01/2022

Adam Tomczyk

Bunt w bibliotece

Drzwi miejskiej biblioteki stały otwarte na oścież. Na półkach z książkami było zamieszanie i kotłowanina. Szumiało, szeleściło, na zewnątrz dochodziły nawet pomruki i przytłumione krzyki. Z zapisanych kart wysypywały się całe fragmenty tekstów, zdania, wersy i pojedyncze słowa. Spadały na wypolerowaną posadzkę. Zdania gubiły wyrazy, słowa traciły litery, mieszały się znaki interpunkcyjne. Maszerowały potem korytarzem, przebiegały chybcikiem, potrącały się, byle szybciej opuścić pomieszczenia miejskiej książnicy. Wylewały się strugą przez drzwi, schodziły szerokimi schodami w dół na niewielki plac przed budynkiem biblioteki. Słowa beztroskie, trzpiotki, podlotki i kokietki, takie fiu bździu zjeżdżały po poręczach schodów. Wpadały na siebie z impetem, przewracały się, gmatwały i plątały. Chichotały przy tym i piszczały jak rozbawione dzieci. Wreszcie uwolnione z kart i kontekstów, rozglądały się wokoło jeszcze z iskierkami w oczach, ale już lekko zdziwione i czym prędzej uchodziły drogą we wszystkich kierunkach. Te ciężkie toczyły się, pełzały powoli, ale wytrwale przed siebie. Te lżejsze i leciutkie słowa, niejako rzucane na wiatr, podskakiwały wesoło, frunęły powietrzem, siadały na drzewach i krzewach, inne, jak szarańcza, ciemnym rojem pędziły przed siebie na oślep.

Kustosz biblioteki, Zbigniew Marciniak, stał oniemiały. Nie rozumiał, co się dzieje. Przecież to rzecz niespotykana i absurdalna. Nawet przez chwilę myślał, że dopadła go jakaś paranoja. Rozejrzał się wokoło. Drogą przejechał samochód, świeciło słońce i białe obłoki chmur wisiały na błękitnym niebie. Normalnie – pomyślał, ale jeszcze dla pewności uszczypnął się w udo. Poczuł ból. Przystąpił do działania. Usiłował zamknąć drzwi, ale napór czarnego mrowia był zbyt duży. Mocował się z drzwiami dłuższą chwilę, aż wreszcie odpuścił. Zdania, słowa i litery opuszczały hurmem bibliotekę. Kustosz z natury spokojny i uprzejmy, jedynie w chwilach zdenerwowania wykazywał oznaki nadpobudliwości, pobiegł do pobliskiego urzędu miasta zgłosić taką niesubordynację. Dotarłszy na miejsce, stukał, pukał w szybę służbowego okienka, aż pojawiła się za nim młoda urzędniczka.

– W czym mogę pomóc? – zapytała grzecznie z lekkim skrzywieniem ust, który miał oznaczać przyjazny uśmiech. W dłoni trzymała termometr.

– Do pana burmistrza, sprawa pilna – zawołał przez szybę na jednym oddechu.

– Czy jest pan umówiony?

– Nie. Mówię, że sprawa pilna, w dodatku służbowa.

– Nie ma pana burmistrza, wyjechał do urzędu marszałkowskiego – oznajmiła.

…Co robić? Co robić? – bił się z myślami Zbigniew Marciniak i postanowił zawezwać straż pożarną. – Już oni zaprowadzą porządek!

Komendant straży wysłuchał kustosza z uwagą i choć nie był przekonany do celowości podjęcia interwencji, pojechał z jedną rotą na miejsce incydentu. Kilku strażaków wpadło w przyłbicach z tłumicami, bosakami i zaczęli z werwą zawracać słowa z drogi na plac przed biblioteką.

– Zlokalizować zagrożenie! – krzyczał komendant.

Strażacy bosakami ściągali z drzew słowa na ziemię. Dwóch innych tłukło tłumicami trawę i niskie krzewy, ciężkimi trepami deptali słowa, a one od tych razów zaczęły jęczeć, stękać, bzyczeć, kwiczeć i piszczeć cienko, aż rozpadały się na pojedyncze sylaby i głoski.

– Nie! Tak nie można! – wołał kustosz. – Poranione słowa tracą sens i znaczenie. Jak je później w zdania włożyć i w książki powkładać?!

– A jak? – obruszył się komendant. – Przecież na łapanie słów nie ma żadnych procedur. Kartki można łapać, słowa na papierze, gdyby nawet płonęły, wodą zalać czy gaśnicą proszkową ugasić albo kocem gaśniczym przydusić. Luźne słowa, litery – tego nawet nie widać. Jest i po chwili nie ma, uleci. Inne za nim podąża albo w stronę przeciwną biegnie. Jedno drugiemu przeczy. Panie! Ja w tym żadnego rozeznania nie mam. U mnie musi być konkret, co da się złapać, przydusić, bosakiem zahaczyć i z ognia wynieść – argumentował i kiwał głową na potwierdzenie swych słów. – A tu ognia nie ma. Jak się palić będzie, wtedy wiadomo. Na razie tu zagrożenia nie widzę – komendant strzelił focha, odwrócił się na pięcie przepisowo przez lewe ramię i odszedł w stronę strażackiego wozu.

Rota odjechała. Na nic zdała się taka interwencja.

…Może policja pomoże? – pomyślał kustosz i pobiegł na posterunek.

Już od drzwi wołał i objaśniał sytuację. Oficer dyżurny, aspirant Drąg, patrzył na niego zza szyby dyżurki. Wreszcie zdecydowanym gestem dłoni przerwał kustoszowi chaotyczną mowę. Nakazał się przedstawić z imienia i nazwiska. Skrupulatnie zapisał to w zeszycie i dopiero wtedy spytał w czym rzecz. Słuchał zdumiony, a na koniec zapytał, czy jest w tej sprawie poszkodowany i czy zgłasza wniosek o interwencję. Znowu wpisał wszystko do dziennika dyżurowego. Trwało to dłuższą chwilę. Kustosz się niecierpliwił.

– Zgłoszenie przyjęte – wreszcie oznajmił dyżurny posterunku policji. – Na tę chwilę nic nie mogę pomóc, bo wszyscy policjanci w liczbie trzech sprawdzają tych na kwarantannie. Jak któryś radiowóz wróci, to wyślę niezwłocznie na miejsce zdarzenia.

– Czy mogę rozmawiać z komendantem posterunku? – spytał zdenerwowany Marciniak.

– Nie ma komendanta.

– A gdzie jest?

– Nie jestem upoważniony do udzielenia takiej informacji – odrzekł poirytowany aspirant.

– To jak się z nim skontaktuję?

– Znajdzie go pan na Facebooku.

Przed książnicą kustosz zastał dwie bibliotekarki. Stały spłoszone, nie wierzyły własnym oczom. Ucieszyły się na widok dyrektora biblioteki. Obawiały się, że padł ofiarą tego bałaganu, buntu, a może nawet sprawki sił nieczystych. Kustosz w kilku zdaniach opowiedział im, co się dzieje.

– Coś takiego, panie kierowniku, żeby tylko numery ewidencyjne zostały i kartoteki, bo jak zrobimy ewidencję ubytków?

– Pani Ewo! Ratować trzeba, nie myśleć o ubytkach. A wczoraj nic niepokojącego pani nie zauważyła?

– Nie. Robiłam melioracje i od kurzu rozbolała mnie głowa.

– Nie było żadnych oznak niepokoju?

– Może książki się zbuntowały, bo chciały do ludzi, panie dyrektorze – powiedziała pani Jadzia.

– Ale jak, skoro od miesiąca nie wolno pożyczać?

– Właśnie dlatego.

Kustosz zamyślił się. Przyszło mu do głowy, że to rzecz nienormalna, kiedy ludzie siedzą w domu, mają czas na czytanie dla siebie lub dzieciom, a książek nie mogą pożyczyć. Może z tego to poruszenie w bibliotece? Takie rozporządzenia mogą wywołać różne reakcje. Spojrzał kustosz na bibliotekarki i powiedział już pewny siebie.

– Niechże panie wejdą do biblioteki. Tylko włożyć maseczki!

– A cóż my tam poradzimy, panie dyrektorze? – pani Ewa zapytała z obawą.

– Na miłość boską, idźcie tam. Może w dziale zbiorów regionalnych uda się zapobiec niepokojom?

– Ale tam tak szumi. Jak tam wejść w sam środek rewolucji?

Zbiory regionalne to oczko w głowie kustosza Marciniaka. Odkąd objął posadę kierownika tej miejskiej książnicy, gromadził wszelkie książki o regionie. Miał dość pokaźny zbiór pierwszych wydań z dedykacjami autorów i sporą liczbę autografów. Tropił te wydania niczym pies myśliwski ustrzelonego cietrzewia. Zdobywał za wszelką cenę, bo były dla niego bezcenne. Chwalił się nimi i miał uznanie u władz miasta za tę inicjatywę; to adres pochwalny, to medal zasłużonego dla kultury na wstędze w miejskich barwach. Choć wiedział, że łaska pańska na pstrym jeździ koniu, dawało mu to motywację. Dbał o tę półkę regionalizmów, bo to kulturowe dziedzictwo i korzenie tej społeczności. Gdyby je teraz stracił… Był świadomy, że zbiory pierwodruków trudno odnowić, dawne karty pocztowe z widokiem swojego miasta to bezcenny rarytas, a zdobyć na powrót autografy byłoby już niemożliwe.

– Proszę was, idźcie tam. Trzeba po dobroci z nimi porozmawiać. Tak z uczuciem jak do niesfornego dziecka, po matczynemu. Panie umieją. Ja czekam na policję, może uda się zdyscyplinować zbiegłe słowa.

Policjanci podjechali na sygnale. Rozejrzeli się dokładnie, chwilę rozmawiali z kustoszem. Sierżant Mrowiec przez tubę zaczął nawoływać nieposłuszne słowa do powrotu na biblioteczne półki. Na nic zdały się jego wezwania, prośby, a również straszenie konsekwencjami prawnymi. Słowa i pojedyncze litery były obojętne, a nawet nieme na wezwania policji. Starszy posterunkowy Solak zaczął wypisywać mandaty słowom, które nie przestrzegały żadnych norm społecznego zachowania. Skupiały się za blisko siebie tak, że można je było czytać jednym cięgiem. Stanowiły gęstą masę czarnych liter, a na dodatek żadne z nich nie miało maseczki ochronnej czy nawet przyłbicy.

– Na taką niesubordynację musi być kara. Mandatami trzeba te wszystkie rozwydrzone słowa zdusić w zarodku – rzekł sierżant Mrowiec i też wyciągnął z kieszeni bloczek z mandatami.

– Jakże słowa karać? – spytał kustosz zakłopotany.

[…]


[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.