4/2026

Julian Stryjkowski

Dziennik 1973

11 IV
A.[ntoni] L.[ibera]1 powiedział mi, że Sen Jakuba2 jest niedobry. Że nie umiem pisać o miłości. Że nawet w Na wierzbach nasze skrzypce scena z Madrid de Arietti jest niedobra. Słowem, że mogę tylko pisać o sprawach żydowskich. To samo powiedział mi swego czasu P.[aweł] H.[ertz], a wczoraj w Spatifie A.[dam] W.[ażyk]3. Musi więc być to prawda. Zwłaszcza że i ja sam odczuwam zażenowanie, kiedy odczytuję takie słowa: „pocałowała go w same usta” (Sen Jakuba) – scena z Danutą na polanie zalanej światłem księżycowym4. Czy sama sceneria jak z Shakespeare[’a] nie jest kiczem? Cóż więc mam zrobić? Ilekroć chcę przekroczyć krąg tematyki żydowskiej, natrafiam na niedające się pokonać przeszkody5. A Imię własne? Jednym się podoba, a drugim nie6. Myślę, że w odbiorze moich erotycznych obrazków przeszkadza moim znajomym fakt, że znają autora. Czy mam się więc liczyć ze zdaniem moich znajomych? Ale nie idzie nawet o ich zdanie. Jest faktem, że na (obcym) terenie erotycznym czuję się niepewnie. Gdyby można (a czemu nie można?) pisać o tej cząstce, którą dobrze znam, to byłaby to dopiero heca. Dokładny opis jednego aktu – byłby wystarczający, mógłbym zadowolić najbardziej wybredne gusta. Może to jeszcze zrobię, ale na razie mam inne myśli. Krążą wokół wspomnienia z dzieciństwa. Znowu to samo? Idzie o starego pobożnego Żyda, który zrobił własnej córce dziecko. Pamiętam dobrze całą tę [?] rodzinę biedaków, przeciętnie pobożną; córka chodziła po mieście z brzuchem a wszyscy [?] wiedzieli, skąd się wziął. To jest temat. Trzeba tylko zszyć. Oczywiście akcent musi być przesunięty na sprawy religijne. Bezwzględna wiara i ponury [?] grzech. Myślę, że prawdziwa literatura może się żywić tylko elementami wiary, strachu przed karą za grzech, strachem przed Bogiem. Literatura bez Piekła to różana woda. W ogóle w dzisiejszych czasach literatura jest nikomu niepotrzebna, tylko samemu piszącemu, a różana woda już całkiem jest zbędna. Służy tylko jako propaganda ogólnemu kłamstwu. Dlatego tylu marnych pisarzy dzisiaj jest na oficjalnym świeczniku.

Recenzja‑esej na temat moich trzech opowiadań amerykańskich. A.[ntoni] L.[ibera] podszedł do tego problemu trochę w sposób powierzchowny, to całe stronice zwykłego banału. Tylko początek i koniec ciekawe i wnikające głębiej. Brak zupełnie analizy artystycznej, może [?] być, że to nie jest potrzebne, ale przynajmniej dwa, trzy zdania by się przydały. Rozumiem, że autorowi chodziło o sprawy światopoglądowe i ideologiczne, ale taki punkt widzenia nieuchronnie prowadzi do spłyceń. A szkoda, bo po A. L. można by się było spodziewać znacznie więcej. To są moje zastrzeżenia. Inne zastrzeżenia ma Redakcja. Obawia się demaskacji, co mogłoby przeszkodzić ukazaniu się opowiadań w wydaniu książkowym7. Jest to chyba raczej pretekst, żeby odrzucić ten esej8, gdyż po ukazaniu się opowiadań na pewno też eseju nie zechcą zamieścić w „Twórczości”. Iwaszkiewicz przez telefon do Lisowskiego9: „no bo Stryjkowskiemu chodzi jedynie o to, żeby o nim pisano”. Stary mierzy wszystkich swoją miarką.

Nie mam szczęścia do recenzentów. Żaden z nich dotychczas nie wyszedł poza ogólniki. Poza banalne sądy – z reguły życzliwe. Nie miałem nigdy dosyć odwagi powiedzieć tego Berezie ani Bieńkowskiemu10. Zawsze sobie tłumaczyłem, że ich recenzje są wynikiem ich odbioru oraz ich własnej literatury [sic]. I to im wolno. Jak długo nie dokonują grubych fałszerstw. (Zwłaszcza negatywnych – prawda?). Wtedy to bym już zareagował. Taka już jest natura pisarza, jak długo chwalą (nie za to co należałoby), to można fałszować [?]. Ale w przeciwnym wypadku, w wypadku złej oceny pisarz wstaje jak raniony lew albo mniej szlachetne zwierzę w obronie swojego utworu. Kończę dzienniki Juliana Greena11. Z początku sam zachwyt, gdyż wszystko, co mówi o sobie, o swoim pisarstwie, mógłbym w 100% zastosować do siebie. Ale stanowczo za dużo poświęca uwagi sprawie grzechu, sprawom religijnym, zalatującym zapachem kruchty. Świetne są partie poświęcone sprawom cielesnym. Niestety, jest ich za mało.

Dostałem list R. z Australii. Bardzo się cieszę każdym znakiem życia z jego strony. Nasze spotkanie w Paryżu miało charakter ostatecznego pożegnania. Były to chwile rozdzierającej rozpaczy. Obraz przed skokiem w nieznane, jakby skok w przepaść. Strach przed tym dalekim i obcym krajem. A przede wszystkim moja obawa, że rozpije się i wykolei. Ilekroć przychodził on w stanie pijanym, ogarniała mnie bezsilna rozpacz. Cóż mogłem zrobić, żeby go uratować. Zdawało mi się, że jestem świadkiem tonącego, a ja nic nie mogę zrobić. Dlatego każdy jego list przynosił mi radość, gdyż przemawiał z niego optymizm, wiara w sukces i we własne siły. Na jego ostatni list odpowiedziałem mu natychmiast. Staram się być dla niego czuły. Mam jednak nadzieję, że się jeszcze zobaczymy.

Władek odniósł pono wielki sukces swoim przedstawieniem12. Będę musiał sam zobaczyć. Może jednak coś z tego wyniknie. Teatr jest jego najdłuższą miłością. Wolę to niż jego Kasię. Jest bezbarwna jak ryba. On chyba czuje, że jego dziewczyna na ogół się nie podoba. Tym bardziej chwalebny jest jego stosunek nieliczący się z opinią innych. Jestem zadowolony, że Władek zdolny jest do miłości i to zdaje mi się głębokiej miłości, gdyż nie podejrzewałem go, żeby był zdolny do głębokich uczuć. Może być, że pod innym względem, jeśli idzie o jego charakter, zdolności, inteligencję, myliłem się. Bardzo bym chciał.

„Czekałem prawie trzydzieści miesięcy, aby móc zacząć pisać Moïrę13.

„Powieściopisarz nazbyt wycwaniony nie napisze nigdy dobrej powieści, bo nigdy nie uda mu się w nią uwierzyć, a jeśli nie uwierzy w historię, którą opowiada, nie uwierzy również czytelnik…”14.

Słowa św. Ignacego: „Narody idą do piekła”15.

Hebrajskie milechamah (wojna) ma za korzeń lechem (chleb) – źródło chronicznej wojny16.

W Stanach Zjednoczonych generał Hershey (Herszej) szef selective service (mobilizacji) oświadczył, że jest przeciwny polityce zagranicznej swojego kraju i wybrałby więzienie tak samo jak poborowi, którzy nie chcą iść do Wietnamu. W jakim kraju tolerowano by podobną deklarację w ustach generała?17.

Zapytano Hemingwaya, czy wierzy w Boga – Sometimes at night – odpowiedział18.

12 IV
Dzisiaj byłem na przedstawieniu Z.[iemowita] F.[edeckiego]19 Kapitan Kiże20. Pomysł wzięty od Tynianowa21 (?) bardzo zabawny, ale za mało w nim materii na pełny spektakl. Stąd coś odwrotnego: sztuka trwa dwie i pół godziny. Nużąca retoryczność bonmotów, dowcipów, ripost śmiesznych, następujących po sobie bezustannie, to męczy. W czytaniu można strawić każdą z osobna, ale ze sceny padają i nie ma czasu na ich percepcję. To nie znaczy, że tempo jest szybkie. Repliki dają na siebie czekać, pozostają dziury, co powoduje szybkie wyczerpanie cierpliwości widza. Najważniejszy mankament to brak tempa. Poza tym ciągłe zmiany dekoracji na oczach widza. Też niepotrzebne. Ta cała abstrakcyjna sztuczka z Kiżem powinna się rozgrywać przy ascetycznej scenerii. Bez tych wspaniałych draperii zaścielających deski teatralne. Męczy ta ciągła bieganina aktorów‑statystów rozściełających i zdejmujących pluszowe olbrzymie płachty. Świetny jest [Bronisław] Pawlik. Jego car Paweł chwilami budzi sympatię przez swoje szaleństwo i strach, doskonale oddane różne zmiany humorów i nastrojów cara‑wariata. Dużo świetnych powiedzeń, ale nie potrafi to uratować brak[u] dramatyzmu i nikłości konfliktu oraz niedostatku humoru humorystycznych sytuacji22. Poza Pawłem nie ma na scenie żywej postaci. Figurki wycięte z papieru według utartego schematu. Może najlepsza to para wartowników o zacięciu szekspirowskim. Nadęte są kwestie Arakczajewa (dobrze zagranego przez [Jana] Kobuszewskiego) o państwie. Ale ponieważ była to tylko próba generalna, to dużo może się dotrzeć w trakcie gry, jeśli w ogóle cenzura to puści23. Zdaje mi się, że należałoby skreślić 25% bonmotów i przyśpieszyć tempo gry.


16 IV
Wieczór w Pen Clubie poświęcony 30‑leciu powstania w getcie24. Najlepsze były śpiewy kantorskie puszczone na magnetofonie. Wiersze [Icchaka] Kacenelsona w tłumaczeniu Ficowskiego25 w okropnej interpretacji [Zofii] Rysiówny i znacznie lepszej [Andrzeja] Szczepkowskiego.


18 IV przed południem
Rybka na cześć Jarosława. Spóźnione imieniny. Ważyk opowiada Jarosławowi o 5 tysiącach zł, które jest gotów zapłacić za unieszkodliwienie Sandauera26. Ja mu o tym opowiadałem że słyszał o tym 5 tys. zł, które jest gotów zapłacić za unieszkodliwienie Sandauera”. Po uwzględnieniu skreśleń zdanie sugeruje, że to Adam Ważyk chciał zapłacić owe 5 tysięcy. Stoi to jednak w sprzeczności z dopowiedzeniem: „Ja mu o tym opowiadałem” i faktem, że to Ważyk miał napisać anty-Sandauerowy esej (zob. wpisy z 19 kwietnia i 16 maja). Najprawdopodobniej sens wypowiedzi miał być taki: Ważyk dowiedział się od Stryjkowskiego, że ktoś (kto? – w rozmowach o Sandauerze uczestniczył jeszcze Jerzy Lisowski) chce zapłacić 5 tysięcy za środowiskowe „unieszkodliwienie” autora „Bez taryfy ulgowej”, i powiedział o tym Iwaszkiewiczowi.
Taki krytyczny rozbiór „sandaueryzmu” przeprowadził Tomasz Burek w szkicu Szkoła mitologiczna Artura Sandauera („Polityka” 1969, nr 49, s. 1, 6–7; przedruk w tegoż: „Dalej aktualne”, Czytelnik, Warszawa 1973). Później z metodą autora „Samobójstwa Mitrydatesa” rozprawił się Stanisław Barańczak w „Samobójstwie sandaueryzmu” („Kultura”, Paryż 1982, nr 10, s. 29–38, nr 11, s. 17–31; wydanie osobne: Biblioteka Promienistych, Kraków 1984), dowcipnie i wnikliwie wykazując stronniczość krytyka, jego braki „w zakresie teorii literatury”, filologiczną nierzetelność, nielogiczność tez, operowanie przez niego insynuacją i posługiwanie się denuncjacją („Czy można sobie na przykład wyobrazić większy nonsens niż oskarżenie o antysemityzm – Juliana Stryjkowskiego?” – nr 11, s. 21).”>27
. „– Dam 6 tysięcy” – krzyknął głośno Jarosław28. Wysunąłem kandydaturę Michnika29, który ma odszukać cytaty kompromitujące Sandauera. Lisowski wyraził wątpliwość, czy Michnik jest odpowiednią kandydaturą. Jednak uważałem, że tak.


18 IV wieczór
Wieczór u Austriaków na Próżnej30. Pożegnanie Wolfganga Krausa31. Potem z Tadeuszem Kon.[wickim] i Danutą Kon.[wicką?]32 pojechaliśmy do Zofii Mrozowskiej33. Wypiliśmy bruderszaft. Uroczy wieczór. Tadek Zabłudowski34 wrócił z Sopotu.


[…]

Nota edytora
Dziennik Juliana Stryjkowskiego z roku 1973 znajduje się w archiwum domowym pisarza. Początkowe fragmenty diariusza, dotyczące wyjazdu do Francji (5.01.1973 – 12.01.1973), utrwalone zostały na dwóch luźnych kartkach w kratkę formatu A4. Od kwietnia autor Austerii dziennikowe notatki zapisywał w 96‑kartkowym brulionie (bez linii), różnymi kolorami: zielonym, czerwonym, czarnym, granatowym. Zeszyt zatytułował: Dziennik II. W brulionie pozostało około 70 niezapisanych kartek. Na ostatnich pięciu stronicach, częściowo wydartych, znajdują się m.in. fragmenty psalmów i notatka dotycząca podziału Miszny.

Przygotowując dziennik do publikacji, nie dokonano żadnych skrótów, ingerencje edytora ujęto w nawiasy kwadratowe, na przykład nieodszyfrowany wyraz zapisano jako [—], a odczytanie niepewne zaznaczono jako [?]. Ujednolicono zapis dat, podkreślenia zastąpiono drukiem rozstrzelonym. Skróty rozwinięto. Tytuły filmów i sztuk teatralnych w cudzysłowach podano kursywą. Interpunkcję dopasowano do dzisiejszych norm. Sporadycznie poprawiono gramatykę, co każdorazowo sygnalizowano w przypisach. Milcząco skorygowano nieliczne błędy pisowni. Pozostawiono osobliwości ortograficzne, np. pomjoty.

Bardzo serdecznie dziękuję paniom Anecie Kopińskiej i Hannah St. Francis za kolejną łaskawą zgodę na publikację i za wieloletnią bezinteresowną życzliwość.


Ireneusz Piekarski


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.