11/2025

Aleksandra Zuzanna Leniarska

Deus ex malina

Ciepło‑zimno, debiut prozatorski Joanny Mazur nominowany do Nagrody im. Witolda Gombrowicza, rozpościera przerażająco sugestywną wizję Warszawy w niedalekiej przyszłości, w której katastrofa klimatyczna zmieniła radykalnie codzienność. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to namacalność opisów: książka zaczyna się od biegania w skwarze, gdy płuca pieką od wdychanego powietrza, a organizm opiera się woli, która desperacko potrzebuje sportowych endorfin. Na każdym kroku czytelniczka napotyka sygnały od ciała, które trzeba trzymać w ryzach, naginać lub ignorować w świecie, w którym ludziom nie będzie już wygodnie: „kiedy uruchamiam prysznic, moje ciało zachowuje się jak gorąca patelnia podłożona pod strumień wody. niemal słyszę skwierczący syk”.

W ten sposób od samego początku powieść ustawia swój główny temat, katastrofę klimatyczną, w kontekście cielesności i odczuć sensorycznych, sprowadzając w ten sposób wydarzenia z poziomu światowej katastrofy do skali człowieka. Tytuł Ciepło‑zimno dobrze oddaje tę rekalibrację. Katastrofa klimatyczna jest bowiem maliną, której już nigdy nie zjesz, bo z ograniczonymi zasobami wody i elektryczności uprawa tak niskokalorycznych owoców byłaby fanaberią; jest internetem bez obrazów, bo utrzymywanie energochłonnych serwerów tylko po to, żeby można było obejrzeć zdjęcia, byłoby marnowaniem zasobów – więc masz tylko zdjęcia z albumów babci. Katastrofa klimatyczna jest również niekawą:

kawa zmieniła się w niekawę. pamiętam, jak stopniowo wszystkie marki zaczęły oferować „kawę”, która „nie szkodzi na serce”, „nie ma negatywnego wpływu na regulację ciśnienia”, jest „o smaku brazylijskich ziaren” i „o zapachu kenijskich upraw”. wszystkie „nie” się zgadzały. wszystkie „o” nie.


Ciepło‑zimno to też kontrast między gorącą jawą a chłodnym snem, bo dla bohaterki powrót myślami do przeszłości ma oniryczny charakter: już nie wiadomo, czy ta przeszłość z zimnym jeziorem i kojącą zielenią drzew naprawdę istniała, czy to tylko majaczenie drzemiącego w upale ciała. Nasuwa się także skojarzenie z dziecięcą grą i kluczeniem po omacku za czymś niesprecyzowanym a potrzebnym. Bohaterka szuka bowiem swojego miejsca i straconej miłości w nieprzyjaznym świecie. Wszystkie te motywy sugerowane przez tytuł proponują interpretacje tej prostej i codziennej opowieści, która przez swoją zwyczajność jakby chciała się im oprzeć. Podsumowują one dążenia i działania bohaterki, która, wbrew nim, stara się za wszelką cenę trzymać tego, co tu i teraz, odpychając myśli o symbolach i znaczeniach. Jednocześnie uwagę czytelnika przyciąga to, o czym bohaterka usilnie próbuje nie myśleć: jak urządzony jest nowy świat.

Fabuła również ucieka od wielkich wydarzeń, konsekwentnie trzymając się codzienności i ludzkiej skali. Mazur pisze niemal według antycznej zasady trzech jedności, sprawiając, że konstrukcja powieści oddaje ludzkie jednostki czasu, codzienną skalę akcji, niespektakularne miejsca. Dzięki temu czytelnikowi łatwo jest zaangażować się w Ciepło‑zimno na bardzo podstawowym, afektywnym poziomie – ta zwyczajna akcja i cielesne odczucia bohaterki pozwalają nam niebezpiecznie zbliżyć się do tej dystopii, co w dużej części odpowiada za sugestywny efekt, jaki osiągnęła Mazur. I tak rozdziały są kolejnymi dniami, cała akcja zaś trwa tydzień. Sekcje długością często odpowiadają szybkim myślom, dostosowanym przez media społecznościowe do krótkiego zakresu uwagi. Jednak przemyślenia bohaterki‑narratorki bywają również dłuższe. Ma ona analityczny umysł i lubi się pozastanawiać, chociaż pilnuje się: byle nie za długo, żeby nie było zbyt smutno. Czasem daje sobie przestrzeń do zadawania pytań „dlaczego” i „jak” – kiedy pozwala myślom kształtować się swobodnie i nie ogranicza ich; doprecyzowuje je i układa po swojemu – dzięki temu sama bohaterka wreszcie rozprostowuje się w dusznym, niewygodnym świecie, w którym czuje się ciągle stłamszona przez narzucone z zewnątrz ograniczenia. Jej własna głowa staje się dla niej miejscem minimalnej wolności:

hipoteza: nie wystawiałabym się na cały ten skwar, gdyby nie fakt, że spędzam połowę doby, siedząc przed kompem, pokładając się przed kompem i płaszcząc się przed kompem z fotelem odsuniętym daleko od biurka, żeby nie unosić głowy wyżej niż jest to absolutnie konieczne, trzymając jednocześnie proste, choć nachylone plecy.

precyzyjniej.

hipoteza: nieliczni pozostali mieszczanie nie odczuwaliby chęci spalania kalorii, gdyby mieli pracę powodującą wymęczenie mięśni, a nie tylko stawów w nadgarstkach i zesztywniałych, spiętych pleców. jednocześnie: nie doświadczaliby całego tego skwaru, gdyby nie przerost produkcji słodkiego, sztucznego jedzenia w kolorowych folijkach nad zapotrzebowaniem.


Jest i jedność akcji: podążamy prawie minuta po minucie za bohaterką‑narratorką, która ogromnym wysiłkiem narzuca sobie dyscyplinę, by robić to, co trzeba. Z dbałością odpycha myśli o swojej utraconej dziewczynie, odbiorczyni monologu wewnętrznego, która zniknęła gdzieś, szukając lepszego życia („Gdziekolwiek indziej jest lepiej” – powiedziała jej kiedyś, nie mogąc uwierzyć, że wszędzie jest tak samo); o swojej mamie, córce biznesowego boomu przełomu wieków, która nie dała sobie rady z upadkiem merytokracji kapitalizmu. Narratorka nie może się umościć w życiu, chociaż wie, że powinna. Działa więc dalej: praca, sjesta (państwowe ograniczenie zużycia energii), praca, bycie dobrą przyjaciółką dla tych, którym jest ciężej, dzielenie się resztką pieniędzy, przywilejów oraz z trudem wykrzesanego entuzjazmu.

Jednocześnie powieścią kieruje jakiś pęd, który w kontraście do wyzierającej zewsząd, duszącej, regulowanej i monotonnej codzienności, pozostawia nas prawie bez tchu. Choć akcja nie jest gęsta, kolejne wydarzenia sprawiają, że bohaterka ciągle się spieszy, gnana zobowiązaniami wobec pracy i państwa, przyjaciół i rodziny. Czy zdoła ocucić Mary przed końcem sjesty, kiedy musi zalogować się do systemu? Czy zdąży wrócić po dystrybucji, kupić Babci mięso, dojechać do niej na Wielkanoc? Temu wszystkiemu towarzyszy nieustanne wyczekiwanie, tęsknota za zaginioną miłością i pytanie „czy jeszcze wrócisz?”.

To ta zwyczajna, niespektakularna akcja jest osią powieści, a nie, jak często bywa w dystopiach, świat przedstawiony. Ograniczenia, jakie nakłada on na bohaterów, małe, a znaczące przesunięcia wobec naszej rzeczywistości, są wspomniane przez narratorkę przy okazji, a nie po to, by wytłumaczyć, co się stało i dlaczego. Ona nie ma siły niczego nikomu objaśniać, jest jej niemiłosiernie gorąco, niewygodnie, źle. Katastrofa klimatyczna pojawia się więc w rozmowach, w aplikacjach randkowych, w wyjściu do ukrytej knajpy, w opowiadaniu Babci o pracy:

z tego, co wiem o swoich klientach, dziewięćdziesiąt dziewięć procent z nich to typy. kobiety, których w ogóle gra mniej, rzadko decydują się na zakłady dotyczące możliwości pobicia rekordu średniorocznej temperatury w Buenos Aires czy pytania o liczbę państw, które dotknie w tym miesiącu plaga pożarów.


Polityka też jest widziana przez bohaterkę w ludzkiej skali, na uboczu jej codzienności. Ograniczanie swobód przez państwo jest dla bohaterów old news – nie ma o czym gadać. Można powspominać, co się robiło „przed”, pograć w „kto ma gorzej” z kumplem z Chile, którego podrzucił państwowy, a raczej międzypaństwowy, tinder, służący „trzymaniu popędów w ryzach ograniczeń mobilności” – jeden z wielu cichych sposobów na kontrolę rozrodczości:

‘od lipca blackout u nas ma trwać cztery godziny. sjesta ma trwać dwie. zapytany o to, co mamy robić w czasie dwóch pracujących godzin bez prądu, rząd odpowiada: cieszyć się, że macie pracę. praca jest piękna’. odpowiadam: ‘+1 dla Chile’.


Każdy robi, co może: kto ma siłę, ten organizuje się aktywistycznie, a kogo zmiotła nijakość, ten stara się dotrwać (tylko czego?) najmniejszym wydatkiem kalorycznym. Jest też w tej pokurczonej Warszawie niedalekiej przyszłości miraż innego świata, który ma dostęp do malin, wody i klimatyzacji, ma pieniądze na lekarza, który pomoże doprowadzić ciążę do końca. Jednak ten świat jest jak czarna wołga; wszyscy słyszeli, nikt nie widział. Nikt się też nim specjalnie nie przejmuje – bo i po co, i tak nie ma do niego dostępu.

Ten majaczący na obrzeżach fokalizacji bohaterki spójny zarys nowej rzeczywistości społecznej – kątem oka zauważona i z trudem przełknięta przemoc policji, ograniczenia w podróżach i rozrodczości wspominane na marginesach rozmów, niebotycznych rozmiarów nierówności – wszystko to działa, jakby autorka krzyczała do czytelników „Nie patrz tam!”, wskazując jednocześnie palcem nie na swoją bohaterkę, a na systemowy, polityczny kryzys, który determinuje każdy jej krok.

Jeśli chodzi o jedność miejsca, sprawa się komplikuje. Miejscem akcji można byłoby nazwać szeroko rozumiany dom, który narratorka stworzyła z innymi wykorzenionymi przetrwańcami: parą dziewczyn – jedną praktyczną‑zaradną, a drugą „typiarą typu pogodzona z rzeczywistością nostalgiczka” oraz parą hetero, która kombinuje, jak uciec do Australii, gdzie może uda się donosić świeżą ciążę. Ten dom jest ruchomy: zazwyczaj znajduje się na trzecim piętrze bloku, czasem jednak rusza do parku, gdzie organizuje dystrybucję jedzenia dla osób w kryzysie bezdomności. Występuje podział ról: ci, którym się poszczęściło, mają pracę i zarabiają, inni organizują się oddolnie, pielęgnują siatkę kontaktów, które zapewniają dostęp do resztek warzyw i owoców. Ta mała wspólnota funkcjonuje jak nieźle naoliwiony organizm, bo w końcowym rozrachunku jest trochę jedzenia i trochę pieniędzy, jest sporo wsparcia. Drugim „domem” narratorki jest Babcia, która mieszka w ośrodku dla seniorów oddalonym o parę godzin rowerem od Warszawy – w opisanym świecie transport publiczny już nie funkcjonuje. Babcia, przećwiczona komunizmem, okazuje się powieściową ostoją entuzjazmu i zaradczości. Wymienia się z koleżankami na kartki, sprzedaje biżuterię, kiedy trzeba zorganizować pieniądze, zakłada ogródek warzywny pod oknem swojego pokoju, bez zaskoczenia przyjmuje upadek dobrze sytuowanej rodziny. Dzwoni do wnuczki i pyta, czy na pewno nosi czapkę, żeby nie dostała udaru – w kwietniu. Po prostu życie, trzeba iść dalej.

Na zasadzie trzech jedności porównania z antyczną tragedią się jednak kończą, bo Mazur z całą pewnością łamie zasadę decorum. Struktura i stylistyka powieści są zorganizowane „odkrytkami” – lekką, często dowcipną formą wpisu w nowym medium społecznościowym, która kontrastuje z tematem światowej katastrofy:

czarno‑białe prostokąty: odkrytki. wirtualne pocztówki. na odkrytkach historie ze świata. nazwa użytkownika i słowa opowieści. koniecznie krótkiej, żeby zmieściła się w ramie prostokąta. koniecznie pasjonującej, żeby sprawiła, że inni użytkownicy będą chcieli z tobą rozmawiać. koniecznie z zabawną puentą, bo na smutne nikt nie leci. sprawdziłam to, więc wiem.


Mazur robi z odkrytek poezję: czasem pisze znaczącymi dwuwersami, czasem tworzy nowe słowa, powtarza je, zapętla, czasem odkrytki brzmią jak haiku. Występują również seriami, zaczynającymi się na przykład od słów „z niewypowiedzianych odezw”, „typiara typu…”, „co zrobiłby Karim?”, które organizują monolog wewnętrzny. Czasem zaś bywają tego monologu tematem:

odezwy do

czy ja potrafię jeszcze mówić po prostu do siebie.

odkrytki

czy ja potrafię pisać do siebie


Zwykle jednak działają na zasadzie kontrastu między smutną rzeczywistością i tęsknotą a ciętym humorem. Autorka potrafi z ogromną czułością opisać dobrze znane wrażenia codzienności (niezręczność dotykających się lepkich dłoni, rozrzucanie kończyn po materacu w upale, żeby skóra się nie dotykała) przypominające o człowieczeństwie, nawet w tym obcym świecie. Opowiada o tragedii epickich rozmiarów dojmująco zabawnie, umiejętnie przeplatając powagę z żartem, pompę z komizmem. To odświeżające czytać fikcję z jednej strony poetycką, a z drugiej pisaną niewyprasowanym i nieugładzonym, współczesnym i moim językiem warszawskich trzydziestolatków. Dobór środków estetycznych współgra z ogólną mechaniką powieści, która stawia codzienność jako pryzmat odbioru świata.

Rozwiązaniem, które czyni Ciepło‑zimno wyjątkowym, są dwa wektory narracji o przeciwstawnych zwrotach: z jednej strony mamy do czynienia z autocenzurą bohaterki, która przez większość narracji wybiera niemyślenie o tym, jak świat znalazł się w tym miejscu i jaka jest w tym rola jej samej; z drugiej strony autorka nie pozwala czytelnikom o tym zapomnieć. Dostajemy okruchy informacji o chronologii obostrzeń, elementach rządowych decyzji, dynamice zmian i, niczym detektywi, szukamy w powieści rozwiązania – nadaremno. To właśnie te opisy transformacji świata, których u Mazur brak, często zajmują prominentne miejsca w climate fiction: bywają ich punktem wyjścia albo rozwiązaniem, a odpowiedź na pytanie „jak to się stało” – jest zwykle jedną z głównych bohaterek. Mazur wydaje się zaś mówić za swoją narratorką:

gdybym wcześniej wiedziała, jadłabym była więcej malin. gdybym wcześniej wiedziała, piłabym była więcej dobrej kawy. gdybym wcześniej wiedziała, piłabym była lepszy alkohol. gdybym wcześniej wiedziała, kupowałabym była więcej książek na papierze. gdybym wcześniej wiedziała

– – –

wiedziałam. wszyscy wiedzieli.


Wiedzieliśmy, dowody są niezbite. Autorka, odmawiając nam satysfakcji opisu katastrof i decydujących światowych wydarzeń, ucieka od sensacjonalizmu, skupiając się zamiast tego na długim trwaniu pośród kryzysu i jego dalekosiężnych konsekwencjach.

Tę radykalną decyzję Mazur, aby odejść od opisu świata po albo w trakcie katastrofy na rzecz monologu wewnętrznego bohaterki, należy, moim zdaniem, czytać jako, wbrew pozorom, polityczny gest. Polityka jest w Ciepło‑zimno bezosobowa, pozbawiona twarzy i historii, ale oddziałuje z całą mocą na konkretne osoby. Mazur im i ich percepcji świata oddaje strony swojej powieści, ucieleśniając ich doświadczenie za pomocą swojej everywoman. Zbliża się do czytelnika dzięki zrezygnowaniu z mediacji narratora heterodiegetycznego i stworzeniu świata wielkości jednej osoby i jej niespektakularnego tygodnia. W ten sposób historia bohaterki Ciepło‑zimno przestaje być opowieścią jednostkową, a zaczyna dotyczyć losu wielu. Chociaż można byłoby streścić tę powieść jako historię miłosną, czytelnicy na spotkaniach autorskich pomijają wątek zaginionej partnerki, trafnie, moim zdaniem, diagnozując, że jej poszukiwania są tylko pretekstem do pokazania osobistej i politycznej stawki ignorowania katastrofy klimatycznej. Mazur działa na zasadzie sugestii i niedomówień: czytelnik sam może sobie dopowiedzieć, dlaczego żywność jest na kartki, nie ma alkoholu ani kawy. Żeby pokazać grozę zbliżającego się świata, wystarczy przedstawić jego wycinek ludzkiej wielkości, wielkości tęsknoty za malinami.

Joanna Mazur: Ciepło‑zimno
Wydawnictwo Seqoja,
Olsztyn 2024, 212 s.
WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.