03/2022

Adam Komorowski

Dać przykład grozy

To nie jest tylko polska przypadłość, słownik oxfordzki znaczenie słowa peasant uzupełnia kolokwialnym lout, boorish person, czyli „chamska, prostacka osoba”. W tym znaczeniu angielski peasant byłby bliższy polskiemu wieśniakowi aniżeli chłopu. We współczesnej polszczyźnie „chłop” zdaje się tracić pejoratywną stygmatyzację. Mówimy „kawał chłopa”, „chłop na schwał”, powtarzamy „chłop potęgą jest i basta”. Anna Świrszczyńska dumnie deklarowała Jestem baba. Autorka Budowałam barykadę uznała, że deklaracja „jestem kobietą”, naturalna u warszawskiej inteligentki, która po powstaniu osiadła w Krakowie, byłaby związana z osłabieniem siły jej autodefinicji poetyckiej.

Wspominam o Świrszczyńskiej, ponieważ dla Chamstwa Kacpra Pobłockiego jej poezja (podobnie jak dla Czesława Miłosza) jest ważna. Pisze: „Patriarchat stał się fundamentem Polski Ludowej, a jednocześnie brakowało języka, by o nim mówić. Mężczyźni mogli już przyjąć punkt widzenia «byłych chłopów», natomiast kobiety pozostawały «babami». To właśnie dlatego twórczość Świrszczyńskiej – afirmacja babskiego losu – przeszła niemalże bez echa”.

Zachwyty amerykańskich feministek (w USA jej wiersze, w przekładzie Miłosza, ukazały się jako utwory Anny Swir) zawężały przekaz jej poezji do manifestacji kobiecej seksualności. Do dziś pamiętam sprzeczkę z Sandrą Brown (której powieści, raczej średnie, są regularnie w Polsce tłumaczone), gdy usiłowałem amerykańskiej pisarce wytłumaczyć, że erotyki nie są najważniejszą częścią jej dorobku. Wątpliwe, czy Brown mogła zrozumieć znaczenie cyklu Budowałam barykadę dla narracji o powstaniu warszawskim, deheroizacji języka opowieści.

W przypadku narracji o tym, co wymazywane i z pamięci wypierane, kłopot polega na konieczności uwolnienia się od języka ukształtowanego i sformatowanego na użytek opowieści już istniejących, znanych i oswojonych. Hegemonia szlacheckich, inteligenckich narracji o polskiej wsi zniekształcała jej obraz, jakkolwiek nie można twierdzić, by całkowicie negowała chłopską krzywdę. Wystarczy wspomnieć Ulanę Józefa Ignacego Kraszewskiego.

Owa krzywda była przedstawiana jako historyczna aberracja, patologia, zacofanie, cywilizacyjne opóźnienie, a nawet etniczna skaza (w opowieściach o sarmackiej genealogii szlachty polskiej). Natomiast Pobłocki stara się uzasadnić, że to owa krzywda, horror pańszczyzny jest źródłowym fundamentem naszej nowoczesności. Nie jest przypadkiem, że obciążenia pańszczyźniane narastają, gdy dla polskiego zboża otwierają się w XVI wieku zagraniczne rynki zbytu i handel nadwyżkami staje się dla szlachty dobrym interesem, którego ofiarami stają się, dotychczas względnie wolni, kmiecie.

Należy zgodzić się z Pobłockim, że mamy skłonność do idealizacji położenia chłopów-kmieci w Polsce piastowskiej (Kazimierz Wielki jako „król chłopów”), ale nie ulega wątpliwości, że położenie chłopów od XVI wieku systematycznie się pogarsza i świadczenia związane z pańszczyzną systematycznie rosną, zarówno wobec szlachty, jak i w majątkach kościelnych. Ich kulminacja przypada na wiek XVIII i początek XIX, czasy rozkładu państwa i rozbiorów.

W miarę narastania obowiązków pańszczyźnianych i uzależnienia od nich gospodarstw szlachty i możnych coraz większą rolę w ich egzekwowaniu odgrywa przemoc, która staje się wszechobecna. Sprzyja jej zniknięcie państwa, które w różnym stopniu niekiedy temperowało jej zakres. Osobliwością sytuacji na ziemiach Rzeczypospolitej jest pojawienie się zastępów nadzorców, karbowych i ekonomów. Tworzą oni liczną subklasę, bez której nie było możliwe funkcjonowanie systemu produkcji rolnej w którym „przemoc sama jest potęgą ekonomiczną” (Karol Marks, Kapitał). Dlatego przypisywanie sobie genealogii szlacheckiej czy chłopskiej jest uzurpacją, przodkami zadziwiająco wielu z nas są bowiem nie beneficjenci pańszczyzny i jej ofiary, ale nadgorliwi egzekutorzy. W książce znajdziemy cały katalog kar cielesnych, z wieszaniem krnąbrnych włącznie. Nie jest to zbyt odkrywcze, wystarczy przypomnieć sobie Dziady Adama Mickiewicza:

Ale pan gniewny zawoła:

„Potrzeba dać przykład grozy”.

Przywiązano mnie do sochy,

Zbito dziesięć pęków łozy.

Każdą kość jak z kłosa żyto,

Jak od suchych strąków grochy,

Od skóry mojej odbito!

Nie znałeś litości, panie!


Wymazywanie w tym przypadku nie dotyczy pana, ale entuzjastycznych egzekutorów przemocy, których zastępy rozwiały się w niepamięci. Literatura o panach „złych” i „dobrych” jest obfita, o chłopach też sporo można się doczytać, ale trudno wskazać opracowanie opowiadające o egzekutorach. A przecież bez nich nieustannie towarzysząca pańszczyźnie atmosfera grozy kar cielesnych, będąca warunkiem jej skutecznego funkcjonowania, byłaby niemożliwa do utrzymania.

Jeśli przyjąć za Pobłockim rok 1600 jako umowny początek „rewolucji dyscypliny i kaźni” w gospodarce opartej na nieodpłatnym świadczeniu pracy „na pańskim”, to musimy zgodzić się z tym, że w porównaniu z Europą Zachodnią rozbudowana pańszczyzna (serfdom, servitù della gleba, servidumbre) pojawia się na terenach Rzeczypospolitej późno i trwa stosunkowo krótko, krócej niż na Zachodzie. Wiosna Ludów przynosi zniesienie pańszczyzny w zaborach pruskim i austriackim. W 1864 roku następuje to w zaborze rosyjskim. Odnoszę wrażenie, że koncentrując się na rzeczywistych horrorach pańszczyzny i niedoli polskiego chłopa, często o tym zapominamy. Do XV wieku bariery stanowe nie były w Polsce tak sztywne, jak na Zachodzie, czego skutki będą przyprawiać o ból głowy pilnujących czystości krwi szlachty, w rodzaju Waleriana Nekandy-Trepki i jego Liber chamorum. W Akademii Krakowskiej jeszcze w początkach XVI wieku chłopscy synowie są liczniej reprezentowani aniżeli na uniwersytetach Zachodu.

Problem w tym, że w polskim przypadku stosunkowo krótki okres bezwzględnej pańszczyźnianej eksploatacji chłopów jest nam dużo bliższy aniżeli na Zachodzie, gdzie należy do zamierzchłej feudalnej przeszłości. Dlatego mechanizmy i okrucieństwo regulowanej przemocą lub samym jej zagrożeniem wydajności pracy na roli prowokują u dzisiejszego czytelnika odruchy moralnej paniki.

Pobłocki jest świadomy naszego uwikłania w ambiwalencje dzisiejszej perspektywy, gdy opowiadamy o grozie pańszczyzny. Pisze:

Współczesny pracownik najemny jest wolny w tym sensie, że może dowolnie dysponować swoim ciałem i czasem. Ale jest zależny od rynku, bez którego nie miałby co jeść; potrzebuje pieniędzy, by znaleźć dach nad głową. […] Strukturalna przemoc zostaje zawoalowana, przedstawiona jako dar. […] Przymus pracy, nie tylko najemnej, ale pracy w ogóle, przestał się nam jawić jako forma przemocy, gdyż wraz z przekroczeniem progu współczesności zatarła się pamięć o tym, że kiedyś można było pracy odmówić. […] Że kiedyś odrzucano pracę jako instytucję, która stanowi drogowskaz ludzkiego życia. Gdy pod koniec XIX wieku zaczyna się na całym świecie odchodzenie od niewolnych form organizacji pracy, mamy jednocześnie do czynienia z oderwaniem klas ludowych od bezpośrednich sposobów utrzymywania się. Nie trzeba już ludzi zmuszać do roboty za pomocą bicia czy groźby. Karbowego zastępuje rynek.


Dlatego sabotowanie niewolnej pracy, łącznie z udawaniem głupiego, było najpowszechniejszą formą oporu przeciwko pańszczyźnie. Utrwalało stereotyp „leniwych chłopów”, „chamstwa” i zwrotnie legitymizowało przemoc. Chłop tracił podmiotowość, stawał się narzędziem. Paradoksalnie o tym, że narzędziem nie jest, że jest podmiotem sprawczym, przypominały bunty chłopskie, z rabacją Szeli włącznie.

W tym kontekście należy traktować książkę Pobłockiego jako znaczący przyczynek do scalenia polskiej historii. Jeśli traktować naszą historię jako dzieje walki nie tylko o państwową suwerenność, lecz także o poszerzenie pola wolności jej mieszkańców, to wykluczenie z tej walki chłopstwa, zawężenie jej do politycznej aktywności elit szlacheckich jest nieporozumieniem.

Tradycja i pamięć oporu przeciwko pańszczyźnie i jego ostatecznej skuteczności, tak oczywistej w przypadku jej zniesienia w Galicji po rabacji, okazała się dla naszej historii zbawienna. To chłopski opór powstrzymał kolektywizację polskiej wsi po 1945 roku. Polityczna sprawczość powstrzymywania tego procesu przez ziemiaństwo i jego elity była żadna. „Bezeci” jakoś dziwnie szybko pogodzili się ze swoim losem, starając się zachować pewne znamiona kulturalnej wyższości i ekskluzywności, co w dużym stopniu osiągnęli. Ale to dzięki oporowi „chamstwa” udało się nam uniknąć grozy doświadczenia głębokiej sowietyzacji, co w konsekwencji rozhermetyzowało cały system.

Trudno wskazać na bardziej przenikliwą charakterystykę tego procesu, aniżeli cytując rewelacyjną pracę profesor Marii Halamskiej Wieś polska 1918–2018. W poszukiwaniu źródeł teraźniejszości:

Polityczny wpływ „kulturowej konfiguracji rolnictwa” na funkcjonowanie polskiego społeczeństwa był wieloraki. Po pierwsze zaprzestanie kolektywizacji oznaczało pozostawienie w strukturze społeczeństwa – w zamiarze „socjalistycznego” – obcej ideologicznie zbiorowości, mocnej mitem udanego oporu wobec komunizmu. Ten mit chłopów, którzy utrzymali ziemię, własność i wiarę, przetrwał cały okres PRL i jeszcze w latach dziewięćdziesiątych był – nieskutecznie – reanimowany jako wyborcze hasło. Stanowiło to nieartykułowany argument za możliwością oporu w innych przypadkach. Chłopi jak wyraził to Szczepański – stali się „moderatorami zmian społecznych”. Po wtóre, pozostawienie prywatnego rolnictwa wymagało jego włączenia do gospodarki planowej, w tym stworzenia mechanizmów jego kontroli. Ten styk „prywatnego” z „socjalistycznym” rozhermetyzował system…


Kapitał kulturowy wypracowany w splątanych dziejach chłopów polskich, z tragicznym okresem pańszczyzny włącznie, okazał się zabezpieczeniem polskości, być może cenniejszym od utożsamianej z kulturą wysoką elitarnej kultury ziemiańskiej. Nie należę do apologetów kardynała Stefana Wyszyńskiego, ale nie mam wątpliwości, że obok Józefa Chałasińskiego, Jana Szczepańskiego, Stanisława Vincenza, Wiesława Myśliwskiego i Andrzeja Mencwela, był jednym z nielicznych w pełni tego świadomych.

Żyjemy w czasach, kiedy co najmniej od lat osiemdziesiątych zeszłego wieku przestrzeń wiejska staje się przedmiotem dowartościowania, odejścia od przypisywanego jej prymitywizmu, zacofania i chamstwa. Nagle, mieszkańcy miast, odkrywamy w niej świat autentyzmu i zarzuconych tradycji. Jest w tym sporo nostalgicznej idealizacji, retrospektywnej utopii opowieści o piastowskich kmieciach, klimatów żywiołowej energii chłopskich postaci z obrazów Włodzimierza Tetmajera i Zofii Stryjeńskiej. O Ostatniej chudobie Aleksandra Kotsisa zapominamy.

Ostatnio Orka Tetmajera osiągnęła na aukcji DESA Unicum cenę powyżej miliona złotych. Obrazy Stryjeńskiej sięgają zazwyczaj cen powyżej kilkuset tysięcy. Obrazy lubującej się w malowaniu szlacheckich dworków Bronisławy Rychter-Janowskiej na tych samych aukcjach z trudem przebijają barierę dziesięciu tysięcy. Rychter-Janowska była dobrą malarką, ale jej obrazy życia w ziemiańskich dworkach porażają powtarzalnością i nudą. To samo dotyczy niezliczonych lukrowanych narracji o życiu w ziemiańskich siedzibach, zalegających na półkach księgarni „tanich książek”. Tej nudy wiejskiej egzystencji szlacheckiej (Marks nazywał to „idiotyzmem życia wiejskiego”) przestraszyła się, już w połowie XIX wieku, bohaterka powieści Kraszewskiego Szalona, odrzucając oświadczyny hrabiego Ewarysta.

W „Polityce” (8.11.2021), w artykule Mariusza Janickiego Dlaczego po nich spływa, wyczytałem: „Uświęcony elektorat PiS dodaje waloru świętości tej partii. Ta wypracowana i narzucona «przewaga moralna» ma zaskakującą siłę rażenia, bo wpisuje się w ostatnie trendy przywracania historii ludu, przypominania czasów pańszczyzny, potępienia wyzysku sprzed stuleci”. Pobłocki, Adam Leszczyński (autor Ludowej historii Polski), Michał Rauszer (autor Bękartów pańszczyznySiły podporządkowanych) i Radek Rak (autor nagrodzonej Nike Baśni o wężowym sercu albo wtórego słowo o Jakubie Szeli), by wymienić tylko najbardziej znaczące ostatnie książki inkryminowanego przez Janickiego nurtu historycznych narracji, są na pewno zaskoczeni, nie mniej niż ich czytelnicy, takim bałamutnym przyporządkowaniem i zaganianiem do stada populistów. Zapewne nie mniej niż osoba, która zapłaciła na aukcji ponad milion złotych za Orkę Tetmajera.

Dzisiaj nasz stosunek do chłopstwa i życia wiejskiego zmienia się, przestaje ono być zaporą postępu i staje się wyimaginowanym obszarem szansy autentycznej wolności. Dlatego, dla równowagi, warto przynajmniej zaglądnąć do Chamstwa. Przypomina ono bowiem prostą prawdę, że – jak mawiają Amerykanie – Freedom is not free, czyli „nie ma Wolności za darmo”. To trudna do przyswojenia lekcja opowiedzianych przez Pobłockiego dziejów chłopów polskich, „chamstwa”.

Kacper Pobłocki: Chamstwo.
Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2021, s. 384.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.