01/2018

Monika Válková Maciejewska

Czechy

W sierpniu 2017 roku w Kulturních Novinach1 ukazał się felieton Petra Kovářa, w którym autor dowodzi, że kiedy człowiek interesuje się sztuką, czyta, ogląda czy słucha, przyrasta mu kawałek mózgu; staje się niejako o część mózgu rozumniejszy, mądrzejszy o milimetr, o centymetr ciekawszy. Prawda ta, oscylująca między mantrą (dla humanistów) a mitem (dla umysłów ścisłych), rozpoczyna dyskurs o randze sztuki we współczesnym świecie. Warto sobie uświadomić, że brak wrażliwości artystycznej zubaża człowieka, a artystyczna ślepota odsyła wręcz na peryferie elitarnego porozumienia niezależnie od obszarów zawodowych, w których się poruszamy. Otoczeni sztuką, ubolewa Kovář, albo jej nie zauważamy (vide architektura czy rzeźba), albo jesteśmy na nią obojętni. Z uśpienia budzimy się gwałtownie dopiero w zderzeniu z brakiem. I tego właśnie czeska kultura ostatnio boleśnie doświadczyła.

25 września 2017 roku odszedł tragicznie Jan Tříska, jeden z aktorów Miloša Formana, przyjaciel Václava Havla, nazywany cudownym odkryciem teatru, idolem, czeskim Jamesem Deanem. Niezapomniane kreacje w produkcjach czeskich i amerykańskich (Ronin, Skandalista Larry Flint, Jedna ręka nie klaszcze, Żalary), brawurowe role teatralne po obu stronach oceanu (w dramatach Szekspira) były świadectwem nie tylko wielkiego talentu, ale także uporu artystycznego. Rzadko komu bowiem uda się odnaleźć aktorsko w kilku językach. Nieco wcześniej, 16 września, Czechów opuścił Petr Šabach, pisarz, którego książki stanowiły inspirację dla wielu twórców filmowych (Pod jednym dachem, Pupendo i in.). O tych stratach szeroko informowały czeskie media, wiele miejsca poświęcając sylwetkom artystów i wspomnieniom o nich jako o tych, którzy całkowicie oddają się sztuce.

Refleksje o końcu i najbliższej przyszłości tworzyły jesienią główny nurt czeskiego dyskursu kulturowego, i to nie tylko w perspektywie śmierci tak wybitnych osobistości. Kiedy w miesięczniku Host pisarze wypowiadają się na temat przyszłości państwa i literatury, to badacze raczej zastanawiają się nad drugą stroną literackiej twórczości, czyli odbiorcą i, wbrew pozorom, nie wieszczą czytelnictwu katastrofy. W wydanej niedawno książce Česká čtenářská republika: Generace, fenomény, životopisy (Czechy czytające. Generacje, fenomeny, biografie) Jiří Trávníček przekonuje, że czytelnictwo w Czechach ma się dobrze, a kondycja czytelnika jest o wiele lepsza, niż można wywnioskować z badań. Zaskakująco trafny podział odbiorców na trzy grupy (czytelnik miejski/regionalny, alternatywny i transmedialny) pomaga badaczowi wyjaśnić, co czytamy i dlaczego. I o ile w Polsce dyskusja o czytelniku i czytelnictwie rozwija się na bazie samego materiału (vide Przemysław Czapliński i teoria literatury centrum), to Trávníček powodu szuka w samych odbiorcach (na haczyk popularności literatury kryminalnej łapie się coraz więcej odbiorców, bo często jest ona zauważana i recenzowana. A jak jest o niej głośno, to powinno się po nią sięgnąć). Trávníček jest daleki od dzielenia literatury na elitarną i egalitarną i z całym dobrodziejstwem inwentarza stara się czytelnika zrozumieć. Szczera w sądach jest też Kateřina Piorecká, która otwarcie przyznaje w wywiadzie udzielonym czasopismu Tvar (2017, nr 15), że w zasadzie jako badaczka nie wie, co tak naprawdę się czyta. Komentarz ten w ustach cenionej krytyczki literackiej wybudza z letargu. Wynikałoby z niego, że czytelnicy (wszyscy) i badacze literatury (mniejszość) choć w boju o czytelnictwo maszerują w tym samym kierunku, to niejako daleko od siebie. A może tego samego im po prostu czytać nie wypada?

Wydaje się, że punktem wspólnym dla czytelników wszystkich maści będzie niezmiennie Szwejk. Tym razem chodzi o kolejny przekład dzieła Jaroslava Haška na język francuski. Rzecz jest warta wzmianki, ponieważ do tej pory Francuzi mieli tylko jedną wersję arcydzieła o mężnym wojaku, z lat, bagatela, trzydziestych XX wieku! Tę, która wyjdzie za mniej więcej rok, sporządził Benoit Meunier, były student bohemistyki z paryskiej Sorbony. Tym samym Francja dołączy do grona krajów, które szczycą się kilkoma przekładami tej wciąż przywoływanej pozycji. Polska ma tych przekładów trzy (Hulka-Laskowski 1931, Józef Waczków 1991, Antoni Kroh 2009), pierwszy od ostatniego, podobnie jak we Francji, dzieli dobre ponad pół wieku. Do tego dodajmy inscenizacje filmowe i teatralne (ostatnio w rolę Szwejka wcielił się Zbigniew Zamachowski w przedstawieniu Dobry wojak Szwejk idzie na wojnę, którego premiera odbyła się w czerwcu 2017 roku w warszawskim Och-teatrze). Echa powieści Haška w Czechach nie milkną: dziełu temu i postawie Szwejka sporo kart poświęcił też Patrycjusz Pająk w studium Groza po czesku. Przypadki literackie, które ukazało się w czeskim tłumaczeniu Michaly Benešovej (Hrůza v české li­te­ratuře, Akademia 2017). Tutaj z kolei Szwejk uosabia „potworność zwyczajności”.

Z potwornością, której świadkami byli mieszkańcy polsko-czesko-niemieckiego pogranicza, mieliśmy także do czynienia na pierwszej edycji festiwalu Filmfest w Starym Mieście pod Śnieżnikiem. Prezentowane w październiku obrazy były tak dobrane, by ukazać wojenne i powojenne życie regionu. Należy mieć nadzieję, że festiwal, traktujący o tak drażliwych symbiozach, będzie miał swoje kolejne odsłony.

Zatoczyliśmy więc koło. Czeska kultura ostatniego czasu straciła wielu ze swoich twórców i aktywnych uczestników, ale zyskała bodziec do wspomnień. Wspomnień szerokich, bo dotyczących wszystkich; ewokacji raczej egalitarnych niż elitarnych. To zjednoczenie kulturowe, mimo że w stracie, jest optymistyczne.

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.