09/2021

Łukasz Saturczak

Chłystowie. Historia rodzinna
(fragmenty)

Rożdiestwo Preswiatoj Bohorodicy, 1942
Ołeh Hryńkiw, pomocnik w tutejszym młynie, najprzód usłyszał szczekanie psa, później zobaczył postać. Spokojny (sława Bohu!) koniec dnia zakłóciło szczekanie, które ucichło po uchyleniu furtki. Jedni gadali: gospodarz schował psa w drewutni. Inni: trzymanego na dwóch łańcuchach wilczura, który jednego tylko lata zagryzł nioskę i pogonił plebana z sąsiedniego chutoru, świtowan oswoił, głaszcząc po szorstkim grzbiecie. Od tego dnia zwierzę czekało cierpliwie na pieszczoty, a głosu nie podniosło już nigdy. Tak mówili ludzie. Rozpowiadali także, że dzieci z chat leżących przy drodze do Zabłotowa nie bały się skracać marszruty nad płytszą część Prutu i śmielej przecinały gospodarstwo Ołeha, który najprzód usłyszał ujadanie psa, później zobaczył postać.

Nie spał. Dręczył kaszel. Dłonie odmawiały posłuszeństwa. Ale nie to martwiło Ołeha. Żniwa minęły, część ziaren czekała na zmielenie, część była zmielona. Dziś Mateusza. Ludzie szykując się na zimę, jechali do Hucułów po futra – zimy ostatnie ostrzejsze, sprzed dwóch lat szczególnie, czort wie, co przyniesie ta za mniej niż sto dni, myślał pomocnik młynarza. On nowego futra nie potrzebował kupować; miał kożuch, pewny, ciepły, pięknie obszyty. Lata temu przywiózł spod Worochty. Takich już nie znajdziesz.

Do Hucułów jeździli Jewreje, ale Jewrejów nie stać, mniej ich zresztą. Wszyscy wiedzą, wchodzą do lasu i z niego nie wracają, jak zeszłej jesieni w Szeparówce, wszyscy wiedzą, bo wieści szybko się rozchodzą, a szybkie wieści ratują tu życie. Jeździły do Hucułów Lachy, ale ci pojechali na wojnę, z której nie wrócili, a inni uciekli do miast. I Rusini też jeździli, ale i oni już nie jeżdżą; biegają po lasach albo z pałkami pilnują porządku. Ołeh pamięta jednych i drugich, jak z mlekiem pod nosem ledwo w młynie worki nosili – batki pożytku z nich nie miały, ale i dziś nie mają, bo ich dzieci uciekły do lasu albo porządku pilnują. Na wojnie dorastasz raz-dwa, ale gubisz głowę, mówił Ołeh, ale nie to go martwiło. Ani to, że nici z wykopków – Rożdiestwo Preswiatoj Bohorodicy, trzeba odpocząć. Jutro, jak pogoda dopisze i jeśli córka wydobrzeje. To zajmowało jego głowę.

Dłonie zabandażował. Na kaszel machnął ręką. Poszedł do cerkwi z samego rana, kiedy było czuwanie, i wpisał potrzebę na listę. Tak mu doradzili. Taka wieść po wsi poszła, że batko Dmytro przyszedł z południa i ludzi leczy. Inni gadali, że nie z południa, ale wschodu, a ktoś inny kazał, zresztą słusznie, że to jego strony, mateczka spod Kołomyi, więc jak mógł skądś tu przyjść. Nie obchodziło to Ołeha, prostego Rusina, który jako jedyny od początku wojny ostał się w młynie, gdzie służył już Polakowi, niejakiemu Rybkowskiemu, którego bolszewicy jeszcze jesienią wywieźli hen jako wyzyskiwacza, później pod tymi bolszewikami, kiedy młyn należał do wszystkich, a najbardziej należał do nich i teraz za hitlerowców, gdy młyn znów stał się własnością prywatną, tym razem Rusina – Stećki. Ale nie było to ważne, bo ważne, żeby do niego przyszedł. I przyszedł.

W świetle lampy, którą prosił przybysz trzymać dalej od siebie, zachowując się przy tym jak bies straszony wodą kościelną, Ołeh zobaczył brodę, czarny habit, krzyż zawieszony na mocnym rzemieniu i, co przykuło jego uwagę, bliznę pokrywającą sporą część twarzy nieznajomego, który z miejsca kazał dać miskę, wiadro ciepłej wody, wykrochmalone szmaty i świętą ikonę, którą widział w rogu izby. Gospodarz kilka chwil próbował przyjrzeć się obliczu nieznajomego, ale zawstydził się swojej ciekawości i poszedł po nakazane rzeczy. Przyniósł też Ołeh Hryńkiw butlę bimbru i podsunął gościowi pod brodę, ale ten odmówił, zasłaniając usta dwoma palcami. Przybysz postawił na stole drewnianą skrzynię na metalowe zatrzaski, wybrał z niej kilka szklanych buteleczek i obaj poszli do pokoju, gdzie leżała córka.

Światło księżyca, pełnia będzie za trzy noce, przebijało się przez cienkie gałęzie starych wiśni, po czym uderzając w okiennice, rozjaśniało kawałek izby, gdzie nie sięgał płomień lampki. Przesunęli łóżko na środek pokoju, aby świtowan mógł je bez przeszkód okrążać. W ogniu lampy błyszczała mokra skóra dziewczynki, jej oczy, co chwilę niknące pod zmrużonymi powiekami, próbowały dostrzec twarz gościa, ale próba dłuższego skupienia kończyła się jękiem bólu, majaczyła. Gość ściągnął kołdrę, usiadł na skraju i przyłożył dłoń do jej czoła. Było mokre i gorące. Położył na nie tkaninę, którą uprzednio zamoczył w wodzie. Przyjrzał się dokładnie wyciągniętym ze skrzynki flakonikom, wybrał jeden i zawartość chwilę wcierał szybkimi ruchami w dłonie, a następnie rozmasował ciemny olej, który konsystencją przypominał rzadki miód, po chudym i ciemnym ciele dziewczynki. Zakrył płynem drobne włoski, strupy, siniaki. Gdy skończył masaż, na wysokości piersi zawinął dziewczynce szary bandaż i nakazał, aby w nocy nie wychodziła spod kołdry, ale wraz ze świtem ma wypić zostawiony na stole napar. Dał do ucałowania ikonę. Postawił na nakastliku i zaczął modlitwy: – Spaty – powiedział i wołając gospodarza, nakazał, aby ten wypuścił psa na straże. Co się działo potem, jest domysłem. We wsi gadali to i owo. Podobno ojciec czuwał przy córce, po czym, gdy spaliła się nafta w lampie, oddech pociechy zaś stał się spokojniejszy, zasnął i gospodarz. Był to pierwszy od dni spokojny sen. Śniły mu się dobre zbiory.

Córka miała przybiec rano. Mimo ciepłego dnia, nakazał założyć huculski kożuch i biec do cerkwi, przepraszając za nieobecność w czasie Narodzin Bogurodzicy, dziękczynić za wyzdrowienie. Gospodarz usiadł przy oknie. Czekając na powrót pociechy, wystukiwał niecierpliwie rytm w takt wycia psa, które nie było ostrym ujadaniem, do czego się przyzwyczaił, ale raczej melodią tęsknoty, jakby strażnik jego domostwa czekał na powrót gościa – przez chwilę myślał, co się właściwie wydarzyło, ale po zdaniu sobie sprawy, że nie może objąć tego głową, postanowił wysprzątać obejście oraz przygotować strawę.

A wieść błyskawicznie płynęła Prutem. Nie omijała żadnego miasta, chutoru, gospodarstwa, cerkwi czy kolonii. Jedni wierzyli, inni nie, ale czekali wszyscy. Może pomoże, może nie, kto tam wie, ale zaszkodzić w tych czasach mocniej się nie da. Skąd był? Może na początku obchodziło to ludzi, bo lubią wiedzieć, ale czy uleczył ich Rusin, Moskal, Jewrej, Lach czy Hucuł, nie miało znaczenia. I tak każdy zostanie tym, kim był, bo Rusin pokocha Moskala, a Polak pochyli się nad Rusinem, bo ktoś kogoś poratował? Nie trzeba mądrych ksiąg, żeby wiedzieć, jak się sprawy mają.

Kiedy ludzi jeszcze zajmowało życie Dmytra, to gadali, że zaczynał wędrówki pod koniec lata i trwały one do śniegów. Skąd był? Kim byli rodzice? Do jakiego zakonu (jeśli w ogóle) przynależy – jedni spotykali go w katolickich klasztorach Jarosławia, inni przysięgali, że całą zimę widzieli zakonnika opiekującego się drewnianymi cerkwiami na niższych zboczach Karpat. Miał przez dziesięć lat omijać miasta, bo choć odwiedzał monastyry rozrzucone od Kijowa po Kraków, to nigdy tych miast nie odwiedził, tak jak unikał wizyt w Sanoku, Drohobyczu, Przemyślu i Lwowie. Podobno. Gadali, że odwiedził Stanisławów, ale tylko, żeby narobić rabanu w miejscowej rzeźni. Czy tylko tam była ubojnia, a zwierzęta w innych galicyjskich miastach cierpiały mniej? – pytano, ale Dmytro zbywał te pytania, jak zbywał oskarżenia o duchowe hochsztaplerstwo.

Co było prawdą, a nie gadaniem, które lecąc z miasta do miasta, ze wsi do wsi i odbijając się wzgórz Czarnohory wracało echem do tych, którzy historię Dmytra wymyślali, w wersji tak innej, że nie byli w stanie uwierzyć, że to ich własna opowieść. Był Dmytro lekarzem, którego wyrzucono za nielegalne praktyki z Uniwersytetu Lwowskiego, inni mówili, że relegowany z uczelni został za uczestnictwo w protestach przeciwko dyskryminowaniu ukraińskich studentów. Jeszcze kolejni, akurat ci mieli rację, gadali, że owszem na Uniwersytecie Lwowskim studiował, ale nie Dmytro, ale jego ojciec Piotr, ale i tu zdarzały się nieścisłości, bo rodziciel nie zdawał na lekarza, jak się powszechnie przyjęło, tylko na farmaceutę, ale i on uczelni miał, ze względu na walki we Lwowie, nigdy nie ukończyć.

To rodziło większą ciekawość tych, którzy cokolwiek o życiu Dmytra wiedzieli. Ci, którzy kojarzyli go z tragedią, mającą miejsce w Bolesławcu niedługo po wojnie z bolszewikami i później po jego wyjeździe z matką i bratem do Kołomyi, z której miała pochodzić rodzicielka zakonnika, rodowita Hucułka.

Dlaczego nie poszedł w ślady ojca – znanego w regionie aptekarza, który zdążył odbyć praktyki u Zdzisława Łacnego? Dlaczego Bóg? Co się stało z majątkiem zgromadzonym przez przodków? Jakim cudem (austriackiej krwi) zakonnik, nie wyjechał do Wiednia, nie mówił w niemieckim, nie wybrał innej drogi niż pełne galicyjskiego gówna karpackie ścieżki? Mówili, że to wina tragedii, inni gadali o klątwie, wyrzutach sumienia, które miały go od lat trapić. Historii było tyle, ile życiorysów. A co było prawdziwe? To, że dzień Narodzin Bogurodzicy rozpoczął od utreni w jednym z gospodarstw obok Kołomyi, gdzie zatrzymał się na noc i pomagał przy rąbaniu drewna. Później wyruszył wzdłuż rzeki pomagając tym, którzy prosili. Miał odwrócić się plecami do ziemi matki i ruszyć na północ, do uniowskiej ławry, postanawiając, że zacznie jeszcze raz.

[…]


[Ciąg dalszy w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.