Co wyciągasz, jest zazwyczaj krótkie. Ostrożnie, małymi łyczkami, bo gorące. Mógłby to być opad, kiedy podnosisz następnie głowę, coś między zagubionym rojem pszczół – ach, mógłbyś śpiewać wówczas hymn Gdy uciekają roje, gdy uciekają pszczele roje – a stadem miejskich kawek. Tymczasem przykryty do snu aluminiową folią, na której skwierczy węgielek, miałkie bryłki żywicy zaś pod szklanym kloszem, dopala się czerwony dzień, stygnie gęsta farba.
Co ukryjesz, tego spróbuj się dopatrzeć z mętów twarzy, słabo oświetlonej, stopnia kondensacji mgiełki w białku oka, rozwodnionej linii brzegowej tęczówki. Za kredycik na maszynę do kręcenia włoskich lub amerykańskich lodów, za witrynę w centrum miasta. I zalewowe ogródki działkowe, i zalewowe osiedla socjalne. Kiedy chowasz się przed światłem, twoje udomowione zwierzęta… Ciche kroki od zaplecza, zwinne, zakrzywione palce, brud pod pazurkami. Zimne oczy kamer.
Co odwrócisz, co spróbujesz wynieść, zwróci się, jak szkolne mundurki, wychowanie fizyczne pod sumiastym wąsem, mokra moszna i piekące uda skryte komunijną albą. Płaska jak stół ziemia nie będzie cię już nosić. Kiedy pielisz ziele między warzywnymi rajkami, tak szczęśliwa, dłońmi przesypując grudki nawozu z pieczarkarni. Darzy się, darzy. Wietnamczycy na fermach drobiu i w ubojniach. Darzy się, darzy. Ukrainki na zmywakach i w dyskontach. Kongijczycy, Syryjczycy w chłodniach, w bakach paliw, między plandekami. Darzbór, drogie dziecko, lepiej to już było.
Co mogłabyś zatrzymać, jeśli już raz napełnić puste? Gdy pod warstwą krzyku jest to pulsowanie, lekko od moczu kwaśna wydzielina, śluz lub ejakulat. Jak to pachnie? Nie trzeba długo się zastanawiać, by umieścić ucho w centrum. Zatrzymać i przestawić tory, zmienić wózki, sto piętnaście milimetrów, wolframowy, uranowy rdzeń, z odrzucanym płaszczem. Nosiłaś wodę, aż nie zainstalował pompy, szlauch i złączka. Taki bezruch od maja, lokalne migracje, pusto od Łukowa do Siedlec, od Łukowa aż po Małaszewicze. Przecinek o gęstości ciała, wahanie o długości zaciśnięcia oka. Z jaką uwagą i czułością rozkładałaś ligninę, jakby fastrygując. Mineralny osad, zwłókniała otulina, własny słownik. Postrzał, lumbago. Nosidło.
Ci, którzy dobranocki oglądali na ekranach rubinów, do dziś śnią w czerni i bieli, twierdzisz. Dzień dobry Żwirku, dobranoc Muchomorku, czy dobrze spałeś Filemonie? Nie martw się, Uszatku. Choć arterie życia płoną, nie martw się, Lolku. Czy było inaczej lub czy w ogóle mogło być. Popatrz, nasze pole zwęża się, teraz drenaż, proszę. Jakie piękne osuwisko, jakie piękne pruskie miasto! Drą się pustułki, które od tego roku wypierać zaczęły gołębie. Puchate kulki w żółtych ciżemkach. Nie ma już ani kropli, Baltazarze, nie patrz w górę. Styki spieczone na wiór, piaski pustyni.
Jak grzyby po deszczu, wstawaj rozmokły pierniku! Komarkiem na maślaki gdzieś pod Serpelice, tak jak w zerowych, tak jak w osiemdziesiątych. Przecinka leśna w złotym świetle. Toczy się spod powiek cyjanożelek, tiomocznik, utrwalacz. Baczność, spuść balast, opróżnij baniak, worek czernidłowy mątwy. Zęby powytrącane, srebrne plomby, stalowe obejmy, amalgamatowe, stopy cynku, rtęci i miedzi. Stopy umoczone, pięty ochłodzone. Spocznij, złote światło fotonowe, w którym mrużysz oczęta. Spocznij, jak przecinek, pomiędzy Był sad a Był gaj z rzadka zarosły.
Chowa się czy szukacie, chowacie się czy szuka, między wiechlinami, trzcinnikami i kostrzewami. Między kostrzewami trzcinowymi a wysokimi, cienkimi a twardymi, czerwonymi a rozłogowymi. Na jednym nerwie, napiętym jak struna, pisk i rzężenie, wisk i rżenie. Zdziwieni tropiliście amplitudy, odchylenia, zaciemnienie. Czarne dłonie, śniade piersi, sine stopy, fioletowe palce. Popękane wargi, zaciśnięte pięści, przygryziony język. To, co truje, gorzkie jest na czubku języka, mówisz z głębi. To, co pożywne jest, nabiega fioletem, kiedy nacisnąć, przydusić, potrzymać. To, co sromotne, smrodliwe jest, czarcie jaja, młode rzodkiewki, krowieńczaki, omarlicowate, kruki, sroki, sójki. Usta, ustom, ust sinienie.
Około zenitu otwierają się bawole oczy, w szczycie drżą bawole serca. Pomarańczowe girlandy, naciekające do wewnątrz. Zastrzygł im uszami zając. W głębi speleolog‑grotołaz na błędnym kursie, pieczarnik myli się tylko raz. Roziskrzyło się od Suwałk po Zamość, kiedy zastygały magmy i lessy od Jeleniej aż po Trzebnicę. Nikolaj, Iryna, Tetiana i Iwan właśnie opuszczają pokój. Jak grzeje, moja Żużżałko, jak grzeje, prawdziwe lato z radiem w polonezie, zaraz po sumie, pod budką małomiasteczkowego lodziarza. Dreszcz wzdłuż całej E30, aż po Erywań i Zakaukazie, z cichym sykiem rozprężają się opony wszystkich manów, scanii i volvo zatrzymanych w trasie. Inkluzja w bursztynie, wrostek łamiący bieg wiązki światła w krysztale.
[…]
[Dalszy ciąg można przeczytać w numerze.]
