mrozka zrobić i która się popsuła. Zwaliła się półka, pospadały pudełka i stłukła figurka Matki Boskiej, którą ustrajała na majowe nabożeństwa. Hanka pozbierała wszystko z ziemi do fartucha i powiedziała łagodnie: – Nic się nie stało, skleję ją. Nie będzie poznać. A czy wolicie ziemniaki w barszczu, czy na misce? – Na misce – odpowiedział potulnie, ale chętnie by wywrócił cały stół za tę jej cierpliwość.

Wieczór przesiedział u Wydźgów i z przyjemnością słuchał, jak Kaśka przedrzeźniała Hankę. – Przeinaczona ona, ani wiejska dziewczyna, ani panna, ani dziewczyna, ani chłopak. Ot, kurzel, mówię wam. Tylko jak mi się kurzel przytrafi, to pod nóż, bo ani jajek nie składa, ani kogut z niego, tylko kury straszy.

[…]

Spisał z rękopisu 27 września 2025 r. Cezary Gawryś.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.