Od lat witam szczodrze rozłożone na szerokich stołach kolorowe tomiki poezji, a obok nich nowo wydane powieści w wielu językach. Wczoraj ich miejsca zajęły poradniki i publikacje typu „zrób to sam”. Oto przykładowe tytuły intruzów: „Jak pozbyć się stresu w ciągu jednej nocy?”, „Czy można być przyjacielem własnej rodziny?”, „Jaki zawód jest dla mnie odpowiedni?”, „Co to znaczy być kobietą?” i „Co zrobić, aby szybko zasnąć?”. Na środkowym stole, na podświetlonym podwyższeniu, pięły się w górę niebieskie tomy wydawnictwa Politikens Forlag, pod tytułem Kongeord (Królewskie słowa) opublikowane w 2024 roku. Zawierały wywiad dziennikarza Jensa Andersena z naszym nowym królem Frederikiem
Czy opisana zmiana wyglądu księgarni (mam nadzieję, że chwilowa) jest kolejnym świadectwem czytelniczego kryzysu i oznacza, że coraz mniej osób czyta literaturę piękną, poezję i powieści? Że chętniej sięgamy po porady konkretne i praktyczne? I że właśnie dlatego je kupujemy i czytamy?
W konwencjonalny sposób próbują poprawić złą sytuację znane dzienniki, na przykład „Berlingske Tidende”, wydawany w Kopenhadze od 1749 roku, i „Politiken”, założony w 1884 roku przez brata Georga Brandesa, nadal drukując omówienia i recenzje książek „najlepszych”, „najbardziej wartościowych” i „nagrodzonych w wielu krajach”. Co niewiele zmienia. Nawet recenzenci z naukowymi tytułami nie potrafią powstrzymać czytelniczego kryzysu. Czy zatrzymają go oficjalne kampanie w szkołach – jak to się dzieje w Skandynawii – przeciwko bez reszty zaprzątającym uwagę uczniów mediom elektronicznym? Nie wiem. Ale wiem, że moi wnukowie i ich koledzy nie czytają książek, bez przerwy zanurzeni w tabletach, smartfonach, instagramach… Podobnie zachowują się dorośli.
Sytuacji nie poprawiają nawet regularne spotkania twórców z czytelnikami poświęcone powieściom kryminalnym. Odbywają się one w marcu każdego roku w dawnym państwowym więzieniu w miejscowości Horsens. Ostatnie, w 2024 roku, zgromadziło wielu pisarzy, dumnych z tego, że dwadzieścia pięć procent duńskich czytelników czyta przede wszystkim, a może nawet wyłącznie, tworzone przez nich kryminały.
Zazwyczaj uznani krytycy pragną rozbudzić zainteresowanie czytelników, omawiając książki wywyższone nagrodami Bookera czy Nobla. A przecież także ta działalność nie powstrzymała upadku czytelnictwa literatury pięknej.
Może winna temu jest także niezwykła w naszych czasach płodność humanistyki, z której osiągnięć korzystają krytycy? Wszak są oni prawie bez wyjątku absolwentami, a nawet pracownikami wydziałów humanistycznych.
Po upadku stalinizmu obserwowałem w Polsce krótką (bo szybko zduszoną cenzurą) walkę dwóch rywalizujących teorii – oficjalnego marksizmu i neopozytywizmu. Po 1956 roku, w rezultacie osłabienia dogmatów marksistowskich, socjologowie Andrzej Malewski i Stanisław Ossowski mogli powrócić do dobrze wypróbowanych w międzywojennej Polsce narzędzi analitycznych, aby wykazać nielogiczność lub alogiczność pewnych fundamentalnych przekonań marksistów, na przykład wiary w to, że „baza kształtuje nadbudowę”1.
Gdy przyjechałem do Danii w 1970 roku, spotkałem bardzo niewielu zwolenników neopozytywizmu. Od razu zostałem wrzucony na głęboką wodę zachodniej humanistyki, gdzie teorie zmieniały się prawie co roku – wpierw napotkałem strukturalizm, potem poststrukturalizm i marksistowsko wykładany postkolonializm, aż nadeszła pora teorii feministycznych (które negowały wartość innych teorii jako „zbyt męskich”), po których powitałem ekologizm, społeczny konstruktywizm i oczywiście postmodernizm. W latach osiemdziesiątych minionego wieku pracowałem w uniwersyteckim eksperymentalnym instytucie wielodyscyplinarnym Det humanistiske Forskningscenter, gdzie prawie natychmiast po „dzień dobry” (god dag), mówiliśmy: „postmodernizm”. Miał on tę wyższość nad pozostałymi teoriami (czyli odrzuconymi już „prawdami”), że pozwalał badaczom na nieco większą swobodę w wyborze i opracowaniu interesujących tematów. Dzisiaj możemy mówić o nowym etapie (i z pewnością nie ostatnim), mianowicie o posthumanizmie i humanistyce digitalnej, sterowanej za pomocą sztucznej inteligencji. W dodatku coraz częściej dowiadujemy się o skandalach wśród jurorów głośnych nagród. Wystarczy wymienić wydarzenie w Akademii Noblowskiej sprzed kilku lat.
Czy może zatem dziwić, że zarówno krytycy, jak i czytelnicy zaczęli powątpiewać w prawdziwość dowodów opartych na teoriach głoszących wyższość jednych książek nad innymi, a zatem i w kompetencje krytyków – skoro prawie za chwilę nowa teoria może wydać odmienny wyrok krytyczny i skoro straciliśmy wiarę w niezłomny obiektywizm jurorów głośnych nagród?
Bukdahl kieruje wzrok w przeciwną stronę niż uznani krytycy – nie patrzy w górę, na książki wyrastające ponad inne, lecz w dół – ciekawi go bowiem literacka podściółka leśna. Pyta: skąd się bierze literatura? Jak rodzą się pisarze? Krytyka nie odstraszyły wyżej opisane niedogodności literatury pięknej. Aby uniknąć niepewności sądów krytycznych, jawnie postawił na niepewność. Paradoks? Pozorny. Właśnie o tym mówi określenie nagrody jako „Bukdahls bet”. Angielskie bet (a prawie wszyscy Duńczycy dobrze znają ten język) oznacza „zakład”, „założenie się o coś”. Słowniki języka duńskiego są bardziej surowe: szukając adekwatnej etymologii wyrazu bet, zwracają się ku francuskiemu bête i wyjaśniają jego znaczenie jako „stratę” lub „przegraną” (na przykład w karty lub kości). Zatem nagroda duńskiego krytyka jest w najlepszym razie zakładem, a zatem i wiarą, że nagrodzone książki staną się zaczątkiem wartościowej literatury. Ale krytyk wcale nie wyklucza innej możliwości: że jego ocena okaże się nietrafna, a wyróżnieni twórcy/twórczynie nigdy więcej do pisania nie powrócą. Mimo to zamiast patrzeć „w górę”, na książki znane i nagradzane, Bukdahl zajął się pisarzami in spe, debiutującymi autorami i autorkami jednej książki, których przyszłość na rynku księgarskim jest nieznana. Pyta: dlaczego zatem piszą?
Zdobywca „Bukdahls Bet” może także, w zależności od upodobań, wybrać jedną z wielu nagród rzeczowych. Oto przykłady tych wyróżnień: „Sześć kilogramów wyładowań atmosferycznych z północy‑północnego wschodu i dziwne chmury, całkiem jasne, a nie ciemne. Może występować mgła… o, nie już zniknęła”, „Biały dym, oznaczający wybór papieża Grzegorza Pierwszego…”, „Myszka komputerowa. Niestety, 4 kwietnia 2024 roku zmarła2 podczas pisania książki Jak narodził się Bóg”.
Czy można wyraźniej podkreślić, że literatura piękna nie jest (jedynie?) przedsięwzięciem konwencjonalnie poważnym, „kształtującym aspiracje społeczeństwa” – jak nas tego nauczył romantyzm – ale także grą, zabawą, a może nawet indywidualnym kaprysem twórcy? Że jedynie w ten sposób potrafimy skorzystać z ukrytych możliwości języka, co często negują ideolodzy i politycy?
Wśród twórców nominowanych z okazji tegorocznego jubileuszu dwudziestolecia nagrody są autorzy wierszy i powieści, zazwyczaj drukowanych w wydawnictwach, ad hoc powołanych do życia3. W poetyckiej książce Anny Dyhr zatytułowanej (uwaga: neologizm!) Traumecke (Forlaget SoEL) i określonej jako „wywiad z drzewem”, czytamy:
Gadam ze sobą: Hallo!
Widziałam malutkie, świeże drzewko,
ale żaden dźwięk nie wydostał się z jego warg.
22 stopnie. Szarość. Plamy słońca. Drzewa mówią.
Ja proszę o choć jeden odgłos złamanej gałęzi,
który przywróci mi spokój, please.
Ale zdobywczynią tegorocznej nagrody została Bobbi‑Johanne Østervang, autorka książki opublikowanej przez wydawnictwo Laboratoriet for Æstetik og Økologi i zatytułowanej Må du gå i køkkenet og ikke i krig (Czy możesz pójść do kuchni, ale nie na wojnę?), w której tak zwraca się do… kogo?
Dzięki temu nie zasnę, czytając moim dzieciom na dobranoc.
Niechaj nadejdą twoje uczynki i wypełnią nasz dom.
Może wówczas zapomnę, do jakich klas istotnie należymy.
To mówi autorka do… robota, zapewne niepozbawionego wysokiej sztucznej inteligencji, który pomaga jej w utrzymaniu domowego porządku. W rozmowie z redaktorami tygodnika Bobbi‑Johanne Østervang wyjaśnia, że jej książka „opowiada o codzienności i o świecie, o szczypcie utopii i o naszych wyobrażeniach o roli robotów we współczesnych społeczeństwach, a także o tym, jak one powstały, w jakim celu i za jaką cenę”.
Kilkakrotnie przywoływałem w tym eseju pojęcie natury. Odwołanie się tegorocznej laureatki do maszyny‑robota, nie związanego bezpośrednio z naturą, wcale nie osłabia znaczenia tego pojęcia.
Bukdahl jest bowiem przekonany, że pisanie i czytanie są – właśnie! – naturalnymi potrzebami‑czynnościami człowieka. To dlatego nadal istnieją pismo, książki i czytelnicy.