5/2026

Ingmar Bergman

Dziennik roboczy 1975–2001
(fragmenty)
przełożył Tadeusz Szczepański

14.5.97


O lęku
Zawsze się bałem. Myślę, że urodziłem się z lękiem. Trwałym lękiem, który może bardzo różnie się przejawiać, ale zawsze jest obecny, nawet jeśli jest niezauważalny. Teraz wszystko jest w totalnym chaosie, całkowicie bezkształtne i pozbawione jakiegokolwiek układu. Mogę zacząć od tego „małego” lęku i jest to na przykład lęk przed wszelkiego rodzaju zwierzętami, chociaż nie przed wszystkimi ludźmi, do czego jeszcze powrócę. Mam wczesne wspomnienia lęku przed psami, zwłaszcza małymi psami, które zdawały się przeczuwać mój przestrach i chętnie chwytały mnie za nogę. Jeśli idę chodnikiem i spotykam kogoś z psem, to zawsze przechodzę na drugą stronę ulicy. Jest nie do pomyślenia, abym pojechał windą z psem, a głośne szczekanie psa doprowadza mnie do szału. To nie przeszkadzało mi w zaprzyjaźnieniu się z kilkoma psami, zwłaszcza z jamnikami1. Nawiązaliśmy relacje oparte na zaufaniu, relacje przyjazne. To jednak wyjątek od reguły. Inne zwierzęta: koty są drapieżnikami i ja za tą ich przymilną towarzyskością wyczuwam ledwie maskowaną brutalność i okrucieństwo. Kiedy miałem siedem lat, ugryzł mnie chory kot, jego zęby się zacisnęły i próbowałem pozbyć się napastnika, zanurzając rękę z kotem w ogrodowej beczce na deszczówkę. To się nie udało i zwierzę poraniono, aby mnie od niego uwolnić.

Boję się ptaków. Jeśli siedzę w moim gabinecie w letni dzień przy otwartym oknie i jakiś ptak zaczyna tańczyć w pokoju, to natychmiast uciekam i mam nadzieję, że intruz sam znajdzie drogę do wyjścia. Wszelkiego rodzaju zwierzęta wyczuwają mój elementarny lęk. Mógłbym sporządzić długą listę, ale będzie to tylko komiczne: konie, krowy, gady, insekty – tak, to jest naprawdę śmieszne – wiewiórki, ryby, jeże. Jedynym wyjątkiem są króliki. Bardzo lubię króliki i doceniam to, że mają swoją siedzibę pod moim gabinetem tutaj w Hammars.

Do tych drobnych lęków należy również obcowanie z ludźmi, których lubię i cenię. Dostaję zaproszenie na obiad, znam gości, mogą to być moi bliscy przyjaciele, a jednak odczuwam lęk przed tym, co ma być przyjemnością i co najczęściej okazuje się bardzo przyjemne, o ile przyjdę i nie odwołam wizyty w ostatniej chwili.

Fizyczne lęki niszczą znaczną część mojego życia i wpływają w upokarzający sposób na moją codzienność. Przez fizyczne lęki rozumiem takie stany, które są intymnie związane z moim ciałem. Ogólnie rzecz biorąc, miałem zdrowe i silne ciało, było dobre, dziarskie i nie dokuczało mi bez potrzeby. W starszym wieku zagnieździły się w nim różne ułomności, zapewne po to, aby mi towarzyszyć do końca życia. Są to bagatele, ale nie przyjaźnię się z nimi. Boję się ich i moja stale czujna hipochondria może mnie zepchnąć na skraj braku wszelkich proporcji. Moje jedyne prawdziwe zmartwienie, mój demon, jak go nazywam, ma swoje siedlisko w brzuchu i o ile mi wiadomo, zawsze tam przebywał. Wszystkie moje lęki pochodzą z brzucha, przeważnie z kiszek, najczęściej z niepraktycznymi i upokarzającymi konsekwencjami. Wszystko, o czym reszta ciała donosi, schodzi do kiszek i przekształca się w urozmaicony program udręk. Boję się, że te udręki postawią mnie w kłopotliwych sytuacjach, kiedy ten lęk natrafi na demona brzucha i powstanie jakaś niepojęta reakcja, której prawie nie będzie można opanować. „Strach urzeczywistnia obiekt strachu”, jak powiedział jakiś mędrzec. Właśnie. Właśnie tak jest ze mną.

Są też lęki, których nie rozumiem, czy też raczej mogę je wytłumaczyć, lecz nie dają się kierować przez rozum. (U mnie jest to dany mi z opóźnieniem i umiarkowanie wykorzystywany zasób. Patrz Intuicja.) Te lęki mają coś wspólnego z moim wykonywaniem zawodu. Brzmi to przesadnie, ale jest prawdą: w trakcie całej mojej kariery zawodowej dręczyły mnie różne lęki i jeśli wliczę w to moje lata z teatrem marionetek, to przez całe moje życie żyłem z najdziwniejszymi strachami. To jest śmieszne i nader uciążliwe, wielokrotnie bardzo wyczerpujące. Nie mogę sobie przypomnieć ani jednego dnia prób czy też przypadku zdjęć, kiedy nie odczuwałem strachu, niechęci, przykrości, trwogi. Te niepożądane zjawiska pojawiają się bardzo wcześnie rano i wyrywają mnie z najgłębszego snu. Potem towarzyszy temu wściekłość, na przemian z furią, i związane z tym katusze żołądkowe, aż do chwili, kiedy moja aktywność zostaje wprawiona w ruch. W tym momencie znikają bez śladu, najczęściej zastąpione przez zapał, ciekawość i pewien rodzaj temperatury ciała, która jest przyjemna i pobudzająca. Te lęki są niepojęte, ponieważ zawsze jestem świetnie przygotowany w przewidywaniu każdej możliwej granicy wydolności. Wiem, na co mnie stać, i zważywszy moje staranne przygotowania, zdobywam się na odwagę poddawania próbie tego, co nieznane, albo improwizacji. Cielesne kłopoty ustępują na drugi plan i mogę spokojnie podjąć się tego, co niemożliwe. Ale następnego poranka ten rytuał znowu się powtarza. Gdybym uważał, że te kłopoty przysłużą się procesowi twórczemu, to prawdopodobnie znosiłbym je w spokoju ducha. Ale tak nie jest. Cały ten dyskomfort ma znaczenie hamujące i negatywne, to są wyczerpujące i upokarzające dysonanse w preludiach do całodziennego, skrzętnego zapału. Moim najczęstszym koszmarem jest to, że prowadzę próbę lub zdjęcia i wszystko idzie w diabły: aktorzy mnie nie słuchają, moje rozwiązania są niewykonalne, a ja sam jestem okropnie nieprzygotowany. Krzyczę, gadam i proszę, ale nikt nie zwraca na to uwagi. To dziwne, że przy całej mojej wiedzy i doświadczeniu cierpię w moim wieku na dość regularnie powtarzające się koszmary o braku kompetencji i poczuciu ogólnego fiaska, ponieważ coś takiego nigdy się nie zdarza. Gnębiło mnie to w młodości, ale szybko nauczyłem się pokonywać różne katastrofy i dywersje. Nie, to jest zrozumiałe: wszystko to wywodzi się z mojego dzieciństwa i z chodzenia do szkoły. Wtedy dzieci wychowywano do sprostania surowym wymaganiom i oczekiwano, że wykonają to, co narzucali rodzice i nauczyciele, mający oczywisty i bezsporny autorytet. Ja zaś nie byłem skłonny zadowalać oczekiwań autorytetów, ponieważ moja rzeczywistość nie była w pełni realna, a gry wyobraźni i marzeń były zbyt kuszące. Ale ważne jest to, że z całych sił chciałem być dzielny, zdolny, oczytany, pilny, posłuszny. Krótko mówiąc: starałem się jak diabli, ale to niewiele pomagało. Były kary, nauka podczas wakacji i odpytywania z lekcji. Kiedy potem siedziałem w mojej szkolnej ławce, mimo to zapominałem, co przeczytałem, ale czego się nie nauczyłem. A zatem bardzo dobrze wiem, skąd biorą się moje profesjonalne lęki, ale mimo to panoszą się niezmiennie i bez zahamowań. Czasem wyobrażam sobie, że moje kłopoty mają coś wspólnego z moją mobilizacją przed każdym nowym dniem. Że jest to tajemnicza konieczność w procesie twórczym. Ale z pewnością nie w tym rzecz. To są negatywne energie, niedostępne i złośliwe osady z dna otchłani świadomości, które wypływają w procesie mobilizacyjnym. Byłbym lepszym profesjonalistą, gdybym był wolny od tych lęków. Dziwne jest to, że nie boję się ludzi. Natomiast chętnie stronię od większych lub mniejszych tłumów, kolacji, społecznych rytuałów, takich jak urodziny, wigilie, wesela lub pogrzeby. Rezygnuję też ze spotkań z obcymi ludźmi, takimi, których nie znam, z celebrytami różnych kategorii, z dziennikarzami na gruncie prywatnym lub zawodowym, z osobami towarzyskimi, z nieznajomymi aktorami. Ale nie boję się ich, chociaż może powinienem. Każda forma obcowania – oprócz tej najbliższej – wydaje mi się męcząca. Oczekuje się, tak to sobie wyobrażam, że będę odgrywał swoją rolę, stawia się żądania, które rzadko mam ochotę lub odwagę spełnić. Ale nie obawiam się ludzi. Jak tylko sięgam pamięcią, to przez całe lata bałem się mojego ojca z powodu jego nieobliczalnych napadów złości. Poza tym bałem się kilku nauczycieli, którzy strofowali mnie za moje lenistwo i nieodrobione lekcje. Ale nie boję się ludzi, wręcz przeciwnie, jestem życzliwie ich ciekaw. Chętnie ich słucham, potrafię ich skłonić do mówienia o sobie, czemu ochoczo się poddają. To jest jednak inny rozdział, który nazywa się O ludziach.

Ponieważ podstawowa struktura mojej egzystencji jest uwarunkowana i rządzona strachem, to wkładam wiele wysiłku w inscenizowanie mojego życia i mojej rzeczywistości. Nienawidzę improwizacji i przypadków, pragnę mieć porządek, ład, kontrolę i wstępny plan. Moja egzystencja w coraz większym stopniu stawała się komfortowym urządzeniem czy też maszyną. Wymagałem, aby moja rzeczywistość była z góry szczegółowo zaplanowana. Brzmi to nieciekawie, ale dla mnie było to wygodne i dawało mi poczucie bezpieczeństwa, któremu moje lęki stale zagrażały. Tylko raz rzeczywistość rozbiła mój uporządkowany tryb życia. To było wtedy, kiedy Ingrid zachorowała i zmarła. Z wzorowym okrucieństwem roztrzaskano moje obronne mechanizmy i moje dobrze zaplanowane inscenizacje. Wiem na pewno, że nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego do tej kompletnej katastrofy życiowej. Moje obecne życie to prowizorium zbudowane na gruzach przeszłości. Tak też może być. Buduję jakieś kruche i iluzoryczne mechanizmy obronne. Najlżejszy podmuch cielesnego mankamentu lub niepowodzenia rozbija prowizoryczne osłony i wyrzuca mnie w niewspółmierny niepokój i w absurdalną histerię. W zasadzie jestem rozbity. Czy to może mieć jakieś znaczenie, czy może odgrywać jakąś rolę, nie mam pojęcia. Być może byłbym wdzięczny, gdybym potrafił dostrzec jakiś większy, dotychczas ukryty wzór w tych wspaniałych rzeczach, które mi się przydarzyły. Do tego chciałbym jeszcze powrócić.

Królem lęków jest „kosmiczna trwoga”. Nie wiem, skąd się bierze czy też jak się kumuluje. Wiem tylko, że jest nie do zniesienia i przekształca mnie w drżącą kupę mięsa i nerwów. Być może ta trwoga ma coś wspólnego ze Śmiercią, ale równie dobrze może to być niezbadany strach przed życiem. Nie wiem i nigdy nie wiedziałem. Napady są krótkie, ale wyraźne. Dość szybko mijają, zazwyczaj goszczą w godzinie wilków. Jedyne antidotum to zabrać się do jakiejś pracy, jakiejś nieodpartej konieczności. W ostatnich latach te ataki się przedłużały i mogą szaleć całymi dniami. Jedynie praca przynosi ulgę. Wtedy trwoga znika równie szybko, jak się pojawiła. Po chwili nie mogę już pojąć mojego wcześniejszego stanu, wydaje mi się zagadkowy i prawie niewiarygodny. (Tak jakby atak dotyczył jakiejś innej, bliskiej mi osoby.) W innym miejscu tego opisu jest fragment o Śmierci. Nie potrafię wyjaśnić, czy się jej boję, czy nie. Śmierć jest teraz nieustannie obecna. Chyba nie ma mowy o jakimś ogólnym lęku. W każdym razie nie akurat teraz. Albo też wszystkie moje lęki, te wielkie i te małe, są związane ze Śmiercią. Nie wiem.

[…]


[Całość można przeczytać w numerze.]

WYDAWCA:
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
©2017-2025 | Twórczość
Deklaracja dostępności
error: Treść niedostępna do kopiowania.