05/2018

Marek Sołtysik

Data czwartej śmierci

Szczegóły tej tragicznej historii okrywa tajemnica. Czy obeszłoby się bez ofiar, gdyby zamożna rodzina sowicie opłaciła górala przewodnika, zamiast zdawać się na koleżeńską pomoc przypadkowo napotkanych turystów? Trudno powiedzieć, bo brakło nawet dowodów rzeczowych, koniecznych do odtworzenia faktów, a relacja o przebiegu zdarzeń pochodzi z ust osoby, która albo oszalała z rozpaczy, albo coś ukrywała od samego początku wyprawy. Wiadomo wszakże, że gdy się jest tak czy inaczej osłabionym, a teren, z którego mamy podążać do domu, zbyt słabo znamy, lepiej przepłacić na taksówkę, niż wlec się pieszo i w najlepszym razie wrócić poturbowanym i bez dokumentów.

Dygresja poszła ciut za daleko. Bo tu chodziło o uczęszczany szlak turystyczny. Czy bezpieczny? W każdym razie bez przykrych niespodzianek. Trochę więc dziwne, że warszawski podprokurator Sądu Najwyższego, czterdziestosześcioletni Kazimierz Kasznica, ani nie najął przewodnika, ani nie zdecydował się osobiście poprowadzić małej wyprawy (on, żona i dwunastoletni syn) ze słowackiej części Tatr Wysokich do Zakopanego, tylko zdał się na pomoc przygodnie poznanych turystów, młodych przedstawicieli krakowskiej inteligencji. Powiedzieć „przygodnie” to lekka przesada. Panowie, mimo młodego wieku, byli doświadczonymi taternikami. Zanim się ich przedstawi, trzeba wrócić do Schroniska Téryego1 w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich.

Czas wakacyjny, 3 sierpnia 1925 roku, w trakcie przedłużającego się śniadania. Państwo Kasznicowie, którzy przyszli tu wczoraj ze Szmeksu (Smokowca) Doliną Zimnej Wody, chcąc wracać do Polski przez Lodową Przełęcz, Dolinę Jaworową, Jaworzynę i Łysą Polanę do Zakopanego, jakoś nie mają pewności, czy sami podołają trudom zejścia, i głośno dzielą się swymi wątpliwościami z dzielną trójką siedzących przy sąsiednim stoliku żwawych fizycznie intelektualistów, którzy, zaopatrzeni w sprzęt wysokogórski, właśnie będą schodzić do Zakopanego, zaprawieni dziesięciodniową wycieczką. Różnie się potem będzie o tym mówić. Jedne źródła podają, że o koleżeńską przysługę towarzyszenia na nieznanym szlaku zwrócił się do dzielnej trójki sam pan podprokurator, inne, że inicjatywa wyszła od jego żony, Walerii Kasznicowej, kobiety w wieku balzakowskim, rzutkiej i rezolutnej.

Chętny do pomocy Ryszard Marian Wasserberger, dwudziestojednoletni student filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, dokooptował do tej małej i łatwej wyprawy dwóch kolegów, z którymi wspólnie wracali z wycieczki, braci Szczepańskich, dwudziestotrzyletniego Jana Alfreda2 i siedemnastoletniego Alfreda3, humanistów, synów prawnika, powieściopisarza i przed laty założyciela słynnego młodopolskiego „Życia”, Ludwika Szczepańskiego, publicysty i redaktora „Ilustrowanego Kuryera Codziennego”.

Dziwne rzeczy zaczęły się dziać po drodze. Przede wszystkim niespodziewanie zmieniła się pogoda. Choć to w tamtych rejonach nie pierwszyzna, dżentelmeni przewodnicy poczęli się niecierpliwić. Oficjalna wersja: naprzód we trzech ustalili, że wobec zbyt wolno schodzących Kaszniców i siekącego deszczu, który może nieuchronnie zniszczyć ich notatki i cenne książki, dwóch panów przewodników spośród trzech, z bagażami, szybko podąży ku Zakopanemu, a z Kasznicami pozostanie jeden, którego mieli spośród siebie wylosować. Ostatecznie Wasserberger zaofiarował się, że on pozostanie z podprokuratorem, który prawie nie widzi, bo mu deszcz wciąż zalewa okulary, z dwunastoletnim uczniem Wacławem i z panią Walerią Kasznicową. – Darujmy sobie losowanie, koledzy, a tu, proszę, ten mój świetny Przewodnik Tatrzański, schowajcie go głęboko, żeby nie zmókł.

Miał go odebrać po powrocie. Ale do tego nie doszło. Stała się bowiem rzecz straszna, nieoczekiwana na tej stosunkowo łatwej trasie.

Tylko trzydziestodziewięcioletnia Waleria z Dzierzbickich Kasznicowa pozostanie przy życiu spośród czwórki uczestników tej wyprawy o tak niewielkim stopniu trudności, że braci Szczepańskich, którzy się odłączyli od grupy, początkowo nikt nie pomawiał o lekkomyślność czy o brak solidarności. Pani Kasznicowa więc będzie jedynym świadkiem i tylko jej relacje można brać pod uwagę w związku ze śmiercią męża, syna i studenta Wasserbergera poniżej Przełęczy Lodowej, na łatwej drodze turystycznej.

Jak było – albo jak mogło być – po tym, gdy w pobliżu Lodowego Stawku Wasserberger rozstał się z towarzyszami?

[…]

[odpowiedź na pytanie w numerze]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2021 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.