01/2018

Marek Sołtysik

Ciało i krzyż

Wędrowny sprzedawca relikwii, licho ubrany człowiek ze złamanym nosem, umiejący jednak czytać i pisać i czujący się w całej Europie jak u siebie w domu, zatarł ręce, spostrzegłszy z oddali błyski i jasne, kolorowe plamki, jak dziwne motyle wpadające w jesienny krajobraz − wymalowany przez naturę brązami opadających liści dębu, złotem olszyn, żółcienią klonów, winną czerwienią grabów, ciemną zielenią sosen, z prześwitującymi gdzieniegdzie skałami.

Jest! Wreszcie w pierwszych dniach października, po tylu perturbacjach, odmowach, zwodach ze strony królowej matki, kiedy źle się działo na ziemiach polskich i panowie już tracili nadzieję na ujrzenie Jadwigi Andegaweńskiej, zjawiła się ona w Polsce.

To ponad dwa lata od nocy z 10 na 11 września 1382 roku, kiedy Ludwik Wielki Węgierski, cały w cieknących wrzodach, oddał duszę Bogu. Tyle czasu Polska bez króla.

Pojawia się ta, na którą czeka korona. Jej przyjazd z południowego zachodu traktem tatrzańskim, drogą świętej królowej Kingi, poprzedziły doniesienia kurierów, zamieniających po zajazdach konie spienione na wypoczęte. Nikt nie miał pewności co do jej wieku. Jadwiga, może trzynastoletnia, rosła panna, przybywała tym razem wyjątkowo bez matki. Nie sprawiała wrażenia zakłopotanej, nie była zmęczona. Elżbieta Bośniaczka miała ważne sprawy do załatwienia. Dotyczyły one wielkiej polityki. Widocznie z nadmiaru roszczeń mocarstwowych wyparowała z niej intuicja. Ani przez chwilę nie zaświtała jej myśl, że z najmłodszą córką nigdy się już nie zobaczy.

A te kolorowe niby motyle plamki wciąż się zbliżały i sprzedawca relikwii upewnił się, co one oznaczają. Tak, to orszak przyszłej królowej Polski. Króla Polski; króla, co jest młodą kobietą! Widział to świat? − A czegóż to świat nie widział − powiedział sam do siebie półgłosem i rozejrzał się płochliwie na boki. Cofnął się nieco, schował tobołek za krzakiem tarniny i sam położył się tak, żeby go nikt nie widział i żeby mu było wygodnie. Co zauważył, od razu zapisywał sobie w myślach.

Oto więc najpierw co najmniej przez kwadrans przed oczyma przewijają się powoli jadące powozy − konie, noga za nogą − a w powozach dwór podróżny; co za ozdobne pojazdy pańskie, ach, jakie sztukaterie! Wewnątrz bryk jedni, widać, pogrążeni w drzemce, inni, zwłaszcza damy i dzierlatki, wyglądają ciekawe wszystkiego. Widok im trochę zasłania połyskująca pancerzami zbrojna straż i na dodatek orszak szlachty węgierskiej w malowniczych, przepięknych rzeczywiście strojach.

Obserwator wiedział, że na końcu pochodu będą jechać wozy z tym całym legendarnym bogactwem młodej królewny; to się obejrzy potem, zawsze się kiedyś zdąży… a teraz, uwaga: wytężyć wzrok i nie dać się nakryć, bo człek gardłem zapłaci!… Przypłaszczył się, znieruchomiał, podziwiał. Oto jest: sędziwy, jak on znosi trudny podróży? − ach tak, to on − arcybiskup strygoński i najwyższy kanclerz królestwa węgierskiego z czasów Ludwika Wielkiego, czcigodny, wszechwładny kardynał Dymitr, namaszczony w Stolicy Piotrowej legat papieski, zwierzchnik duchowieństwa polskiego. Druga postać przed głównym pojazdem: postawny czarnowłosy mężczyzna, a przy tym bystry, Jan, biskup czanadzki; już dwa lata temu poznali go panowie polscy, gdy posłował od królowej Elżbiety w czasie zjazdu w Wiślicy. Dwa kroki dalej feeria barw, a i zapach aż tu, pod tarninę dochodzi upajający, róża, mirra, zdaje się, że nie piżmo, tylko kora jakaś specjalnie pachnąca i coś jeszcze zniewalającego, więc to fraucymer przyszłej królowej: już to panny z licami brzoskwiniowymi, z koroneczkami misternymi przydającymi blasku brązowym i czarnym włosom, już matrony o rysach surowszych, bo to soki zaczynają wysychać, ale o oczach połyskujących czarownie… I wreszcie!

Właśnie z przystrojonego bajecznie bachmata zsiada ona; dworzanie podbiegają, królewna pokazuje, że nie jest jej potrzebna pomoc, przeciąga się, robi kilkanaście kroków; zaraz, zaraz, czy się uśmiecha? Nie. Przesiada się do strojnej kolebki, błękitnej z pozłocistymi ozdobami, podtrzymywanej po bokach przez pokojowców i chronionej przez żołnierzy z gwardii przybocznej. Pogoda niemal jak w lecie; bezwietrznie, słońce dojrzałe, silne, a przy tym rześko. Nieopodal bieleją mury przewygodnego wewnątrz, ale stąd dziko wyglądającego zamku w Czorsztynie, osadzonego na skalistych górach − samotniczej nad Dunajcem dziedziny księcia opolskiego Bolka.

„Kostropaty to musi być kraj dla takiej królewny” − pomyślał zaczajony sprzedawca relikwii. W tym momencie coś mu wleciało do nosa. Może to była nitka babiego lata, może okruszek spadającego liścia, dość, że człowiek ten pękłby, gdyby nie kichnął. Kichając − i był to tyleż wyczyn, ile cierpienie − robiąc to celowo, zsunął się wraz z zawiniątkiem z bardzo stromego zbocza. Potłuczony i z twarzą całą w piasku i drobnym żwirze, zupełnie już niewidoczny od gościńca, dobrze jednak słyszał gwałtowne głosy, popatrzył w górę i w jednej chwili cały pokrył się potem: obłoki przeszyło naraz kilkadziesiąt strzał.

„Jeżeli wyżyję, to będę miał co zbierać − pomyślał. − Strzały przepięknie wykonane, nadzwyczajnej jakości; no-no, ależ poświst!”

Ze strachu jednak stracił przytomność. Potem być może zasnął. Przebudził go chłód. Pierwszą myśl: „Nie zabili mnie, tylko wtrącili do lochu” − jako głupią unicestwiło w zalążku wycie wilków. Domyślił się, że jest noc, orszak dawno już przeszedł. Sprzedawca relikwii wymacał w zanadrzu krzesiwo, jeszcze bardziej zakopał się w piasku. − Cywilizowani uzbrojeni ludzie już poszli − powiedział do siebie szeptem − teraz trzeba uważać na wilki.

Udało mu się wykrzesać ogień. Małe ognisko zapewni bezpieczeństwo przynajmniej do świtu.

Tymczasem po incydencie z jakimś dziwnym ni to rykiem słonia, ni pianiem olbrzymiego koguta i w następstwie tego z pięknymi strzałami węgierskimi puszczonymi na wszelki wypadek, a w każdym razie na postrach, orszak dworu podróżnego bez niczyich w tej mierze rozkazów ruszył szybciej; konie szły bardziej żwawo; wyjechali z dzikich ostępów przeciętych gościńcem i znaleźli się na otwartej przestrzeni: jasnej i czystej. Dawno minęli pogranicze Węgier i Rusi. To już ziemie polskie. Pola, łąki, które jeszcze przed kilkunastu laty były niedostępnymi puszczami, w dali zabudowania, siedziby ludzkie i tylko na widnokręgu lasy, a za nimi góry. Osady i miejscowości, wieże niedawno pobudowanych kościołów, mury klasztorne opactwa Cystersów w Szczyrzycu. I zamki rycerskie, mocno omurowane, malowniczo sterczące − z dala od chat wieśniaczych − na szczytach skalistych gór. Na ich wieżach powiewają herbowe proporce na znak niepodległości rycerskiej. Poniżej fosy, mosty zwodzone, sterczące grzebienie obronnych bram. Takie to siedziby możnowładców krakowskich, przygotowane we wszystkim na przyjęcie znakomitości, zabiegały o udzielenie gościny już zanadto strudzonym jeźdźcom.


Niby bez powodu odczuła lęk o matkę. Niby − bo nikt jej nie powiedział o niebezpieczeństwach czyhających na ziemiach rakuskich w ogniu wojny domowej. A poza tym − było nie do pomyślenia, by w obecności Zygmunta Luksemburczyka cokolwiek groziło królowej. Oczywiście pozory, lecz o tym przy okazji. Jadwiga jednak doznawała sensacji, gdzieś bardzo głęboko, w środku ciała, szczególnych: jakby tam nagle zapanował najstraszniejszy mróz. Na zewnątrz zwyczajnie, a w środku, tam… sople kłuły. Były chwile, kiedy te dziwaczne dreszcze mijały − i wtedy bywało jeszcze gorzej, zwłaszcza przed zaśnięciem: kiedy zamykała oczy, nic nie dało zaciskanie powiek; widziała matkę w brązowej mgławicy i coś jej mówiło, że to jest kolor zakrzepłej krwi.

Tylko tęsknota za Wilhelmem była mocniejsza niż te upiorne wizje.

Sen mara, Bóg wiara. To, co się działo wokół, nie pozwalało na czarne myśli przynajmniej w dzień. Kiedy wypoczęci w niejednej gościnie u możnych rycerzy, w ich górujących nad okolicą zamkach, na rozstawnych koniach dojeżdżali pod Kraków, na skalistych Krzemionkach, skąd widać było miasto, błyszczącą w słońcu wstęgę Wisły i wstążeczkę Rudawy, na wzgórzu Lasoty, miejscu świątecznym jeszcze w czasach pogańskich, przywitał ich kolorowy, wesoły orszak. Ci spośród młodzi, którzy Jadwidze najbliżej oddawali pokłon, nie mogli się nadziwić tej tak zwanej wówczas kolebce, inaczej pałubie, w której podróżowała. Miękko wyściełane błękitnym materiałem przetykanym złotem, podróżne schronienie pełnej uroku młodziutkiej damy wykonane było z precyzją, gwarantowało wygody. Ale co tam kolebka! Ona sama! Twarz, szyja, pochylenie głowy jak ze świętego obrazu. A oczy! Sama czystość, lapis lazuli.

Dokoła świąteczny zgiełk, muzyka najrozmaitszych instrumentów, dzwoneczki; świdrujące do głębi czyjeś, znać, że ludzkie, naśladowanie głosu różnych ptaków, zawsze bowiem z charakterystycznym dla wykonawcy zaśpiewem, przeto nieco upiorne, rzecz jasna, gdyby się kto uparł, bo przecież ogólnie miało być miło, serdecznie, swobodnie, a jednak z wyczuciem chwili pełnej powagi, choć szczęsnej.

Dopiero spośród tego ludzkiego kolorowego, ruchliwego tła wyłoniły się mocno zarysowane postacie dostojników, gospodarzy stołecznego miasta: na czele więc procesji złożonej z duchowieństwa, mieszczaństwa i, jak się rzekło, ludu, przechodzili pod swymi fantazyjnymi chorągwiami przedstawiciele kapituły i klasztorów, ciągnęli najwytworniej poubierani dumni panowie krakowscy. Zwiewne jedwabie, połyskujące srebrem pasy, za nie wetknięta misternie cyzelowana krótka broń. Ich miękkie a grube jak mech, fantastycznie kolorowane kołpaki przyciągały wzrok. Niemniej dumni niż pany przedstawiciele cechów rzemieślniczych szli pod chorągwią rady miejskiej, od rady zwanej radziecką, z wyszytymi na niej złotem herbem Krakowa i kluczami. Każdy cech potem podążał z odrębnym proporcem, charakterystycznym to dla szewców, to dla zamożnych pasamoników (za wyszycie złotem i srebrem kobiecej sukni trzeba było zapłacić równowartość trzech wołów roboczych w czasie posuchy na woły), to znowuż dla balwierzy, dla piekarzy, masarzy − a na każdym proporcu, jak na chorągwi głównej, te same złote klucze.
Ci, którzy podchodzili w pobliże Jadwigi, nieśli dary, właściwie miłe sercu podarunki, drobiazgi charakterystyczne dla osób i stanów. No i niekończące się dźwięki surm, piszczałek, trąb, fletni, fujareczek. Rytm bębnów i bębenków. Pląsy i krotochwile. Kuglarze, trefnisie, opłaceni z kasy miejskiej, facecjoniści niepożyci, zapewniali ludowi niewybredną zabawę (a i niejeden duchowny i rajca, mało, a pękłby ze śmiechu, wyłapawszy aluzje) i towarzyszyli wszystkim do bram miasta. Poza tym widać było prawdziwą radość najprostszych z przybycia tego czegoś nowego. Z akcentem wielkiego świata.

O, już blisko! Słychać dzwony.

I bramy miasta. Biel, złoto, brązy, czernie. Złoto, brązy i czernie to zwieńczenie najczystszej bieli. Biel to suknie najśliczniejszych dziewic, a te pozostałe kolory to ich włosy, upięte fantazyjnie, trefione lub wijące się naturalnie. Uważając, żeby gorący wosk świec nie obryzgał im sukien, śpiewając, zwracały także uwagę na dykcję, melodia natomiast sama wychodziła im z ust. Zmierzchało; teraz uroczyście i malowniczo wyglądały wielkie świece i pochodnie w rękach duchownych. W pełgającym świetle nabierały niezwykłej powagi wybudowane w ostatnich latach mury i wieże kościołów. Kiedy już orszak zbliżał się do Stradomia i doskonale widoczny Wawel zamykał horyzont, mrok począł ogarniać ulice, ale tylko na moment; oto przed każdym domem zapalono latarnie, a jakby tego było nie dosyć, zapłonęły na placach stosy ogniste, przy których śpiewy i dozwolone swawole nabierały siły i tempa.

Wjazd na górę, urządzony łagodnie, serpentynowo, również był oświetlony licznymi pochodniami dzierżonymi w dłoniach pachołków, uczniów, młodziutkich terminatorów. Na samej górze, gdzie cała olbrzymia dziedzina była gładko wyłożona kamieniem, królewna Jadwiga zsiadła z bachmata, rozprostowała się, długo wpatrywała się w ciemniejący krajobraz, najpierw zlustrowała stronę, z której przybyła − widnokrąg zdawała się przecinać krwawa nitka zabłąkanego rozciągniętego obłoczka. Odwróciła głowę − w prawo. To było mniej groźne, bardziej zajmujące: w srebrzącej się jeszcze gdzieniegdzie tafli Wisły tliły się gorące punkty − to ogniska odbijające się w wodzie.

Odsunęła dłonią kogoś, kto jej proponował kolebkę. Cóż po miejscu w uginających się miękkościach, kiedy podchodzi się do katedry!

Wspaniała, niedawno postawiona budowla; w jej podziemiach już spoczywają snem wiecznym pradziad i dziad Jadwigi: królowie Władysław Łokietek i Kazimierz Wielki. Ojciec Jadwigi spoczywa daleko stąd, ale… skąd nagła pewność? „Ja tu spocznę!”

Podchodzą − wiedziała, że tak jest w planie − z relikwiami wynoszonymi z katedry. Kiedy wkraczała na schody, co chwila z innymi relikwiami podbiegał do niej kolejny młody duchowny. Czuła świętość tych bezcennych szczątków, w natchnieniu dotykała dłonią ozdobnych relikwiarzy, marząc bardzo głęboko, w głębiach znajdujących się jak gdyby w okolicach modlitwy, że niebawem znajdzie się sam na sam z najświętszymi… Szła, wydawało się jej samej, że zasypia. Ale oto blask, świece, twarz Chrystusa z krucyfiksu, oczy Boga spoza krucyfiksu, spojrzenie… A oto trzeba od osoby przybocznej przyjąć sakwę ze złotem i drogimi kamieniami, i złożyć ją stosownie jako swoją królewską ofiarę na głównym ołtarzu.

Jadwiga odpoczywała po podróży, a tymczasem wokół trwała przedkoronacyjna gorączka. U dam dworu upewniano się wielokrotnie, czy na pewno Jadwiga nie przywiozła z Węgier korony Bolesławów, którą jej ojciec, Ludwik Wielki, po swej koronacji zabrał do siebie na dwór węgierski. Także berło i sławny Szczerbiec pozostały w Wyszehradzie. Ale panowie polscy wiedzieli, że nie wolno zasypiać gruszek w popiele; tak długo czekali na zjawienie się Jadwigi. Nie ma co, bez ceregieli: musi wystarczyć dawna korona żeńska… służąca do koronowania nie królowych, lecz małżonek królewskich.

Tę koronę, pozostawioną bez obaw przez Ludwika w skarbcu wawelskim, jako kompletnie niezdatną do ceremonii, możni uznali teraz za właściwą i nie ma dyskusji. No tak… na wszystko znajdzie się rada. Ale po kolei.

Rano 15 października, w dniu imienin Jadwigi, zgromadzili się na Wawelu wielcy panowie, magnaci i wyższe duchowieństwo. Od dziecka znany Jadwidze kardynał Dymitr, przybyły z Węgier jej doradca, arcybiskup strygoński i legat papieski w Polsce, z towarzyszącym mu czanadzkim biskupem Janem rozpraszali resztki poczucia obcości młodej Andegawenki, zwłaszcza że i polskiemu duchowieństwu, obok arcybiskupa gnieźnieńskiego Bodzanty, przewodził miły od dziecka jej sercu i przywodzący pamięć o ojcu biskup krakowski, ów jej świętej pamięci ojca domowy doktór, Jan „Mały” Radlica.

Po wspólnej modlitwie pokropiono Jadwigę wodą święconą. I orszak: w promieniach przedpołudniowego słońca dojrzałej jesieni w pochodzie do katedry kroczyli magnaci i możni panowie, kwiat rycerstwa, za nimi duchowni, potężni władzą i włościami, opaci w infułach, z pastorałami, w szatach pontyfikalnych biskupi, następnie dygnitarze koronni z insygniami władzy królewskiej. Brakowało, jakeśmy nadmienili, oryginalnych piastowskich insygniów, korony, berła, jabłka i Szczerbca − wiemy, gdzie te klejnoty spoczywają − kasztelan niósł koronę, tak, damską, ale jeszcze inną, nie tę niefortunną, zarzuconą w skarbcu. Ta, o, spójrzmy, jaka oryginalna, jaka piękna! Proszę bardzo! W złotym słonecznym blasku w niesionym majstersztyku złotnictwa poznajemy − acz z trudem w chwili tak uroczystej − opisany przez kronikarzy podarunek, owo „«liliami ubrane» nakrycie głowy, które sławna babka Elżbieta zapisała testamentem Jadwidze”.

Jadwiga, z długimi szerokimi wstęgami wplecionymi na modłę francuską w gęste, rozpuszczone włosy koloru miodu lipowego zamkniętego w szkle, opalizującego w słońcu, wysoka, idzie pod złocistym baldachimem trzymanym przez panów i ważniejszych dworaków. Cały ten przepych przysłania wojewodę z, hm, zastępczym berłem. Inny wojewoda za to dobrze widoczny jest w całej swojej niewygodzie: kroczy z nie wiadomo jakim cudem w tak szybkim czasie sprokurowanym, za bardzo jakoś pozłocistym jabłkiem. Jeszcze inny wojewoda z trudem łapie oddech, spocony pod ciężarem potężnego miecza. No cóż, ale cały ten blichtr wynagradza postać królowej, od której nie można wzroku oderwać: jej strój koronacyjny to kapłańska alba, tunika, dalmatyka, a na to narzucony płaszcz królewski, zwany kapą, na stopach złote sandały. Ze słońcem próbowały konkurować liczne pozapalane świece trzymane w setkach rąk dworzan i szlachty, otaczających i niejako chroniących pochód do katedry. Wokół baldachimu królowej szły dostojne niewiasty, krakowskie ksienie i przeorysza. Trąbki, flety − żeby czasami nie było smutno.

Już weszli.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.